A przecież mi żal…

w3
Federico Olaria, Miot, 1898.
Federico Olaria, Miot, 1898. 

Co roku przed świętami nachodzi mnie kurier – w sumie pewnie kurierzy przybywają w tym okresie do każdego z P.T. Czytelników, bo wszyscy robią teraz zakupy przez internet, no a prezenty to już w ogóle najwygodniej tak kupować – tyle że ten konkretny przynosi paczkę której nie zamawiam, tylko którą mi wysyłają z miejscowości odległej o ponad trzysta kilometrów. Są w niej drobiazgi dla psów, ze szczególnym uwzględnieniem tego jednego psa, przez którego (albo dzięki któremu) ta cała sprawa w ogóle ma miejsce, jest trochę dobrych, a kalorycznych rzeczy dla ludzi i, zazwyczaj, krótki list z życzeniami i paroma zdaniami mówiącymi, a jakże, ‘co tam u nas’. Tak od kilkunastu lat.

Przesyłkę wysyła do mnie hodowczyni mojego – dość już wiekowego – psa.

Tak się jakoś utarło i tak to trwa, mimo że matka mojego zwierzęcia już dawno nie żyje (o czym zawiadomiono mnie w rozmowie telefonicznej pełnej przerw na wycieranie łez, co było dokładnie słychać w telefonie).

Ot, taka przyjemna opowieść, którą zawsze przywołuję gdy zauważam dojście do głosu nowego trendu, jaki zaczął triumfy święcić głownie w gronie tak zwanych Prawdziwych Miłośników Zwierzątek.

Porcelanowa figurka, Neapol, XVIII wiek. The Metropolitan Museum of Art, New York.
Porcelanowa figurka, Neapol, XVIII wiek. The Metropolitan Museum of Art, New York.

A mianowicie przekonania, że w samej idei hodowania psów jest coś nie tak, że każdy hodowca – już z samego faktu bycia tymże – jest kimś w najwyższym stopniu podejrzanym, ciemnym typem chcącym, a jakże, dorobić się na niewolnictwie (bo wszak wyhodowanymi przez siebie psami handluje i w ogóle), na dodatek powołuje na świat następne psie istoty podczas gdy tak wiele tych słodkich stworzonek gnije w schroniskach (ach, ach – moje ulubione stwierdzenie), no, tak w ogóle jest to istota o wątpliwym morale i niejasnych intencjach. I, oczywiście, nie kocha piesków, znaczy nie kocha tak naprawdę, uczuciem czystym i idealnym (jakie żywią Prawdziwi Miłośnicy), co najwyżej cynicznie udaje żeby nabrać naiwniaków.

Przekonanie to nabiera prawdziwej mocy w zetknięciu z hodowcą – myśliwym, zajmującym się rasami użytkowanymi w łowiectwie. Ooo, wtedy to już na takiego gościa leją się hektolitry mułu, szamba, śliny i innych płynów ustrojowych, no bo istnienie takiego kogoś jest w dzisiejszym humanitarnym świecie nie do obrony po prostu.

W sumie można by było machnąć ręką na te wygibasy pokolenia Płatków Śniegu*) , gdyby nie to, że powoli ich świr zaczyna mieć przełożenie na real.

Na przykład odnotowano już kilka przypadków w których hodowcy, chcącemu pomóc psu który wyszedł z jego hodowli taką pomoc uniemożliwiano z przyczyn czysto ideologicznych, ze szkodą dla psa zresztą, no ale panie i panowie „ideolololo” pozostali wierni swym wyśrubowanym zasadom (a przy okazji komuś dokuczyli, co wydaje się być w tym światku celem nadrzędnym).

Zaś hodowcy-myśliwemu któremu pies dał dyla na spacerze szczęśliwi znalazcy psa nie oddali, bo to przecież łajdak, on poluje, więc wara! od swojej własności, taki nie ma wszak praw publicznych i obywatelskich, c’nie?

Kiedyś ostrze niechęci światka prozwierzęcego kierowało się ku tak zwanym „pseudohodowlom”, co w wielu ograniczonych umysłach oznacza jedynie „nie zarejestrowanych w jedynie słusznej organizacji kynologicznej” – ba, temat na dłuższą rozmowę, którą tutaj chwilowo pominę. Obecnie zaczyna to jednak przybierać postać manii, każącej nienawidzić każdego kto kiedykolwiek dochował się miotu psów, niezależnie od tego, jak wyśrubowane warunki przy tym spełnił.

Tu pozwalam sobie zaznaczyć, że chyba nikt bardziej ode mnie sceptycznie nie patrzy na kwestię hodowli psów nie tylko w naszym kraju, ale i na świecie. Nie kocham naszego ZKwP, tym bardziej zaś mateczki FCI, do tego światka mam naprawdę sporo uwag, a ta kynologiczno-działaczowska atmosferka, jaka w nich panuje od lat, wybitnie mi nie leży. Jednak twierdzę, że nawet w takim niedoskonałym tworze daje radę odszukać fajne jednostki, niczym diament w kaszce.

Przynajmniej niegdyś dawało radę, no i tak sobie kombinuję, czy i dzisiaj?

Zasadniczo interesuje mnie to osobiście, bowiem, niestety, z upływem czasu maleją moje szanse na zostanie opiekunem zwierzątka z odzysku, gdyż z moimi poglądami na różne psie sprawy zupełnie nie spełniam warunków na bycie Właścicielem przez duże „W” (ciekawe – a jakby tak zapytać moje psy, co o tym sądzą?). Na dodatek wizja picia herbatki z jakąś panią przeprowadzającą wizytę przedadopcyjną pozostaje dla mnie w sferze kompletnego absurdu. Tak tak, wierzę że ta panie bywają bardzo miłe i nie wszystkie są walniętymi kretynkami z zaciśniętymi od ideologii szczękami, niemniej w ogóle nie widzę powodu dla którego ktokolwiek miałby mnie zmusić do wypicia we własnym domu owej herbatki z kimkolwiek, szantażując że jeśli tego nie zrobię, nie będę mieć pieska. No to nie będę mieć pieska któremu chcę pomóc, mówi się trudno, zawsze mogę go sobie kupić.

Dlatego bardzo by mnie cieszyło, gdyby okazało się, że tacy hodowcy, z którymi niegdyś przecięły się moje życiowe ścieżki i dzięki którym cieszę się moją wspaniałą psią rodziną (proszę nie brać tego osobiście, prą Państwa, ale naturalnie moje psy są najlepsze, w sumie dziwię się, że zawsze na takie trafiam, skąd by nie pochodziły, a mam też takie po przejściach, a jakże) nadal istnieją. Nie chodzi mi o konkretnych ludzi, tylko o pewien typ – a tak naprawdę, o sposób podejścia do hodowli.

Źródło: Library of Congress, USA.
Źródło: Library of Congress, USA.  

Każdemu według potrzeb, powiada się, więc w szukaniu dobrego hodowcy nie ma jednego, jedynego złotego klucza, mogę powiedzieć jedynie, że w moim przypadku sprawdzały się nieduże hodowle, z ludźmi utrzymującymi się z pracy rąk własnych, zaś hodujących niejako przy okazji. Nie bez znaczenia było nadawanie na wspólnych falach, co nie znaczy, że koniecznie trzeba się z takim hodowcą pokochać, bo by człowiek zwariował, szukając takiego – niemniej na ogół wzajemne zrozumienie czy sympatia są ważne o tyle, że jest szansa na to, iż gość odchowywał szczeniaki w dość podobny sposób, w jaki my byśmy to robili (czyli nam pieska nie zepsował na starcie, a to naprawdę ważne). Inna sprawa, że przeuroczy hodowcy jednego z moich zwierzaków byli na początku kontaktów okropnie dziwni, nieprzyjemni i kolczaści niczym jeże; po wstępnym oswojeniu okazało się, że tak bardzo przywiązali się do szczeniąt, że każdego potencjalnego nabywcę traktowali odruchowo jak wroga, niegodnego ich wypieszczonych dzieci. Na szczęście dość szybko im przeszło, a mnie nie zraziło, zdarzało mi się bowiem widywać takie rzeczy.

Wracając do teorii: zazwyczaj należy czniać to, ile championatów Mjanmy, Vanuatu i Wysp Świętego Tomasza mają rodzice szczeniaków, nadmiar tej papierologii świadczy raczej o chorobliwej ambicji (w imię której, na przykład, psa przekazuje się kolegom hodowcom niczym nie czującą niczego zabawkę, żeby „zrobili” kolejny championat na wyjeździe – i tak w koło Macieju), za to dość interesująca może się okazać informacja że hodowca coś robi z psami, cokolwiek, jakiś rodzaj użytkowej roboty – znaczy, uznaje że pies ma też mózg i że można go rozwijać. Dotyczy to także biszonków, cziłałek i wszelkiego pomniejszego płazu. Rozumiem że nie rozmawiamy o rasach ze skraju patologii, typu mastino napoletano, które w zasadzie nie mogą robić nic, tak są chore.

A, jeżeli ktoś szuka psa do pracy czy rozrywki, ale polegającej na czynnym spędzaniu z nim czasu, to hodowle myśliwskie

Holenderski arras, jeden z cyklu legendy o jednorożcu. The Metropolitan Museum of Art, New York.
Holenderski arras, jeden z cyklu legendy o jednorożcu. The Metropolitan Museum of Art, New York.

(o ile rasy użytkowane w łowiectwie pozostają w sferze naszego zainteresowania) są zupełnie niezłym tropem. Nie ma w nich, zazwyczaj, różowych poduszek, ale hodowcy dość dobrze potrafią ocenić predyspozycje swoich zwierzaków, nie mówiąc o tym, że starają się jednak sprowadzać na świat dobre użytkowo psy; zważywszy na poziom szkolenia myśliwskiego w Polsce, to wyniki robią raczej psy-samograje, którym przewodnik ma jedynie… nie przeszkadzać).

Dobry hodowca jest… normalny; znaczy, interesuje się psami ze swojej hodowli i chętnie kontaktuje się z nabywcą, ale nie obsesyjnie. Nie żąda wysyłania zdjęć i raportów tygodniowych do końca życia zwierzaka, wypisywania pochwał hodowli na jej fanpejdżu, zapisania się na tematyczne forum poświęcone rasie i pojawiania się na wystawach, zaś po śmiertelnym zejściu (starego już, oczywiście) psa nie chce od pogrążonego w żalu właściciela protokołu z oględzin ciała podpisanego przez dwóch weterynarzy z drugim stopniem specjalizacji tudzież wyników sekcji. Nie wymyśla też bzdurnych „cen za psa na kolanka” versus „psa wystawowego” które dotyczą tego samego, konkretnego osobnika, w zależności od tego, co deklarują nabywcy; nie podsuwa im będących wytworem chorego umysłu umów z których wynika, że są „zobowiązani” do zrobienia psu championatu pięciu kontynentów albo wygrania Mistrzostw Świata Obedience zanim zwierzak skończy dwa lata. Jak zobaczycie taką umowę, to bierzcie nogi za pas, zostawiając psycholowi innych nabywców, którzy najwyraźniej lubią cierpieć na syndrom sztokholmski.

Dobry hodowca przekazuje nam szczeniaka zsocjalizowanego, w miarę czystego i zaszczepionego zgodnie z kalendarzem szczepień, mówi czym go karmił, daje kawałek kocyka z gniazda (albo małą wyprawkę – mały gest, a w sumie przyjemny), dokumenty, błogosławi nam i zwierzakowi, wyciera nos w chustkę, macha na pożegnanie i ma nadzieję, że piesek dobrze trafił.

Są jeszcze tacy na naszej pięknej ziemi?

Zaiste, mam nadzieję że z dobrymi hodowcami nie jest jeszcze tak, jak w piosence Okudżawy:

A jednak mi żal… 

 

*) ot, jeden z wielu tekstów analizujących zjawisko, tu akurat z punktu widzenia rynku pracy. Jak zwał, tak zwał, ale w środowisku miłośników zwierząt Śnieżynki mają ogromną nadreprezentację, użalając się nad biednymi pieskami i kotkami, starannie dbając o to, żeby nie używać mózgu, bo to męczące, oraz oskarżając o hate speech każdego kto ma odmienne zdanie od nich.

5 thoughts on “A przecież mi żal…

  1. Bardzo ciekawy artykuł.

    Z bardzo wieloma tezami się zgadzam. Nie ze wszystkimi.
    Chciałbym na ten temat porozmawiać.
    Jak możemy się skontaktować?
    Mój mail Zbyszek.rozycki@pugs-center.org

    Zbyszek Różycki

  2. Nanami

    Chciałam motylka do małego sportu… bez niedostatków charakterologiczno-socjalizacyjnych… i daleko, ale znalazłam, choć łatwo nie było! Są jeszcze godni polecenia hodowcy.

  3. Chciałabym zacząć mój komentarz od stwierdzenia, że jestem pro-adopcyjna i najpewniej nigdy nie kupię psa. Ale nie dlatego, że hodowcy to mendy bez serca, ale ogółem mam pewne obserwacje dotyczące ludzi kupujących lub adoptujących szczeniaki (jako że z hodowli przeważnie bierze się szczenięta). Wnioskuję, że autorzy niniejszego bloga są miłośnikami psów, ergo biorąc na siebie szczeniaka, mają jakieś pojęcie o jego wychowaniu (ja na przykład nie mam żadnego, więc nie chciałam psiego szczawia). Ale bardzo dużo osób kupuje lub adoptuje szczeniaka nie dlatego, że umie go wychować lub chce się nauczyć, ale ponieważ żyje w jakiejś utopijnej krainie, gdzie wychowanie psiego szczyla to bułka z masłem, zaś adopcja nawet kilkumiesięcznego psa ze schrona to wyższa szkoła jazdy, a taki kilkuletni to już w ogóle bomba zegarowa. A potem jest tak, że z tych właścicieli szczeniaków jakiś odesetek jest cieżko zdziwony że szczeniak jest szczeniakiem i kończy się różnie, co napędza ideololo u bardziej wrażliwych i radykalnych jednostek. I tak naprawdę dobrzy hodowcy są w tym wszystkim bogu ducha winni, bo interesują się losami swoich miotów; tylko lądują w jednym worku z tego-czy-innego rodzaju pseudo lub wujkiem Wieśkiem, którego sunia ma już czwarty miot i można dostać szczeniaka za darmo, a jak się go wyrzuci to nikt się nie przejmie. I, jeśli mam być szczera, nie wiem kiedy ostatni raz widziałam taki prawdziwy rage na hodowców zrzeszonych w ZKwP. Na sam ZKwP jak najbardziej, natomiast na hodowców spod jego egidy nie przypominam sobie, a przeważnie obrywają po nerkach “pseudo” w takim czy innym ich kształcie.

  4. Waldorf

    Ha! A mnie się ciągle zdarza podczytywać, jak to ktoś wuj straszny, bo “przecież hodowca”. Widocznie zaglądam do ekstremistów 🙂
    Włącznie z różnymi aferami typu: pies trafia do fundacji X czy Y, okazuje się rodowodowy, odczytuje się jego dane dzięki czipowi czy (rzadziej) tatuażowi, zgłasza się hodowca psiaka, którego ktoś zawiadomił a który chce pomóc, jest spuszczony na drzewo bo przecież to drań który SPRZEDAJE psy i na pewno na tym piesku też “chce zarobić”.

    No a już hodowcy – myśliwi to mają przerąbane na amen. 🙂

  5. Bardzo bym chciała być równie dobrym hodowcom jak ten, os którego mam psa. Nie “dobrym” w sensie co to on za cudów świata nie hoduje, ale w sensie opieki nad szczeniakami, ich socjalu i całego poświęconego im czasu i uczucia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *