Czysty cyrk!

w3

Czysty cyrk

Wszyscy, ale to wszyscy zdroworozsądkowi, umiarkowani w swych postulatach ludzie wrażliwi a zarazem rozsądni (tacy co to sprzeciwiają się wszechwładzy organizacji prozwierzęcych, nie negując zarazem potrzeby pomocy zwierzakom w poszczególnych przypadkach; tacy którym zdarza się zeżreć martwą świnię w postaci kotleta ale woleliby żeby nie zjadano u nas albo i u dzikich Italiańców, za górami i morzami, koni, bo przecież rycerze, bo szlachta i ułani, bo nastoletnie kuniareczki spędzające dużo czasu w stajniach rekreacyjnych i zakładające swoim kucykom strony na facebooku – jakże to jeść???) uznają często za stosowne podkreślenie swojego umiłowania zwierzątek i faktu, że są de facto po jednej stronie barykady z ich obrońcami. Żeby o tym zaświadczyć, wtrącają nieraz w rozmowie: „oczywiście jestem za wprowadzeniem zakazu występów zwierząt w cyrkach…”. No oczywiście. Tu nie ma wątpliwości, nieprawdaż. Każdy cywilizowany człowiek… i tak dalej.

Eee… Muszę się zgodzić z jednym: zwierzęta circus-828680_1280wymagające szczególnych warunków i bardzo specjalistycznej opieki na pewno nie powinny być w cyrkach utrzymywane z tej racji, że po prostu będą się niefajnie czuć w dość – przyznajmy to – polowych warunkach. Nie bardzo sobie wyobrażam szczęśliwego słonia w cyrku. Żeby było śmieszniej – także konia, ale to z uwagi na jego potrzeby ruchowe, których praca na arenie nie zaspokaja. Inna rzecz, że to wypisz wymaluj jak z wieloma końmi sportowymi, pociągowymi albo rekreacyjnymi.

Jednak ile razy czytam rozpaczliwe lamenty nad biednymi cyrkowymi zwierzątkami albo zachwyty nad radnymi którzy w ramach superhumanitaryzmu i wszechogarniającej tolerancji zabronili jakiemuś cyrkowi występów na swoim terenie tylko dlatego, że ma w programie występy z udziałem zwierząt, nie mogę się oprzeć wrażeniu że cosik w tym wszystkim nie styka.

Bo najwyraźniej nie chodzi tu o fakt, że faktyczny biotop tych zwierzątek znacznie odbiega od warunków jakie im koczownicze życie może zapewnić albo że muszą sobie dobrze podjeść, no a ciągła podróż powoduje że zwyczajnie im nie można zapewnić tych frykasów, albo że wymagają wyjątkowego ciepła, zimna, wilgoci czy suchego klimatu, nie do odtworzenia przy ograniczeniach jakie narzuca jazda barakowozami czy nawet wagonami kolejowymi.

Arthur Bridgman, Amerykański cyrk w Paryżu,  1869-1870.
Arthur Bridgman, Amerykański cyrk w Paryżu, 1869-1870.

Tu chyba chodzi raczej o godność, jaką im – według przeciwników popisów cyrkowych zwierzątek – odbierają występy na arenie.

Mnie tam widok szympansa w różowych gaciach zupełnie nie bawi, podobnie jak widok yorka w płaszczyku i czapeczce a’la Sherlock Holmes. Załóżmy jednak, że nie wszyscy treserzy upierają się przy tychże różowych gaciach, podobnie jak nie każdy właściciel yorczej suki sprawia jej tiulową suknię ślubną.

Z tą godnością jest tak, że odbiera ją, według rozpłakanych wrażliwców, zdaje się sam fakt bawienia gawiedzi swymi uciesznymi sztuczkami; ciekawe, że nie odbierają jej przebiegi na torze agility, zawody obedience oraz freestyle dogdancing (jeśli idzie o to ostatnie, mam wrażenie że godność tracą tu najczęściej występujący w tej dyscyplinie ludzie, o ile nie są odpowiednio sprawni, nie mają przemyślanego do końca programu i nie potrafią psa nauczyć precyzyjnej pracy na odległość. Ale to tak na marginesie…).

No więc zwierzątka uczestniczą w jarmarcznej rozrywce w dwudziestym pierwszym wieku, hańba i tyle. Muszą się popisywać na rozkaz. Tak nie może być! To się musi skończyć!

Bardzo ciekawe, że ludzkość, której dzieje pełne są dowodów na to że postęp wymuszała na niej często chęć zapełnienia pustki i dostarczenia sobie coraz to nowych form rozrywki nie rozumie, że dla zwierzęcia straszną rzeczą jest – dostawać pierdolca z nudów. sadness-2031700_1280Co często się dzieje na przykład w takich ogrodach zoologicznych… Kołyszący się na tym samym od dwudziestu lat wybiegu słoń, wygryzający sobie sierść niedźwiedź, wilki wydeptujące wokół swojego niedużego tereniku głębokie rowy, wielkie koty w depresji są dla nas do zaakceptowania, zwłaszcza jeśli ogród zoologiczny który te zwierzęta trzyma prowadzi „rozsądny program hodowlany”, ma specjalne certyfikaty odbytych przez pracowników szkoleń i organizuje lekcje dla klubów przyrodniczych w lokalnych szkołach podstawowych, zaś dyrektor tej placówki ma magiczne dr (albo prof.) przed nazwiskiem.

Robienie zaś „taniej rozrywki” z faktu, że zwierzaki wykonują określone zadania, jest czymś niedopuszczalnym.2106r I przeciętny dyrektor cyrku nie jest dr hab. Ani prof. A całe to cyrkowe towarzystwo lubuje się w rajtuzkach obszytych cekinami i stawaniu na rękach, zamiast czytać Prousta albo niechby, że Finnegans Wake w zacisznym ogrodzie, popijając bawarkę z dziewiętnastowiecznej filiżanki i od czasu do czasu półgłosem wymieniając przemyślenia na temat istoty wszechświata z kolegą czy koleżanką z branży. Nie, to towarzystwo jest wrzaskliwe, tandetne, kolorowe, kocha blichtr i – ma się rozumieć – z lubością katuje zwierzęta, nie żywiąc do nich żadnych ciepłych uczuć, to pewne.

Tak zwanych ludzi cywilizowanych przeraża chyba bardziej cała ta otoczka, no i fakt że zwierzęta przebywają, a jakże, w klatkach – wypisz wymaluj jak jack russell młodego menadżera pracującego w korpo który kocha swojego pieska ale nie chce żeby ten mu coś zniszczył, na przykład krzesło od Fabio Novembrego, no więc zamyka dziubaska w kennelu (nauczył go tam zostawać według wskazań pani słynnej behawiorystki kasującej sto pięćdziesiąt zyla za wizytę) na dziesięć godzin; ale to przecież zupełnie nie to samo, bo po pracy przyjeżdża do pimpusia i zabiera go na długi spacer połączony z socjalizacją, ćwiczeniami i kontaktami towarzyskimi z innymi psiarzami.

Do właściciela russelka nie dociera, że ten zamknięty w klatce niedźwiedź albo insza gadzina też wychodzi na swoje spacerki połączone z socjalizacją, ćwiczeniami i kontaktami towarzyskimi, co więcej, w porównaniu do jack russelka ma tych rozrywek – zdominowanych przez wykonywany wysiłek umysłowy, a nieraz fizyczny – znacznie więcej, zważywszy ilość czasu jaką poświęca się w cyrku na próby. Czy tam treningi, jak zwał tak zwał.

Na dodatek trudno byłoby się przebić do świadomości miłośników zwierząt z informacją, że cyrkowym zwierzakom właściciele niejednokrotnie zaspokajają znacznie bardziej ich potrzeby socjalne, niż wysoce świadomi właściciele zwierząt domowych, szukający tysięcy opinii i porad na internetowych forach (i zajęci głównie gapieniem się w monitor zamiast swoimi zwierzakami, taki paradoks).

Sam fakt uczenia zwierząt sztuczek nie jest, według mnie, niczym nagannym – o ile nie używa się brutalnych metod.

Dziewczyna z cyrku. Fotografia, ok. 1908. Źródło: Library of Congress, USA.
Dziewczyna z cyrku. Fotografia, ok. 1908. Źródło: Library of Congress, USA.

Oczywiście, patologie zdarzają się wszędzie, w środowisku cyrkowym także, i doskonale wiem że można powklejać filmiki z youtuba udowadniające że cyrkowcy to oprawcy. Wypisz wymaluj jak w każdej dziedzinie wymagającej pracy ze zwierzęciem oraz z człowiekiem, już nie wspomnę o wspólnym, a przymusowym przebywaniu ze sobą w sztucznie wykreowanym środowisku jakim jest choćby zakład pracy. To, jak ludzie potrafią się wzajemnie dręczyć, doprawdy robi wrażenie; ale to tak na marginesie.

Chodzi mi o to, że fajny obraz pracy – a zwłaszcza w rozrywce on powinien taki być, żeby NAPRAWDĘ podobał się publice – osiąga się jedynie dzięki dobrej relacji ze zwierzęciem.

Uwaga – mam na myśli dobrą relację, niekoniecznie objawiającą się wyłącznie niunianiem i szczebiotaniem albo głoszeniem haseł „no violence”, bo tych haseł zwierzątka jak dotąd jeszcze jakoś nie wzięły sobie do serca. Człowiek od dobrej roboty ze zwierzęciem musi panować nad własnym ciałem i umysłem, nie ulegać emocjom, jego zachowanie musi być bardzo czytelne dla jego podopiecznego, musi dobrze znać zachowania i potrzeby gatunku jakim się zajmuje… słowem, takietam drobiazgi.

Źródło: Library of Congress. USA.
Źródło: Library of Congress, USA.

Wizja uczenia niedźwiedzi tańca przez stawianie ich na rozżarzonej płycie, choć pewnie pałętająca się po naszej podświadomości od czasów średniowiecznych igrców, niekoniecznie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

Akurat w tej kwestii mogę powiedzieć coś opartego na empirii, bowiem z przyczyn rodzinnych zdarzyło mi się, nieletnim jeszcze pacholęciem będąc, spędzić czas jakiś w cyrku, to znaczy nie na przedstawieniach, ino w tym sławetnym obozowisku, stąd więc trochę obserwacji dotyczących zwierząt cyrkowych.

To nie był duży, znany cyrk, ale dość rzetelne przedsiębiorstwo, nie szemrana tancbuda, że tak powiem. Jakie stworzenia uczestniczyły w show? Były na przykład psy – stado białych niedużych kundliszonów, trochę w typie jack russelli właśnie, choć wówczas żywa dusza w PRL nie wiedziała że takie cuś istnieje, a ci wszyscy artyści to była lokalna wytwórczość wsi polskiej, zapadłej, poskupywana na zasadzie „a, pasuje do naszego stada”. circus-993622_1280Psy robiły tysiące sztuczek, a przy tym wprowadzały na arenie wrażenie czarującego chaosu, co bardzo podobało się publice, zwłaszcza dzieciom. W warunkach cywilnych całe to tałatajstwo biegało po terenie, zajmując się szczekaniem, drapaniem, kopaniem dołków i łapaniem za nogawki obcych którzy niebacznie chcieli zajrzeć za kulisy cyrkowego życia. Anglicy mówią „my home is my castle”: dla tych psów castle był tam, gdzie rozstawiono ogrodzenie cyrkowe, proste.

Była tresura kóz; zaiste, niech się schowają dzisiejsi pozytywni trenerzy, kudy im do przemiłej pani w nader skąpym, a błyszczącym odzieniu, która do każdego numeru zużywała całe wiadra marchewek i suchego chlebka. Kozy były rozwydrzone, jak pamiętam, i na przykład – wbrew obiegowej opinii że „koza wszystko zeżre” – z obrażonymi minami wypluwały poczęstunek niedostatecznej, według nich, jakości. Raz otarły się o przerobienie na pieczeń, kiedy starannie obdrapały z lakieru samochód dyrektora cyrku. Chyba uważały że to było strasznie zabawne.

Były też niedźwiedzie. Ich treserzy – małżeństwo w średnim wieku – mieli prawdziwego fioła na ich punkcie. W zasadzie spędzali więcej czasu z misiami, niż w swoim barakowozie; wyznając zasadę, że szczęśliwy niedźwiedź to brudny niedźwiedź zajmowali się często organizowaniem swoim zwierzakom miejsca do kąpieli, najlepiej takiej z błotem jako główną atrakcją, do czego wykorzystywali połowę obsady cyrku, w tym zawsze chętnych do pomocy trzech braci – akrobatów, z zapałem noszących wodę w wybrane miejsce. Potem zaś państwo niedźwiedziowi wpadali w panikę bo przecież występ i tak dalej, więc siedzieli i rozczesywali swoje potwory. Wbrew obiegowej opinii niedźwiedzie wcale nie są takie aspołeczne, jak się je przedstawia, przynajmniej te takie nie były. Zdarzyło mi się kiedyś wpaść prosto na samca-główną gwiazdę zespołu i muszę powiedzieć, że to zwierzę było w zadziwiający sposób pozbawione agresji. Dziś, z perspektywy lat mogę to jakoś usystematyzować, te moje wspomnienia, i stwierdzam że te misie były niesłychanie zrelaksowanymi stworzeniami, przekonanymi że świat to fajne miejsce zamieszkane przez ludzi o kieszeniach pełnych żarcia. Peace, man!

Które zwierzęta miały niefajnie? Ano… konie. Tresowane konie. Nie znaczy to, że były własnością jakichś okrutników, ale po prostu cyrkowe życie nie jest za dobre dla tego akurat gatunku. Co prawda ich właściciele kombinowali coś z wynajmowaniem pastwisk w miejscowościach w których cyrk stanął na parę dni, ale to było trudno logistycznie i konie naprawdę miały za mało możliwości swobodnego pobrykania.

Laura Knight, Elsie na Hassanie, 1929-1930.
Laura Knight, Elsie na Hassanie, 1929-1930.

Jedynym koniem który był zadowolony ze spędzanego czasu był potężny wałach woltyżerski, leniwy z natury, który chodził po obozie luzem i kradł ludziom jedzenie przez okna barakowozów. Co jakiś czas wybuchały w jakimś miejscu krzyki: „o nie, znowu był tu ten drań!” i już było wiadomo, co się stało… Jak mu ukradzione żarcie nie pasowało, to nim rzucał, więc psy szybko zawiązały z nim spółę i włóczyły się razem z nim. Już po moim odjeździe doszły mnie słuchy że zaczął eksperymentować z próbami wchodzenia do barakowozów. Przez drzwi, wyjątkowo wąskie w tych konstrukcjach, Podobno nie pozwolono mu twórczo rozwijać tej idei.

No więc działo się, działo – i jako wrażliwemu dziecięciu jakoweś okrucieństwa musiałyby się rzucić w oczy, ale jakoś ni hu-hu nie mogę sobie akurat tego aspektu przypomnieć. Owszem, czasem ktoś kogoś bacikiem podciął, ale groźnie to nie wyglądało, raczej, jakby to rzec… bardziej rytualnie.

Jedno trzeba przyznać: te zwierzaki miały mało okazji do nudy, która towarzyszy niemal nagminnie większości naszych domowych zwierzaków i stworzeniom utrzymywanym w humanitarniejszych, zdawałoby się, warunkach.

Już Jan Żabiński – znakomity, przedwojenny dyrektor warszawskiego ZOO – pisał w swoich książkach Książka Żabińskio konieczności zapewniania zajęcia zwierzętom w zoologach; dostrzegał problem i nazywał go. Przy okazji, ten znakomity praktyk bynajmniej nie był zawziętym wrogiem egzystowania zwierząt w cyrkach, oczywiście pod pewnymi warunkami.

Dziś docenia się rolę wysiłku przy zdobywaniu pokarmu – wielkim kotowatym na przykład trochę się utrudnia zdobywanie mięska, każąc wdrapywać po nie w trudno dostępne miejsca, małpy dostają zabawki i smakołyki nad którymi muszą trochę popracować…, najgorzej mają kopytne. Temple Grandin otwarcie postuluje, na przykład, najprostszą tresurę antylop, zebr i innych takich stworzeń przez proste wejście na ich wybieg z batem i przeganianie ich (okropne! BATEM! skandal! no wiadomo…) po to tylko, żeby miały, nieszczęśniki, jakieś bodźce w swoim monotonnym życiu.

No więc, prą państwa, ogarniają mnie uczucia ambiwalentne, ilekroć widzę spektakularne kampanie przeciwko całkowitemu zakazowi występów zwierzaków w cyrkach. Jak zwykle przy zbyt kategorycznie formułowanych postulatach wylewa się dziecię z kąpielą. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

One thought on “Czysty cyrk!

  1. Dorota

    Jak mniemam opis tego cyrku w którym autor poczynił obserwacje przypadał na drugą połowę lat 80-tych?

    Myślę, że prawda zazwyczaj leży po środku i jak zwykle wszystko rozbija się o czynnik ludzki, czy to są miłośnicy i pasjonaci oraz znawcy psychiki danego gatunku, z którym pracują. Rzadko trafiają się ludzie łączący te cechy.
    Zwierzęta domowe na pewno też lepiej sobie radzą w cyrkowej rzeczywistości, niż te dzikie.

    Ja osobiście nie mam nic przeciwko występom psów, kotów, kóz, świń, papug (Ar czy Kakadu), szczurów. Oczywiście z poszanowaniem pewnych zasad humanitarnego traktowania i zapewnienia właściwego dobrostanu.

    Jednak jeśli chodzi o dzikie kotowate, słonie czy niedźwiedzie to już jestem dość sceptyczna. Począwszy od metod tresury po “numery”, które z naturalnymi zachowaniami nie mają nic wspólnego (pamiętam kiedyś numer polegający na tym, że lew wskakiwał na konia i na nim jechał wokół areny kilka okrążeń).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *