Czemu się dziwicie?

w3

Neko

Zdarzyło mi się ostatnio wysłuchać dość kuriozalnego wywiadu udzielonego przez prawie-prezesa pewnej dużej prozwierzęcej organizacji radiowemu dziennikarzowi.

chinchilla-1897799_1280Opowiadał on o interwencji w słynnej sprawie fermowych szynszyli. Znają Państwo tę historię? Dla tych, którzy o niej jakimś cudem nie słyszeli, w skrócie: nastoletnie, acz już pełnoletnie, dziewczę nabyło drogą kupna podupadłą fermę futerkowców, posiłkując się forsą z tzw. chwilówki. Swoją drogą, ci lichwiarze to, kurczę, nadmierni ryzykanci. No dobra, w każdym razie po dokonaniu tego aktu zbawienia świata niewiasta odkryła, że kilkaset zwierzątek potrzebuje się najeść, napić, że część z nich choruje a większość kopuluje, w wyniku czego powstaje dość szybko nowe pokolenie malutkich szynszyli.

Co więcej, żeby ogarnąć to towarzystwo należy – Państwo wybaczą słownictwo – się nazapierdalać aż miło, na dodatek wypadałoby mieć trochę wiedzy o gatunku którym się człowiek zajmuje. To wszystko dziewczynkę mocno przerosło, nie była przygotowana na zderzenie się z prozą życia; skończyło się na spektakularnej akcji ratowania biednych gnijących za życia szynszylków przez fundacje, akcji poprzedzonej – ma się rozumieć – morską bitwą ze strategią walenia ze wszystkich dział w burtę przeciwnika typu zaangażowanie zaprzyjaźnionych redakcji telewizyjnych, internetowych i radiowych tudzież nawalania w dziewoję komentarzami oburzonych internautów – miłośników zwierzątek.

Szalenie mi się podobało, jak pan młody Mr. President, tego, przepraszam, pan niemal-prezes ocenił stan umysłowy dziewczęcia jako zły biorąc jako przesłankę nie ten cały bajzel, jakiego narobiła, tylko fakt, że nie bardzo chciała z nim, panem prawie-prezesem, miło pogadać. Hue hue hue. No i jeszcze lekkość i łatwość z jaką opowiadał, że rodzina panienki, która w końcu przejęła sprawę, nie chciała oddać szynszyli właśnie im, znaczy, jego świętej organizacji, w związku z czym wyszarpali zwierzątka przez podstawione osoby – to normalne, nieprawdaż.

Zostawiając na chwilkę temat koszmarnego, jak by nie było, wywiadu:  wśród internautów w owym czasie panował tradycyjny stan emocjonalnego wzmożenia, a to ją chcieli wieszać, a to do pierdla pakować, ale odzywały się też głosy nieśmiałego wsparcia, podejmujące kwestię młodego wieku tudzież dobrych intencji niedoszłej Szynszylowej Królowej. Najlepsza była jednak pewna humanitarna niewiasta, biorąca dziewczyninę w obronę: ano, stwierdziła, że „te zwierzęta i tak zostałyby zabite, a dziewczyna ma dobre serce i za to powinna zostać wynagrodzona”. red-heart-3695762_1280

Brawo, sekto serduszkowców. Chociaż, w sumie, jest w tym przewrotna logika – w umysłach prozwierzątkowców tak naprawdę los zwierząt naprawdę znajduje się gdzieś na ostatnim miejscu, co sami niejednokrotnie udowadniają, choć gęby mają pełne miłości do zwierzątek i humanitaryzmu, zwierzęcego dobrostanu i co tylko. Najważniejsze są emocje, skrajna egzaltacja i brak myślenia – tylko w takim sosie udaje się ciągnąć dobre interesy.

Prawdziwy, rasowy prozwierzątkowiec niczym diabeł święconej wody boi się merytorycznej rozmowy oraz choćby nieśmiałych przejawów fachowości (wyjątkiem są właśni, prozwierzątkowi specjaliści typu „pani behawiorystka z papierami po internetowym kursie wystawiająca opinie po naszej myśli” tudzież „pan doktor Iksiński którego klinika żyje i kwitnie dzięki fakturom wystawianym na naszą fundację”). Nie nie nie, trzeba przywalać, jak cepem, kolejnymi łatwymi wzruszeniami, łezkami i tkliwością, a przy okazji pobudzać co nieco agresję tłumu wobec wskazanych mu przeciwników. Zarządzanie konfliktem nie jest taką znowu trudną sprawą, a takim różnym macherom zawsze się opłaca.

background-2824974_1280Inna sprawa, że do tanga trzeba dwojga, więc ci aktywiści po tak zwanej drugiej stronie, czyli w świecie odbiorców swojego przekazu, znajdują wdzięczne i chętne jednostki które o niczym nie marzą, jak tylko o tym, żeby świat był prosty, jasny, jednoznaczny i żeby im ktoś powiedział, co mają myśleć, bo inaczej musiałyby same do tego dojść, co, jak wiadomo, zajmuje czas, angażuje siły i na dodatek okropnie boli, a kto by chciał cierpieć z własnej woli, hę?

Wracając do naszego prawie-prezesa dużej organizacji, w jego przeładowanym zadowoleniem z siebie wystąpieniu uderzało jedno, że w żadnym momencie do jego świadomości nie przebiła się prosta prawda, oto że dziewuszka od szynszyli jest w stu procentach produktem jego – tak, konkretnie jego –  i jemu podobnych ustawiaczy społecznego życia.

No niechże mi P.T. Czytelnicy darują, ale to właśnie dokładnie tak jest. Najpierw aktywiści bujają emocje, organizują bijące rekordy kretyństwa kampanie o tym, że biedne krówki są okradane z mleczka i każdy, kto owo mleczko pije, jest złym człowiekiem (oraz tłumaczą swoim zwolennikom że biedne zwierzątka futerkowe jęczą i trzeszczą pod jarzmem niegodziwego „lobby futrzarskiego”, jednocześnie nawołując do aktywnej walki z tymiż przejawami złowrogiej ludzkiej dominacji nad zwierzęcym światem) – a potem się szalenie dziwią, że ich własny produkt: dziewczę niedojrzałe emocjonalnie (i w stanie tejże niedojrzałości sztucznie utrzymywane), z dobrym serduszkiem i starannie sklepanym do poziomu gruntu rozumem postanawia „coś z tym zrobić”.

Dziewczyna postąpiła, jak umiała, w dość charakterystyczny dla całego światka serduszkowców sposób: wykonując szereg irracjonalnych gestów, wpadając w panikę gdy okazało się że coś poszło nie tak oraz szybko rozglądając się za miednicą do umycia rąk w związku ze spektakularną klapą własnego przedsięwzięcia.

W sumie – brzmi znajomo, prawda? Nihil novi w świecie prozwierzątkowych NGOsów.

W całej tej sprawie clou jest w sumie takie, że dziewuszka właśnie owym NGOsem nie była…, znaczy, wystąpiła z prywatną (głupawą naturalnie) inicjatywą, więc dodatkowo jej klęska stała się pretekstem do spektakularnego przetrzepania jej skóry przez NGOsy właśnie, bo one nie lubią konkurencji i nie bardzo im się podoba że ktoś chciałby występować z własnymi akcjami, skoro te akcje są zarezerwowane dla nich.

Paul Delaroche, Egzekucja Lady Grey, 1833.
Paul Delaroche, Egzekucja Lady Grey, 1833.

Dlatego spektakularne internetowe grillowanie dziewczęcia było odpowiednikiem średniowiecznego publicznego łamania kołem jakiegoś zbrodnia podłego, a na gorącym uczynku schwytanego – dla godziwej rozrywki ludu tudzież dla przykładu, żeby innym nie przyszedł do głowy pomysł popełnienia podobnego czynu niezgodnego z prawem.

Że dzieweczka się wygłupiła, naraziła zwierzęta na dodatkowe cierpienie i poszła z motyką na słońce? Jasne że tak. A myślicie, że przeważająca większość tak zwanych interwencji jak się kończy? Dla tych ratowanych zwierzątek, znaczy? Dokładnie tak samo. Jeśli trafią na bezwzględnych cyników i są w typie rasy, lądują w jakimś niemieckim karawanseraju albo rozpływają się w świecie tak zwanych płatnych adopcji; jeśli są same w sobie towarem nieciekawym, to przez czas jakiś tułają się od jednego Domku Tymczasowego do drugiego, w ustawicznej emocjonalnej huśtawce zmieniających się warunków, zwierzęcych towarzyszy oraz ludzi, żeby zlądować w jakimś beznadziejnym przytulisku albo tanim hoteliku, najlepiej prowadzonym przez alkoholiczkę albo psychola. Tylko nieliczne z nich będą miały szczęście i być może po drodze przygarnie je ktoś normalny (albo w miarę normalny). Zawsze w tle są zaś samorządowe pieniądze które może się uda wyciągnąć na opiekę nad „zwierzętami z interwencji”. Ludzie, którzy uważają że mogą oceniać „dobrostan” zwierząt, to często  dyletanci po dwudniowym „kursie na inspektora”, nie mający bladego pojęcia o gatunku którym się właśnie zajęli, no ale mają legitymacje i krzyczą na policjantów, jeśli ci nie wykazują się odpowiednim inkwizytorskim entuzjazmem.

Jasne, że na tym tle amatorka wypada blado, uzbrojona jedynie w dobre serduszko i łatwą, niewymagającą emocjonalność, z zerowym poziomem wiedzy, jak działają w prozwierzęcym świecie rozmaite układy, no i, dodajmy, najwyraźniej też pozbawiona informacji o tym, że zwierzęta tak są skonstruowane, że jedzą, wydalają oraz na potęgę tworzą następne pokolenia.

Niemniej dość to zabawne, że szanowni oburzeni aktywiści naprawdę nie widzą, że własnymi rękami i ciężką pracą stworzyli potwora.

 

6 thoughts on “Czemu się dziwicie?

  1. aaa

    Czyli o indoktrynacji kolka słów prawdy. Brawo

  2. Alicja

    Bardzo cenię Wasz blog za trafne uwagi i komentarze podane w dowcipnej formie. Szkoda, że tak rzadko wrzucacie teksty 🙂

  3. Nie dziwimy się. O dziewczynie można przynajmniej powiedzieć tyle dobrego, że nie kierowała się chęcią zysku, a jedynie (i aż) źle pojętym altruizmem, nakręconym przez starych wyjadaczy tematu. Niestety ta sama idea zwierzęcych aktywistów jest często cynicznie wykorzystywana do robienia biznesu w postaci mega schronisk, w których gromadzone są psy w celach zarobkowych, a potem nikt się nimi nie przejmuje. Za to w papierach, w kasie i w sercach wszystko się zgadza.

  4. Waldorf

    Gorzej, że bardzo często nikt się nie przejmuje “uratowanymi” zwierzętami. Nikt nie kontroluje warunków, w jakich są potem, to znaczy po takiej czy innej akcji czy interwencji przetrzymywane, ba, nieraz nawet sądy mają trudności żeby uzyskać informacje, gdzie konkretnie te zwierzęta przebywają. I tak to się kręci w tym biznesie. Piszę o rozmaitych NGOsach, fundacjach, stowarzyszeniach – żeby była ścisłość.

  5. O tej konkretnej lasce w pewnym momencie poszło info, że ona je wzięła z nadzieją na odsprzedaż z zyskiem. Tylko nie pykło. Przy czym możliwe że to już była cześć nagonki fundacji, która chciała odebrać te zwierzaki.

  6. Waldorf

    Zazwyczaj takie informacje to – tradycyjnie – część nagonki. Ludek dobroserduszkowy jest wyczulony na frazę “zarabianie na zwierzętach” i reaguje jak pies Pawłowa na dzwonek. Nomen omen. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *