Da capo al fine

w3

babina

Jak by tu o tej historii napisać? Ano, kolejny raz rąbnięto człowiekowi jego psy, motywując to oczywiście dobrem zwierzaków.

Smaczku sprawie dodaje (dość tradycyjnie już) fakt, że dziwnym trafem psy były rasowe; jeszcze więcej przyprawy się dosypie gdy powiemy, że po długiej batalii o zwierzaki prokuratura nakazała je zwrócić, i co, i nico, bowiem główny przywłaszczyciel, oczywiście, tradycyjnie już zwierzęta „zgubił”.

Zwierzęta zabrano hodowczyni, co w kręgach miłośników zwierząt jest od razu wysoce podejrzane, bowiem hodowanie kręgowców – w odróżnieniu od pozwalania, by pojawiły się na świecie w drodze pączkowania, ewentualnie klonowania w laboratorium – jest obecnie niemal na poziomie bycia myśliwym, a to już ostatni krąg piekła.

(No dobra, ostatnim kręgiem piekła jest bycie myśliwym hodującym psy do pracy w łowisku).

Ale nie o tak nagannym przypadku my tutaj, w dzisiejszej historii chodzi o panią która hodowała pieski dwóch ras, nazwijmy to, ozdobnych, dobra, małe psiaki do towarzystwa, o, to zabrzmi nieobraźliwie i z odpowiednim szacunkiem do żywego stworzenia.

No więc pani mieszkała w niedużym mieszkaniu, a na dodatek podpadła innej pani, także hodującej te same rasy (kolejny z serii przypadków).

two is companyInna pani, wyposażona w niezmiernie wysoki poziom wrodzonego humanitaryzmu, w pewnym momencie życia stwierdziła, że psy koleżanki są utrzymywane w nieodpowiednich warunkach. Zbyt wnikliwego wywiadu środowiskowego raczej nie przeprowadzała, ale swoje wiedziała i już. W każdym razie postanowiła coś z tym zrobić, bo pieski na pewno cierpią i tak dalej.

Panią cechowała ogromna odwaga cywilna, tylko taka trochę jakby ukryta w czeluściach jej bogatego wnętrza, bowiem zamiast – mając coś na wątrobie – iść do koleżanki i rzec jej: „Mania, Hania, Ania [niepotrzebne skreślić], źle się opiekujesz swoimi psami, moim zdaniem, robisz nie tak to, i to, i tamto jeszcze – zmień to, a jeśli nie jesteś w stanie, to może jakiejś pomocy potrzebujesz?” od razu poszukała kontaktu do pewnej miłośniczki zwierzątek działającej w sposób usankcjonowany, jako pisz-pan-inspektorka ochrony zwierząt, i napuściła… pardon, poprosiła ją o interwencję.

I tu clou wyłania się momentalnie, choćby w – opublikowanej w końcu publicznie – korespondencji. Mianowicie pani inspektorka ochoczo podjęła się zadania, nie wiedząc w sumie, co się tak naprawdę dzieje w tamtym domu, ale za to natychmiast odpisała:

– Odbiorę psy, tylko mi pomóżcie wejść do środka!

Ops. Naiwniacy my, sądzimy, że te wszystkie orgi to pilnować mają tak zwanego dobrostanu zwierząt, upominając…, tłumacząc…, pilnując, żeby właściciele wykonali ich zalecenia…

Że odbiór zwierzęcia to ostateczność, łypiew chwili gdy naprawdę jego życie jest zagrożone. Że ci wszyscy ochroniarze zwierząt choć trochę znają się na ich psychice i wiedzą, że emocjonalnie to one są na poziomie dwulatka – a dwulatki źle znoszą nagłą zmianę warunków a zwłaszcza zniknięcie rodziny; ot, takietam.

„Odbiorę” – mówi się, że jeden obraz wart tysiąca słów, ale czasem jedno dosadne słowo tłumaczy sytuację równie dobrze.

No i to słowo wytłumaczyło, czemu pani miłośniczka nie rozmawiając z hodowczynią ani w ogóle nie oglądając psów złożyła na zaś zawiadomienie na policji o znęcaniu się.

Niewtajemniczonym wyjaśniam: robi się to po to, żeby napadnięty nie fikał; gdyby chciał wzywać policję, się go szantażuje, że dobra dobra, niech wzywa, a tam już na niego doniesionko leży, u tych policjantów. Którzy go potraktują, jak na to zasługuje… okrutnika jednego!

No dobra, panie podstępem weszły do mieszkania hodowczyni, zastraszyły ją, zabrały zwierzaki – nie było ich tak znowu dużo – i szybciutko rozpętano medialną burzę przeciwko niej.

Działo się, działo…

Szczerze mówiąc, w bebechach się przewraca jak się pomyśli o metodach, jakie zastosowano do zdezawuowania tej kobity w oczach tzw. opinii publicznej.

Publikacja zdjęć z jej mieszkania, oczywiście z komentarzami o „melinie”, „brudzie”, „patologii”, nikogo nie dziwiła – była doskonałą pożywką dla niedowartościowanych miłośników zwierzątek którzy mogli z poczuciem wielkopańskiej wyższości obrzucać wystawioną na ich łaskę i niełaskę hodowczynię obelgami.

Najlepsze, że dowodem tej patologii był widok stojących w kuchni na blatach czystych naczyń, powyjmowanych z szafek, bo… kobieta czekała na nowe szafki kuchenne. Przygotowała więc stare do demontażu i wywiezienia, wyjmując z nich naczynia, cóż, trafiło akurat na wizytę inspektorki organizacji prozwierzęcej, która ochoczo wystawiła ów przedremontowy bałagan na żer internautów. A propos, nie wiem czy nie należałoby złożyć teraz wizyt w domach tych wszystkich drących się ile wlezie miłośników psów, bowiem skoro nie wiedzą, jak wygląda robienie w domu remontu, znaczy, że sami takowych operacji u siebie nie robią. Czyli mieszkają w melinach, nieremontowanych od lat. To, że oni tak żyją, to mniejsza, ale ich ZWIERZĄTKA wraz z nimi! Toż to znęcanie się! Zalecam wzmożone kontrole.

Prawda jest też taka, że zdjęcia garnków musiały wystarczyć, bo na pozostałych fotografiach niczego specjalnie patologicznego nie było widać, abstrahując od tego, że mieszkanie było małe, więc i przeciętny życiowy bałagan sprawiał wrażenie gorszego, niż w rzeczywistości. Albowiem niedbale złożona gazeta rzucona na stolik w trzystumetrowym domiszczu zdecydowanie mniej rzuca się w oczy, niż w dwudziestometrowej kawalerce.

podróbki

No, w mieszkaniu były klatki – kojce, rzecz nie do przyjęcia, jeśli chodzi o podczłowieka, tego, przepraszam, przejęzyczenie: o zwykłego obywatela.

Albowiem powszechnie wiadomo, że klatki i kojce w prywatnym mieszkaniu to zło. Klatki i kojce używane przez NGOsy dla zabezpieczenia zwierzątek są zaś jak najbardziej prawomyślnie używane i w ogóle O.K. Każdy behawiorysta wam to powie.

Mniejsza z tym; najistotniejsze jest to, że pisz-pan-inspektorka złamała iks przepisów prawa, w tym takie dające obywatelom naszego państwa prawo do prywatności. Nie chce się wierzyć, że babina nie wiedziała, iż publikowanie na ogólnodostępnej stronie internetowej zdjęć cudzego mieszkania ze szczującymi komentarzami jest niewątpliwie owego prawa złamaniem; albo tak dalece poniósł ją rewolucyjny zapał, albo było to działanie wykalkulowane.

Tak tak, wykluwająca się na naszych oczach formacja która ewidentnie skończy jako wyjątkowo jadowita odmiana Policji Myśli przebojem zdobywa różne przyczółki, między innymi taki, który dotąd był jakąś barierą: konstytucyjnie zagwarantowane obywatelom prawo do równości.

A guzik, przeciwnika trzeba od razu upokorzyć, zohydzić, odebrać mu ludzkie cechy…

westieW takich przypadkach liczy się czas i to, kto pierwszy uderzy, więc wyrywa się zwierzaka – dziwnym trafem na ogół rasowego – i od razu zaczyna wrzeszczeć, jakimże to potworem i podludziem jest jego właściciel.

Internetowa opinia publiczna radośnie podchwytuje narrację, bowiem mentalnie cofnęliśmy się właśnie do głębokiego średniowiecza, w którym, jak wiadomo, nie było telewizji i dlatego z taką radością były witane rozmaite imprezy kulturalno-rozrywkowe jak łamanie kołem, palenie żywcem czy ćwiartowanie tego czy innego delikwenta. Rechoczący, wiwatujący i przepychający się, żeby z bliska zobaczyć tryskającą krew tłum miał oczywiście poczucie głębokiej sprawiedliwości – karano ohydnego zbrodniarza, a przyglądający się temu ludkowie byli „ci dobrzy”. Teraz też wirtualnie linczuje się niegodziwca, a internetowi miłośnicy zwierzątek jeno dorzucają inwektyw w głębokim przekonaniu jacy to nie są humanitarni i głęboko wrażliwi.

I w tym, i w tamtym przypadku poszczególne jednostki z tego stojącego po stronie „dobra” tłumu charakteryzuje niemal kompletny brak mózgu, ale cóż, dla osób organizujących publiczne egzekucje to zaleta, na której budują cały system.

Zadawanie pytań – jakichkolwiek, poza pytaniem o numer konta tej czy innej organizacji – jest obecnie grzechem niewybaczalnym.

Tu uwaga, za którą od razu z góry przepraszam wszystkich, którym zdarza się myśleć, a nie tylko posiłkować z góry przyjętymi schematami i kalkami. Dla was poniższe oświadczenie jest zapewne oczywiste:

– otóż doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jest dużo ludzi powodujących cierpienie zwierząt. Ci ludzie powinni być ukarani, a dręczonym zwierzętom powinno się zapewnić lepszy byt.

Jednak nawet ci złoczyńcy mają pewne prawa, których należy przestrzegać.

Samodzielne decydowanie o tym, kogo przenosimy do niższej kategorii – tej, której owe prawa nie przysługują – zawsze kończy się tragicznie, co znamy z historii ludzkości, bowiem powtarza się z nużącą regularnością.

Mianowicie w miarę postępów rewolucji rykoszetem obrywa coraz więcej jednostek niewinnych.

W opisywanym tu przypadku tak najwyraźniej było.

wyprawaBodajże trzy udało się pani odzyskać, reszta natomiast „uciekła”. Spod skrzydeł pani inspektorki-miłośniczki, hue hue.

Bardzo mnie ciekawi, kiedy, na przykład, sądy zaczną w obliczu takiego posunięcia – nagminnego w przypadku rozmaitych organizacji – skazywać tych ludzi za obrazę, bowiem jest to, nie da się ukryć, okazywanie sędziemu że się go ma za ostatniego idiotę. A takie przypadki naprawdę się zdarzają.

Druga sprawa, skoro pieski dziwnym trafem po wyrokach czy decyzjach zwrotowych „uciekają”, to niechże mający je w swojej pieczy miłośnicy udowodnią, że (i kiedy) owo zaginięcie zgłosili, no i że zwierzaków szukali, że ogłoszenia dawali…

No i chyba taka organizacja czy osoba cywilna, która gubi psy, nie zasługuje na zaufanie, prawda?

Nie mam złudzeń: jeśli właścicielka pozwie w trybie cywilnym swoich gnębicieli i uzyska odszkodowanie, to przecież nie zostanie ono zapłacone z kieszeni tych osób, tylko złożą się na nie głupawi internauci. Głupawi, bo trzeba naprawdę nie mieć rozumu ani jakiejkolwiek etyki, żeby pochwalać takie zachowania. A że zbierze się grupa ludzi którzy dalej będą się zachwycać tymi akurat miłymi obrońcami zwierzątek i organizować ściepy na takie akcje, to wiem.

koncentracjaNajgorzej że ktoś może być naprawdę przywiązany do swoich zwierząt, a tego mu nie wynagrodzą żadne pieniądze: rozłąki, nieznajomości ich dalszych losów…

Bardzo mnie ciekawi, co posłowie z Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt zaproponują, żeby uniknąć takich historii. Halo, panowie, w końcu stanowicie prawo. Rozumiem że lubicie zwierzątka, ale czy wy w ogóle przyglądacie się, co się w tym prozwierzątkowym świecie dzieje? Hę? Czy oddajecie się błogiemu samozadowoleniu, prowadzani to w tę, to w inną stronę jak byczki za kółko w nosie przez lobbujących członków kilku organizacji?

 

P.S. Piszę o „pisz-pan-inspektorce”, bowiem jakoś tak się złożyło, że po wybuchu całej afery te organizacje, na które się ona powoływała, zaczęły szybciutko się zaklinać że skąd, nie mają z ową panią nic wspólnego, no może kiedyś się z nią na ulicy minęli w dwa tysiące szóstym. Zapewne na tę nerwową reakcję wpłynął fakt iż statut owych organizacji w ogóle, jak się okazało, nie pozwalał im na posiadanie kogoś takiego, jak „inspektor”, w swoich szeregach. Nie mam pojęcia, jak to w końcu formalnie rozwiązano i szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to. Nie chodzi bowiem, choć może to dziwnie zabrzmi, o tę konkretną sprawę, tylko o obyczaj, jaki się w Polsce wytworzył i trwa na całego, hulaj dusza.

4 thoughts on “Da capo al fine

  1. i.cz

    Przede wszystkim – brawo. Dobre spostrzezenia, dobre artykuly. Zwlaszcza o wplywie doboru hodowlanego i “wiedzy” behawiorystow. Jedyne zastrzezenie – prosze nie przeceniac szkolenia – niestety nie jest to jakies panaceum.

  2. Waldorf

    Aaaleee… co ma szkolenie do tekstu o jumaczach zwierzątek? 🙂
    Chyba żeby (rozmarzam się) przeszkolić policjantów w wykrywaniu wad charakterologicznych i psychoz działaczy prozwierzęcych ciągających ich ze sobą na “interwencje”… Hm, to może by było coś.

    • i.cz

      Odpowiedzialam niejako zbiorowo.
      Nie mialam pewnosci czy Pan reaguje na wpisy pod starymi tekstami.

  3. Waldorf

    Staram się. 🙂 Nie zawsze jest powiadomienie, ale zazwyczaj odkrywam, że ktoś się dopisał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *