Do czego służy czip?

w3

dog-142667_640

Do niedawna odpowiedź – jak dla mnie – brzmiała: żeby, w razie zaginięcia psa, można było łatwo psa zidentyfikować i oddać właścicielowi.

W świetle mnożących się ostatnimi czasy opowieści niesamowitych które brzmią niczym kiepska literatura sensacyjna albo science fiction, należy przedefiniować tę odpowiedź.

Otóż czip wszczepiamy naszemu psu po to, żeby – jeśli nie daj Boże trafi w ręce aktywisty jakowejś fundacji – nie było za łatwo zagarnąć zwierzaka na tzw. wieczne nieoddanie.

Uprzedzam, opowieści fantastyczne, wymyślone, bo przecież w cywilizowanym państwie prawa nic z tego nie mogłoby mieć miejsca… prawda? Wszelkie podobieństwo do osób i faktów jest, ma się rozumieć, całkowicie przypadkowe i niezamierzone. Lecimy:

Oto stowarzyszenie pomocy pieskom wyciąga z lasu wielkie (i mało przyjaźnie nastawione do otoczenia) psisko co się zaczepiło o drzewo; oczywiście płacz o „porzuconym” pieseczku, nie dość że na łańcuchu, to jeszcze w elektrycznej obroży – hm, cynicznie rzecz biorąc, to tylko kompletny bezmózg zostawiłby na porzuconym psie drogi sprzęt, więc sprawa od razu śmierdzi, no i się wkrótce wyjaśnia, zwierzak był chwilowo przyczepiony na owym łańcuchu na terenie posesji, dał nogę z całym brzęczącym oprzyrządowaniem a obroża była od niewidzialnego ogrodzenia (uwaga – można tego ustrojstwa nie lubić i się na nie gniewać, ale, umówmy się: rzecz nie jest zabroniona przez prawo).

Rosa Bonheur, Duży gryfon wandejski, XIX w.
Rosa Bonheur, Duży gryfon wandejski, XIX w.

Właściciele się znajdują, wydaje się że sprawa rozwiązana, ponieważ miłośnicy zwierzątek wydali jakąś kasę na (powiedzmy szczerze: wyjątkowo kretyńsko obmyślaną) akcję pomocy, to jasne że właściciele tę kasę im zwrócą, psa odbiorą, git i gra gitarra, koniec sprawy.

O nienie. Poczynając od pełnego podejrzliwości łamania rąk że na pewno właściciele psa kłamią i że jednak psa z premedytacją o to drzewko w lesie zahaczyli, przez skowyt na temat używanego sprzętu („nie oddawajmy psa draniom którzy używają elektryki!”) , po uwagi że ludzie psa „nie szukali” – wychodzi na to, że jednak szukali, tylko akurat nie tam, gdzie by tego wymagali Miłośnicy – no robi się, w każdym razie, tzw. taka sytuacja.

Pies, nieszczęściem jeszcze czipa nie posiadający, natychmiast go dostaje…tyle że z danymi fundacji.

A właściciele, żeby psa odzyskać, mają podpisać umowę w wyniku której organizacja będzie sprawdzała co się z psem dzieje (już widzę panie aktywistki kręcące nosem na kolor miski albo fakt że pies mieszka na zewnątrz i tak dalej) oraz będzie decydować, gdzie będzie leczony (a co, weterynarze współpracujący z fundacjami lubią sobie zarobić, nie? ręka rękę myje…).

Inna historyjka: stareńka suka (rekordowo stara jak na krótkowieczną rasę) ma pecha, właściciel-staruszek nie domyka furtki, raz jeden jedyny, suka wyłazi i człapie sobie swoją stałą spacerową trasę, odławia ją Pani Miłośniczka Zwierzątek, dostarcza do znanej sobie fundacji, do której błyskawicznie docierają informacje, że suka ma właściciela, starego człowieka z którym sobie przeżyła całe życie; im usilniej właściciel usiłuje odzyskać psa, tym większy dym się robi.

Fundacja trzyma psa w DT, nie wiadomo gdzie, zbiera kasę na miliony badań bo, jak wiadomo, starość daje się wyleczyć a kilkunastoletni pies nie ma prawa mieć żadnych zdrowotnych przypadłości. Mimo że wójt gminy wydaje decyzję o zwrocie psa właścicielowi, nieszczęsny staruszek od paru miesięcy ulubienicy nie widzi. Na dodatek zostaje oskarżony o znęcanie się (bo te pazury, wicie rozumicie, za długie a poza tym leczył sukę u weterynarza którego fundacja nie lubi) w odwecie za to, że ośmielił się przeciwstawić i nie jest odpowiednio pokorny wobec bóstwa… tego, co ja mówię: szefowej organizacji.

Wszystko to dzieje się przy utrzymywanej na najwyższych tonach histerii facebookowego społeczeństwa któremu bardzo niewiele wystarczy żeby je podjudzić do linczu, ludziska siadając do komputera najczęściej bowiem wyjmują mózgi i wkładają je do szklaneczek z wodą czy cuś.

Charakterystyczne: w obu opisywanych przypadkach osoby z bezpośredniego otoczenia szefów (no dobra: akurat tutaj szefowych) tych całych fundacyj miały, jednak, jakieś moralne obiekcje co do przyjętej linii postępowania, tyle, że wyrażały je półgębkiem, po cichutku, okraszając to swoje gówniane, bo do niczego nieprzydatne votum separatum uwagami o tym, że pani X czy pani Z „ma skomplikowany charakter” (czytaj: wredna baba w stanie permanentnej wojny ze światem), „dużo w życiu przeszła i ma nerwicę” (czytaj: mści się na bliźnich za sprawy której jej w życiu nie wyszły) i tak dalej.

Więc może jednak można stworzyć profli Fundacji-Zgniłka, czyli takiej, która pod płaszczykiem pomocy zwierzętom bardziej szkodzi, niż pomaga? Ktoś ujął to lapidarnie: „pomaga zwierzętom nawet po trupach tych zwierząt”…

Na jej czele stoi osoba (niestety, najczęściej kobita, nie seksizm to, tylko stwierdzenie faktu) o mocnym charakterze, przyciągająca jednostki słabe, marzące o silnym przywódcy. Guru szybko odkrywa, że dzięki założeniu fundacji, przy naszym niejasno sformułowanym, słabo egzekwowalnym prawie może mieć niezły wpływ na życie ludzi. Wierzy też, że otrzymał(a) misję – nieważne, czy to pomaganie zwierzętom w potrzebie, czy dzieciom, czy więźniom… W każdym razie szybciutko wyznacza standardy, taki kanon poza którym wszystko to zło wcielone z którym należy walczyć. Odnosi się to do wszelkich dziedzin życia zwierzęcia i jego właściciela – żywienia, spacerów, wybranego sposobu leczenia, podejścia do szczepień (nawet tych nieobowiązkowych), szkolenia, utrzymywania i tak dalej.

Jeśli ktoś ośmiela się nie podpadać pod ten kanon, to trzeba albo mu zwierzę zabrać, albo zyskać nad nim władzę taką, żeby zmusić do życia zgodnie z wytycznymi. Często udaje się to dzięki wzięciu zakładnika, tegoż zwierzęcia po prostu. Ludzie, żeby je odzyskać, są gotowi zgodzić się na wszystko.

dog-425059_640(Przy okazji, zagadka dla czytelników: kto, tak naprawdę, sprawuje nadzór nad słynnymi Domami Tymczasowymi które z fundacjami współpracują? Kto może uzyskać ich spis czy, konkretnie, dane DT w którym jest przetrzymywany zwierzak należący do kogoś innego?).

Pomijam tu aspekt finansowy, jakim jest organizowanie zbiórek kasy na różne spektakularne przypadki, jak najwięcej więcej badań i – często kretyńskich i niepotrzebnych w danej życiowej sytuacji – zabiegów. Im drożej i więcej, tym lepiej, i tylko czasem „operacja się udaje, ale pacjent umiera”.

Zawsze mnie zastanawiało, jakim cudem zbrodnicze reżimy tak łatwo i szybko pozyskiwały wiernych funkcjonariuszy. No więc takim cudem: że trzeba mieć trochę pokory, żeby w sytuacji, gdy dostajemy w łapy realną władzę nad cudzym życiem (czy jakimś jego fragmentem) i przy okazji Szczytną Ideę, którą możemy młócić jak cepem, a na dodatek nie lubimy ludzi i radujemy się kiedy mamy powód żeby nimi pogardzać – nie przeistoczyć się szybko w cholernego potwora. A jak jeszcze to wszystko wiąże się z obracaniem pieniędzmi, to ludzie przerabiają się na te potwory z szybkością światła.

Wracając do meritum: jak dzieją się takie rzeczy, tzw. ogół stwierdza, że przecież to wszystko to jest margines i patologia. Owszem, wciąż (mimo ciosów towarzyszących odkryciu że znowu kolejni moi bohaterowie okazali się co nieco przybrudzeni) wierzę, że działają w naszym kraju fundacje o zdrowych korzeniach, fundacje uczciwe i unikające współpracy z jednostkami dotkniętymi rozmaitymi problemami psychiatrycznymi. Nawet mogę kilka wymienić…, a nie, wróć. „Po owocach ich poznacie”, ot co.

Jednak trzeba stwierdzić naprawdę niepokojące zjawisko, mianowicie przesunięcia ludzkiej wrażliwości i poczucia realizmu w stronę, no właśnie, mentalności obozowego kapo (no hard feelings, to tak a propos funkcjonariuszy różnych niemiłych reżimów).

Pierwszy z brzegu przykład, jest sobie strona z informacjami o zaginionych zwierzętach. No i pierwsze z brzegu ogłoszenie: zaginęła ludziom z podwórka dość duża suka, widać na zdjęciach, że psu krzywda jakaś się nie działa, wygląda na nich O.K., właściciele zmartwieni okrutnie, ktoś się włamał i zwierzak zniknął, opisują psa, internauci zadają pytania pomocnicze i zaraz pojawiają się komentarze Jaśnie Oświeconych Zjadaczy Wszystkich Rozumów, charakterystyczne, weźmy, znów, pierwszy z brzegu: niejakiej pani – powiedzmy – Aleksandry.

Dziamgot tej komentującej zaginięcie psa kobiety jest niezwykle charakterystyczny. Suka była niewysterylizowana, nie miała czipa, za to nie taką, jak by to pani Ola sobie życzyła, obrożę przeciwpchelną, co można było zobaczyć wgapiając się w zdjęcie z lupą a może i mikroskopem. No nic, komentatorka tę pracę wykonała i odkryła jakiej firmy była owa obroża (za tania!), co okazało się kompletnie dyskredytujące właścicieli zaginionej suki. W związku z czym wspaniale się stało, że pies zniknął ludziom z podwórka, bo może znajdzie lepszy dom gdzie o niego lepiej zadbają.

Naturalnie pani Ola wie – bo dostała tę wiedzę z nadania Ducha Świętego albo bezpośrednią transmisją fal od Reptilian skądś z rejonu z Alfa Centauri – co jest najlepsze dla każdego psa na świecie.

A jak ktoś się nie stosuje do tych standardów, to ląduje w oczach pani Oli w kategorii podczłowieka. Którego powinno spotkać co najgorsze, oby parchów dostał, żeby go pech prześladował, a psa powinien stracić (a jeśli już stracił, to dobrze mu tak).

Rozkoszna niewiasta nie przyjmuje do wiadomości, że póki co tak sterylizacja, jak i czipowanie nie jest obowiązkowe; owszem, w pewnych przypadkach bywa pomocne a czasem nieodzowne, ale fakt, że ktoś podjął decyzję o tym, że akurat u jego psa nie znajdzie zastosowania oznacza tylko jedno: że ludzie mają różne zdania w tych kwestiach i że – póki co – jeszcze im wolno dysponować swoimi zwierzakami. Mogą też karmić je czym chcą, byleby w miarę zgodnie z wymogami gatunku, oraz zabezpieczać je przeciwko pasożytom albo i nie, i też dowolnie przez siebie wybranymi środkami.

No ale panie Ole tego świata najbardziej pragną jednego, żeby społeczeństwo przerobić na coś a’la maszerujących w takt i rytm Koreańczyków z „Defilady” Fidyka, czyli wszystko zgodne z wizją jaka aktualnie obowiązuje.

A niepokornych – karać. Dla przykładu. Żeby nikt się nie ośmielił wyleźć z szeregu.

dog-748207_640No i tak ów „umysł pragnący zniewolenia” funkcjonuje; co gorsza, wygląda że jest to jakiś rodzaj choroby zakaźnej bowiem coraz więcej miłośników zwierzątek wydaje się nim zakażone. Należy tylko mieć nadzieję, że w ramach kopów, jakich nie szczędzi ludziom życie, zaczadzeni miłośnicy oberwą w tzw. miętkie od innych, jeszcze bardziej zamroczonych i dalej się posuwających miłośników zwierzątek, aby na własnej skórze poczuć tę bezsilną wściekłość wynikająca w włażenia w prywatne życie i bezinteresownego czynienia krzywdy w imię idei.

A propos…! W razie podobnych kłopotów, jakie mieli bohaterowie opisywanych tu historii, Statler wymyślił super sposób na pozbycie się wiszącej nad głową fundacji z jej czipami, kontrolami i umowami.

Jakby co, prosimy się kontaktować. Może sprzedamy patent.

A zaczipować psy warto: przynajmniej jeden argument wytrącony z łapek Miłośników co to zaczynają od „właściciele nie dbali o pieska, nie miał czipa!” i szybciutko wszczepiają zwierzęciu swój, z danymi swojej organizacji.

Coś tam jest chyba w kodeksie karnym o rozporządzaniu cudzą własnością, ale może się mylę…?

9 thoughts on “Do czego służy czip?

  1. A od chipa wszystko się zaczęło. Na moje szczęście nie śledzę wszystkich komentarzy na kynologicznych ‘facebookach’, bo bym chyba kota dostała. Cała polska mentalność tu wyszła. Nie pomaga się jest źle, jak się pomaga to dla pieniążków, a jak się już rzeczywiście człowiek zamartwia to i tak znajdą się tacy co stwierdzą, że jesteś poza boskim kanonem i w ogóle co ty człowieku czynisz. A biedne futrzaki są przerzucane z rąk do rąk i nie wiedzą co się dzieje. Szkoda słów.

  2. Strasznie mnie denerwuje takie zachowanie jak wyżej wspomnianych fundacji i przysłowiowych pań Aleksandr, bo w gruncie rzeczy najbardziej cierpią na tym zwierzęta. Pamiętam jak dawno temu mój tata wyprowadzał naszego psa, który był narwanym szczeniakiem i jak narwany szczeniak się też zachowywał. Tata się wkurzył, trochę na pupila powyklinał i natychmiast znalazła się miłośniczka zwierząt chcąca go zgłaszać za znęcanie się nad zwierzętami. Do dzisiaj, kiedy gotuję psu jedzenie bo jest strasznym alergikiem, albo kiedy wyleguje się na moim łóżku podśmiewam się jak bardzo się nad tym zwierzakiem znęcamy całą rodziną.

  3. Majka

    Od nas jedna taka fundacja chciała przejąć “pod opiekę” kotkę Irenkę. Kociak został znaleziony w stajni, ciągnął tylne łapki za sobą, nie kontrolował potrzeb fizjologicznych, trzeba było odróżniać pęcherz mechanicznie. Ale koteczka miała ogromną wolę życia i postanowiliśmy da ć jej szansę. Była leczona, lekarka była u niej w dt codziennie, rehabilitowana , konsultowania w innej lecznicy w innym mieście,,,Żaden z lekarzy nie widział potrzeby wiezienia kota kilkaset km na rezonans tym bardziej, że konieczna narkoza do badania mogła cofnąć lub zahamować postępy jakie nastąpiły w wyniku dotychczasowego leczenia. Irenka zaczęła chodzić, biegać, wspinać się,,,I wtedy kotką zainteresowała się FUNDACJA , która w każdym poście adopcyjnym umieszcza nr konta, która zbiera nawet na odrobaczenia kotów pod swoją opieką. Mieli zrobić kotu sto tysięcy zbędnych badań…Kotka była bardzo “medialna”, fotogeniczna ,,,W tym samym czasie znalazł się dom dla Irenki. Znany zarówno opiekuńcze kotki jak i lekarze, która Irenkę liczyła i tak naprawdę wyżebrany dla koreczki przez obie panie. Kotka zamieszkała na wsi, w stadninie, ale jako jeden z wielu domowych kotów, które są tam na prawach członków rodziny, są Wysterylizowane, leczone. I wtedy się zaczęło, że oddaliśmy kota do stajni, na prymitywną wiosnę, bez koniecznych badań. Rzuciła się na nas sekta tejże fundacji, próbowano nas zablokować na fb, grożono prokuratorem i urzędem skarbowym. Zdjęcia z domu – kot pewnie na chwilę wniesiony, zdjęcia na dworze (pod opieką) to nie ten kot bo za mały, zdjęcia (te już decyzji złośliwie zrobione przez opiekunkę kota) też beee….kot pewnie nie żyje itp. W międzyczasie zaczęliśmy dostawać informacje o FUNDACJI, materiały telewizyjne z jej “pomocy” i powiem jjedno: szczęśliwie malutka tam nie trafiła. Dziś Irenka jest szczęśliwym, zdrowym kotem a tam albo już by jej nie było, albo żyłaby gdzieś w klatce w mieszkaniu bez zabezpieczonych okien i balkonu na 8 piętrze

  4. KVL

    Straaasznie pomieszało się im w głowie. “będziecie grać wg naszych reguł albo nie zobaczycie psa”, “my i tylko my zdecydujemy, czy wam zwrócić psa”, “do fundacji możesz się stawić ale nikt ci nie wyda psa!”… i kilka innych.

  5. i mam problem. U nas chip dla psa jest za darmo a za kota 60 zł/szt a trochę ich mam.

  6. amit0

    Niestety, kolejny wpis na blogu trafnie opisujący skutki, ale znów autorowi nie chciało się pochylić nad przyczynami. Bo z jednej strony mamy fundacje zdecydowanie nadużywające swoich uprawnień, a z drugiej strony nieodpowiedzialnych właścicieli mających gdzieś bezpieczeństwo swojego psa. Drogi Waldorfie, proszę wskazać choć jeden przypadek, gdy nieodpowiedzialny właściciel został ukarany pozbawieniem prawa do posiadania zwierzęcia za wielokrotne ucieczki? Co najwyżej wlepią mu mandat, ale i to nie jest regułą, a raczej wyjątkiem. Więc może następny wpis na blogu dotyczący bezkarności właścicieli? To też nie jest metoda. Trzeba walczyć o wprowadzenie powszechnej identyfikacji, centralnej państwowej bazy danych, zawierającej nie tylko dane o właścicielskiej historii ale również dane o ucieczkach. I wprowadzić obligatoryjne kary. Każdemu może się zdarzyć, że pies ucieknie, życie jest nieprzewidywalne, a kto nie popełnił żadnego błędu, niech pierwszy rzuci kamień… Ale dopuszczenie do ucieczki, to narażenie zwierzęcia na cierpienie i niebezpieczeństwo aż do utraty życia włącznie. Zatem nagminne dopuszczanie do ucieczek swojego zwierzęcia powinien być bezwzględnie karany. I wtedy nie dochodziło by do takich sytuacji, jak opisane powyżej.

  7. Waldorf

    Na blogu mamy teksty dotyczące przywołania. Ale ten wpis nie jest o przywołaniu. Na blogu mamy wpisy dotyczące nieodpowiedzialności psiarzy. Ale ten wpis nie jest o nieodpowiedzialności psiarzy.

    Jest o porąbanych ludzieńkach z organizacji prozwierzęcych którym się kompletnie w głowach przewróciło i cierpią na kompleks Boga.

    Autorowi jak najbardziej chciało się zastanowić nad przyczynami tego stanu rzeczy – i nie jest to bynajmniej kwestia beznadziejnych ludków którzy ileś tam razy gubią swoje pieski. Psy przywłaszczone przez różne fundacje to nie były przypadki notorycznych uciekinierów, a ich ludzie nie byli nieodpowiedzialnymi durniami. Zabawę w żonglerkę faktami i prymitywną wiktymologię (“sami sobie winni”) zostawiam komuś innemu.

    A pochylać się to można łapiąc uciekające mydło w łaźni w pierdlu – ryzykowne. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *