Czarne i białe w kolorze

w3

Wbrew tytułowi, nawiązującemu do filmu z lat siedemdziesiątych, to nie będzie post o rasizmie ani kolonializmie, tylko o czarno-białym widzeniu świata, właściwym części psiarzy – nazwijmy ich ładnie „kynologami”; najczęściej, powiedzmy szczerze, chodzi o tzw. doświadczonych hodowców.

Ilekroć zaczyna się dyskusja o hodowli, sprzedaży psów, warunkach zakupu, sensie hodowania i tak dalej – ich głos brzmi mocno i zasadniczo. Oni znają receptę na powszechne szczęście i dają jedynie słuszne rady.

Zaczyna się od potępienia w czambuł tak zwanych „pseudohodowli”. Zgoda, jeśli mówimy o obrzydliwych rozmnażaczach trzymających udręczone psy w klatkach po lisach albo w piwnicy.

Zaraz jednak okazuje się, że dla naszych światłych rozmówców „pseudohodowla” oznacza jedynie kategorię: wszystkie psy bez oficjalnych papierów ZKwP, nie zaś – żerowanie na krzywdzie zwierząt i ich eksploatowanie: bez różnicy, do jakiej taki rozmnażacz organizacji należy (bądź nie należy).

Zaraz potem, na przykład gdy niebaczny rozmówca wymieni jakąś związkową hodowlę której się przygląda, zostaje zbombardowany miażdżącą krytyką, bo, na przykład, rzeczony hodowca ośmielił się posiadać jedną albo dwie suki i kryje je stale tym samym reproduktorem (skandal!) albo nie podaje na swojej stronie internetowej wyników badań swoich psów, albo – to już w ogóle zgroza y lordoza – w ogóle nie ma strony internetowej!

W efekcie sytuacja wygląda tak, że już nie tylko nie można kupować psów, jak to się potocznie mówi, „bez papierów” – ale też trzeba kupować psy od starannie wyselekcjonowanych hodowców. I to naprawdę nie byłoby takie głupie, gdyby w realu oznaczało sprawdzenie hodowli pod kątem warunków w jakich psy bytują albo ocenę zwierzaków które ową hodowlę opuszczają, głównie pod kątem psychiki.

O nie, o nie, tak łatwo nie jest.

Pouczającym szerokie grono słuchaczy kynologom najwyraźniej chodzi wyłącznie o to, żeby nabywcy korzystali z tych hodowli, które oni – Oświeceni i Znający Temat – namaścili jako „dobre”.

Małe studium przypadku: pewna kobieta która wyhodowała jeden, fajny (co potwierdziło się ostatecznie po odejściu piesków do nowych domów) miot szczeniąt od swojej jednej suki przeżyła traumę podczas kontroli dokonanej wówczas jeszcze na dyżurze sekcji; pani specjalistka pojeździła po niej jak po łysej kobyle bo a to jeden piesek był trochę mniejszy od pozostałych, a to pazurki miały szczenięta „nie tak” przycięte…

Wszystko dobrze, ale, jak wyznała potem nieszczęsna jednosuczkowa hodowczyni – akurat przypadkiem wie, jak wygląda życie kilkunastu psów w WYBITNEJ, WZORCOWEJ, DOSKONAŁEJ, DĄŻĄCEJ DO POLEPSZENIA RASY hodowli damy która owego przeglądu dokonywała i… to ją tak rozzłościło.

Bo dama owa ma psy rasy przeznaczonej do bliskiej współpracy z człowiekiem, które, i owszem, są nakarmione i czasem wypuszczane z kojców na wybieg, co więcej, „szkoli” je – ano uczy pozycji wystawowej, biegania na ringówkach, świat i ludzie. A więc – w świetle tego, co słyszy się w kuluarowych rozmowach z członkami ZKwP – dba o ich „dobrostan”.

Zupełnie jakby dbała o „dobrostan” kwiatków w doniczkach.

No ale jeździ na zagraniczne krycia, na wystawach bywa weekend w weekend, ploteczkuje z innymi hodowcami, swoje psy podstrzyga, wylizuje błoto z końcówek ich ogonów, piecze ciasto przy okazji „zlotów rasy”, wypuszcza kilkanaście miotów rocznie więc, naturalnie, to ona jest firmą godną polecenia – a nie jakaś przybyła spoza środowiska kosmitka która przez fakt bycia z zewnątrz, spoza towarzyskiego układu popełniła grzech śmiertelny, przywołując na świat miot szczeniąt.

I ma pełne prawo do pouczania, a nawet straszenia „kosmitki” – bo wszak ona jest wzorcem z Sevres wszystkich hodowców, a co właściwie w ZK robi  istota która śmiała nie złożyć podania o przyjęcie do tzw. środowiska, tylko sobie coś tam na uboczu dłubie?

Niestety, najczęściej tak to działa.

Daltonistyczni kynolodzy zupełnie nie dostrzegają że – na przykład – super, hiper wypasiona hodowla reklamująca się posiadaniem trzydziestu, czterdziestu psów z których większość jest championami NIE MOŻE – z założenia – należeć do człowieka który swoje psy naprawdę lubi i dba o ich potrzeby. Bowiem syndrom zbieractwa wyklucza normalne relacje z przedmiotem tegoż zbieractwa, a takim przedmiotem stają się w pewnym momencie te psy.

Jeśli psy są zadbane i wyczesane, to fajnie – a czy ktoś dba o ich psychiczne potrzeby?

Jak dobrze pójdzie, to są zaspokojone na najbardziej podstawowym poziomie: bycia w stadzie innych psów. A gdzie indywidualna praca z każdym z nich?

Jeśli nasz hodowca nie dysponuje majątkiem na miarę Blake’a Carringtona – tak, aby przydzielić indywidualnego opiekuna każdemu z nich, no dobrze: dwóm, trzem…, to chyba z nawiązaniem indywidualnej więzi raczej ciężko.

Setki pucharów wyjeżdżone na wystawach kompletnie nie świadczą o „dbałości o dobro rasy”. Raczej o uzależnieniu od wystaw i wygrywania – co dokładnie widać, gdy się poobserwuje wystawowe kuluary.

Źródło: Biblioteka Narodowa / Polona.pl
Katalog wystawy psów 1931, Biblioteka Narodowa / Polona.pl

No ale dla czarno-biało oglądających świat psiarzy TO właśnie jest wyznacznikiem „wkładu w rozwój rasy”.

Dodajmy – nieraz wkładu w wytwarzanie coraz większych kalek, w sferze fizycznej czy psychicznej (nieprawidłowa gęstość kości owczarków niemieckich, zbyt długie podudzia; niemożność naturalnego rozrodu u angielskich buldogów, psy pozbawione naturalnych popędów… do tego wszystkiego doprowadzili hodowcy „dbający o rozwój rasy”).

Warto czasem o tym pomyśleć, zanim się przyłączy do chórku oceniających świat wyznawców kilku sloganów.

One thought on “Czarne i białe w kolorze

  1. D.

    Mądrze napisane, mam jednak jedną uwagę. Nie bagatelizowałabym kryterium stowarzyszenia, w którym jest zarejestrowana hodowla. Rejestracja FCI jest (niestety, bądź stety) potrzeba chociażby w niektórych sportach kynologicznych. W agility, czy obedience nie ma możliwości poparcia swojego rozwoju konkretnymi osiągnięciami drużyna, w której pies nie posiada rejestracji FCI. Nie mówiąc już o kwestii etycznej, związanej z żerowaniem na niewiedzy osób, pragnących kupić psa rasowego, a płacących po kilkaset złotych za (było nie było) kundelka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *