Cnoty nie stracić, a rubelka zarobić

w3
Leżąca koza, Ralph Wood Młodszy, XVIII w.
Leżąca koza, Ralph Wood Młodszy, XVIII w. Metropolitan Museum of Art, New York.

Wybuchła afera z padającymi kozami na wyspie wiślanej; zważywszy na złożoność sytuacji, hm, politycznej nie było o tym aż tak głośno, jak zazwyczaj bywa, niemniej sprawa była i raczej ciężko udawać że połowa zwierzaków spędzonych na porośnięta beznadziejnymi chaszczami wysepkę i pilnowanych przez jakiegoś bidnego bezdomnego faceta wyparowała, ot tak.

Abstrahuję od kwestii typowo disneyowskich wyobrażeń na temat podobnie „ekologicznego” rozwiązania – że oto słoneczko będzie świecić, pasieniekózki będą jeść krzaczory, zaś wdzięczne ptaszki  – gniazdować na wystrzyżonych przez inwentarz brzegach. Każdy, kto usiłował utrzymać w jakim-takim dobrostanie stado kóz, a zwłaszcza owiec, powie że to tak nie działa, że puścimy te wdzięczne zwierzątka luzem a one będą przeszczęśliwe i natura wszystko ureguluje, zaś my będziemy mogli co najwyżej w słomkowym kapeluszu i łapciach z łyka na nogach pitolić całymi dniami na fujarce.

Znaczy natura ureguluje – zgodnie ze swoimi niezmiennymi prawami – i właśnie tak się stało na wyspie, ale czemuś ogół serduszkowców i pisz-pan-ekologów nie był chyba do końca zadowolony z rezultatu.

Bardziej zajmuje mnie kwestia absolutnego braku kontroli nad tym, co, teoretycznie, zostało oficjalnie wzięte pod opiekę urzędników. Tak tak, ja wiem że teraz, kiedy się mleko, nomen omen, rozlało, intensywnie zwala się całą winę na właściciela-olewusa, a najlepiej na nieszczęsnego bezdomnego chłopinę, który nie bardzo radzi sobie ze sobą, co dopiero z zaistniałą sytuacją.

A jednak spory niesmak pozostaje, bo opowieści o tym jak to urzędnicy „z brzegu rzeki” dokonywali wizji lokalnych są dosyć, Państwo wybaczą, rzygawiczne i sprowadzają się do jednego: organicznej niechęci do wypełniania swoich obowiązków od początku do końca, czyli, najprościej, do wykonania rzetelnej pracy. Liczyło się odfajkowanie kolejnej akcji proekologicznej i ważne że na papierze się zgadzało.

Ale może inny przykład, z dziedziny botaniki, bo mniej kontrowersyjna.

W pewnej dzielnicy mojego miasta miejscowi aktywiści miejscy założyli łączkę kwietną na kawałku trawnika tuż obok skrzyżowania dwóch sporych ulic. Fajnie, to modne teraz, zgodne z naturą i ekologiczne jak jasny gwint. Najśmieszniejsze jednak, że zrobili to oczywiście bez konsultacji z kimkolwiek, a zwłaszcza z mieszkańcami tych okolic, co dość istotne. Bowiem ich działalność ograniczyła się do zrycia trawnika (bardzo niestarannego), zasiania roślinek i ogrodzenia ich niesłychanie wprost nietrwałą zeribką zrobioną z lekkiej plastikowej siatki i kilku deszczułek jako słupków; naturalnie to ogrodzenie przetrwało kilka dni i zaczęło żałośnie zwisać na wszystkie strony, deszczułki wypadły z ubitej ziemi i w ogóle sprawiało to wrażenie obozowiska bezdomnych w Bangladeszu. No nie, prawdy nie mówię, jeszcze jedną rzecz zrobili aktywiści: zostawili kartkę z informacją dla lokalsów, że „powinni” teraz ten cały bajzel podlewać.

watering-can-4460456_1280

Jupikajej, nasi ekologiczni bohaterowie nie zauważyli, że akurat ten kawałek trawnika leży dość daleko od ludzkich siedzib, zaś w najbliższych kamienicach mieszkają albo zajęci własną karierą młodzi japiszonowie którzy mają wszelkie kwiatki w głębokim poważaniu, albo mocno sterani wiekiem emeryci, dla których akcja z nalaniem wody do wiadra czy konewki, zniesieniem tego stuffu na dół po schodach (w kamienicach nie ma wind), przeniesieniem do kwietnej łączki i jej podlaniem jest absolutnie poza zasięgiem fizycznych możliwości.

W efekcie przez całe lato na tym kawałku trawnika dominowała wyschnięta ziemia i wypalone słońcem trupy tych nielicznych roślin, którym w ogóle udało się wzejść.

Jak widać lokalna społeczność nie dorosła do prób zainteresowania jej ekologią – zupełnie jakby nie chciała żeby jej było dobrze, bo wszak aktywiści lepiej, od przeciętnych zjadaczy chleba, wiedzą co dla nich dobre, i bez dyskusji.

Ludzie o ogromnych zasobach wredności i złej woli mogliby w tym momencie zacząć się zastanawiać, farmerczy przypadkiem to aktywiści nie powinni być tymi, którzy – że tak powiem – dzierżyć będą pełną konewkę, i to przez cały sezon ogrodniczy, ale to faktycznie postulat z księżyca. Nie po to obmyślili innym taki fajny plan na życie, żeby się potem samemu męczyć, nieprawdaż. Tym, czego wyjątkowo się boją gnane szlachetnym zapałem jednostki wyrastające ponad przeciętną (czytaj: aktywiści proekologiczni) jest praca. To znaczy taka systematyczna, dobrze rozplanowana, bez fajerwerków i wyczynów godnych księgi Guinessa robota, ot, codzienny znój powszedni.

O nie nie, takie nudy to nie dla zbawiaczy świata.

Żeby było śmieszniej, identyczną postawę mają rozmaici urzędnicy – pod warunkiem, że wyrośli z podobnych, jak aktywiści, środowisk. Na przykład rozmaite komórki mające w nazwie miejską zieleń pasjami delegują w miastach ekipy do sadzenia drzewek – małych wątłych drapaczków, po czym zostawiają rośliny samymi sobie, żeby zwolna, a nieubłaganie uschły. Liczy się, prą państwa, akcja „milion drzew”, wsadzi się milion drzew, a że prawie wszystkie pozdychają w mękach, rany, kogo to obchodzi poza jakimiś filistrami zupełnymi.

Można jeszcze, ewentualnie, powtykać tym drzewkom rozmaite plastikowe wynalazki z ładną anglojęzyczną nazwą, które to wynalazki kompletnie nie działają tak, jak mają działać (a więc utrzymywać wilgoć w glebie wokół, ewentualnie dopomagać w nawadnianiu), ale za to wujek Kazek założył firmę która je produkuje i wygrał przetarg na ich sprzedaż; przetarg tak ładnie zorganizowany, że głównym kryterium wyboru było wymaganie żeby wytwórca tego badziewia miał  na imię Kazimierz.

Myślicie, że ktokolwiek, rzucający wspaniały pomysł i prący niczym taran do jego wykonania ma – kiedy coś pójdzie nie tak – jakiekolwiek wyrzuty sumienia albo choćby refleksję typu „rany, trzeba się było bardziej postarać, ogarnąć temat”?. Wolne żarty. Cała ta troska o otaczającą nas naturę, opowieści o robieniu dobrze całej przyrodzie, ludzkiemu gatunkowi albo, o rany, psom czy kotkom to tak naprawdę mydlenie oczu, mające ukryć prostą prawdę, że taki jeden z drugim dobroludzista myśli o tym, jak by tu rubelka zarobić, a cnoty nie stracić, czyli: zainicjować jakąś akcję ale się przy niej nie narobić.

Identycznie te same intencje mają rozmaici wrażliwi ludkowie, zgarniający bezdomne zwierzątkashelter i oddający je potem pierwszej z brzegu osobie która odpowiednio czule wywróci oczami i użyje na facebooku w prywatnych wiadomościach odpowiedniej ilości zdrobnień. Zwierzak „uratowany” i już rubelka (w formie zachwytu nad samym sobą i pochwał znajomych, jaki to jest zarąbisty) taki gostek zarobił, a cnoty nie stracił, co niewątpliwie miałoby miejsce gdyby się obładował zwierzakiem którego trzeba karmić, leczyć i który psuje człowiekowi wszelkie plany, a na dodatek nie polubiły go od pierwszego wrażenia pozostałe zwierzaki wrażliwca. Więc nie ma o czym mówić.

Rubelki – i to niezłe, w postaci hołdów, różowego PR oraz hojnych wpłat na podane mimochodem konto – zarabiają różne organizacje prozwierzęce, najpierw robiące szumnie przeróżne interwencje, a potem ładujące te zwierzaki do przepełnionych domów tymczasowych albo dziwacznych przytulisk, prowadzonych przez niezmiernie dziwne, najczęściej nieodpowiedzialne jednostki. Przedtem zresztą i zaprzyjaźnione kliniki weterynaryjne dostają swój udział w rubelkobraniu tudzież łataniu cnoty; tak czy siak, operacja się udaje, a że zwierzaki wpadły z deszczu pod rynnę, nikt się nie martwi, zajęty podziwianiem samozarąbistości. I tak się to wszystko toczy. Tylko zwierząt, a i roślin, żal.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *