Co z wami, ludzie?

w3

Wysyp kolejnych zdenerwowanych właścicieli szczeniąt które są hiperaktywne, agresywne, dominujące i aspołeczne w pięknym wieku dwóch, trzech miesięcy każe się zastanowić, co się podziało z naszym pięknym światem.

Zdawałoby się, że dorosła i mająca pewne – jakiekolwiek – wykształcenie jednostka ludzka powinna mieć świadomość że sprowadzając do domu młodego osobnika gatunku canis familiaris godzi się na związane z tym zjawiska: kałuże tu i tam, pogryzione kapcie, szpilkowate zęby mleczne wbite w skórę a już na pewno w ubranie i tak dalej.

Tymczasem istnieje, jak się okazuje, wiedza teoretyczna („szczeniak będzie psocił”) oraz myślenie życzeniowe pod tytułem: „to się przydarza innym, ale nie mnie, bo jestem wyjątkowy, sprytny, mądry, cwany i w związku z tym nie zgadzam się na niedogodności życiowe”.

puppy-316076_640

Słowem, każdy taki narzekacz czuje się wstrząśnięty i oszukany przez bliżej niesprecyzowany los (niekiedy spersonalizowany w postaci wstrętnego hodowcy który wyprodukował takie nieznośne bydlę) bo być może inne szczeniaki są niegrzeczne, ale JEGO szczeniak miał zachowywać się jak piesek z reklamy, to znaczy wyglądać słodko, dawać się makabrycznie miętosić dzieciom bez żadnej negatywnej reakcji, od urodzenia zachowywać czystość w mieszkaniu i uwielbiać fakt że właściciel pracuje w korporacji i zostawia go samego w domu na dziesięć czy jedenaście godzin.

W ogóle ludziska chyba nie do końca są w stanie zrozumieć, czym jest pies i jakie są jego potrzeby, zresztą dla większości czarujących socjopatów, w zbiór których powoli przeistacza się ludzkość, te potrzeby są kompletnie nieistotne bo przecież liczy się tylko to, czego chce człowiek. Jeśli fakty są inne niż wymyślona na potrzebę pana czy pani „Chcę Tego Natychmiast” rzeczywistość, tym gorzej dla faktów.

A w sumie – tym gorzej dla jakiejkolwiek istoty która będzie zależna od takiego osobnika.

Wizja pracy z psem – szczeniakiem, podrostkiem albo, o rany, zwierzęciem dorosłym – jest czymś nie do strawienia, ewentualnie podejmuje się krótkie i nieefektywne próby, ale gdy okazuje się że wymagają od człowieka podjęcia jakiegoś trudu, wykonania wysiłku, są zarzucane. Bo przecież bliżej niesprecyzowana siła wyższa obiecała że życie będzie łatwe, lekkie i przyjemne i się człowiek nigdy nie spoci.

Lawinowo rosnąca liczba pisz-pan-behawiorystów ordynujących na dowolne problemy z psem (problemy które w przeważającej większości są dość łatwe do rozwiązania przy odpowiedniej pracy) całą tablicę Mendelejewa znakomicie wpisuje się w obraz funkcjonowania tego świata – nibylandii. Pan / pani „Chcę Tego Natychmiast” jest w stanie, ewentualnie, wetknąć do kontaktu dyfuzor rozpylający feromony (ha-ha-ha) albo ostatecznie podać psu pigułkę „na grzeczność”. Jest szansa że człowiek się nie spoci.

Przykład z życia: ludziska przez parę lat utrzymujący kompletnie rozwydrzonego, histerycznie agresywnego psa obronnej rasy po dwóch tygodniach nieśmiałych prób pracy ze zwierzakiem (między innymi polegającej na stosowaniu pewnych procedur przy zapraszanych – specjalnie w tym celu – gościach) zaczynają narzekać i kręcić nosem, że piesek się nie naprawił i że niby pewne postępy są, aleeee…. taaaak dłuuugo to trwa?

No właśnie. Doprowadzenie psa do stanu skandalicznego rozpuszczenia zajęło kilka lat, natomiast kiedy owo rozpuszczenie zaczęło przeszkadzać, no świecie, zróbże coś, tylko szybko, bo mamy dyskomfort!

Hodowcy mogliby powiedzieć to i owo o historiach zwracanych szczeniąt. Zwracanych w pierwszych dniach po zakupie (kiedy się okazało że się poruszały, wydalały i jeszcze chciały żreć) albo kilka tygodni później (nie były wyszkolone z urodzenia).Ludzie od adopcji na pewno dorzuciliby się z cegiełkami o psach zwracanych dwa dni po przygarnięciu – bo szczekały, bo nie szczekały, bo na spacerze miały opuszczony ogon, bo nie pilnowały wózka z dzieckiem w godzinę po przybyciu do nowego domu i takie tam.

Moja teza jest taka, że przy ogólnej infantylizacji – po świecie chodzi coraz więcej ludzi udających dorosłych, w środku będących parolatkami i to mocno rozpieszczonymi – najbardziej szkodzi psiemu światu zanik staroświeckiej instytucji podwórka.

Na szczęście jeszcze tu i ówdzie to zjawisko występuje, ale coraz rzadziej.

Nie da się uniknąć nostalgicznego tonu, trudno, ale coś w tym jest, że dorosło już pokolenie któremu nie było dane w dzieciństwie szwendanie się po okolicy w towarzystwie bandy mniej więcej równych wiekiem dzieciaków. Najczęściej takiej grupie towarzyszył tzw. młodszy brat (siostra) – dziecię paroletnie, ledwo nadążające za stadem, wciśnięte jednemu z grupy przez zabieganą mamę żeby go pilnować – oraz pies. Pucek czy Ares snuł się luzem za grupą dzieci, eksplorował z nimi pobliskie nieużytki, przesiadywał pod trzepakiem.

Antoni Kozakewicz "Na ulicy", 1891
Antoni Kozakewicz “Na ulicy”, 1891

Jeśli Tomek czy Robert miał głupie pomysły albo chciał się popisać przed dziewczynami i Pucka zaczepiał, bywał gryziony. Wtedy przed wszystkim starał się nie płakać, bo kolesie natychmiast z lubością nadaliby mu odpowiednie przezwisko (na przykład staroświeckie: mazgaj – jest takie słowo, można sprawdzić tutaj, albo mówiliby że baba co wówczas oznaczało śmiertelną obrazę i było pretekstem do tzw. solówy). Jeśli w domu rodziciele odkrywali na dziecku krwawe ślady po Pucku, zamiast dostawać spazmów i wytaczać właścicielom psa proces cywilny, jechać na pogotowie i sprawdzać szczepienie na wściekliznę, przydzwaniali synkowi blachę w czoło „cóżeś zrobił że zadrażniłeś Pucka, on taki spokojny!”.

I tak młodociana ludzkość uczyła się przez obserwację oraz doświadczenie, co to jest pies, jak działa i kiedy się go pobudza, a jak trzeba się zachowywać żeby egzystować w symbiozie.

Widziała, w jakich sytuacjach pies się oddala, a w jakich podąża za stadem. Była świadkiem wszelkich czynności fizjologicznych włącznie z wymiotowaniem (kiedy Pucek złapał coś wyjątkowo paskudnego w krzakach i za szybko to wessał) i produkcją nowych piesków (co znacząco ograniczało zażenowanie dorosłych chcących poruszyć z dzieckiem tzw. drażliwe tematy bo okazywało się że owo dziecko ma całkiem obszerną wiedzę z zakresu rozmnażania ssaków).

Nie twierdzę, że tzw. całokształt był idealny. Czasem Pucek wlatywał pod samochód bo sobie za daleko odbiegł, czasem Tomek łamał nogę na ugorowisku (no ale za to wszyscy mu się potem podpisywali na gipsie).

Przynajmniej człowiek miał szansę sobie takiego psa w działaniu pooglądać i nie dziwował się potem, kiedy już użebrał od taty własnego psa, jakby sprowadzono mu do domu kosmitę.

One thought on “Co z wami, ludzie?

  1. Monieq

    W sumie nic dziwnego, że ludzie nie rozumieją psów, ich zachowań i potrzeb, skoro teraz dziecko, które powinno poświęcić więcej czasu na naukę to dysleksja, dysgrafia i dysmózgia, a takie, które chce się bawić i pobiegać to ADHD i problemy ze skupieniem… Wszystko musi być instant, zalej, 3 minuty i ideał gotowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *