Dzieci na skraju załamania nerwowego

w3

Specjalny obrońca

Ostatnio zdarzyło mi się oglądać scenę dosyć smętną; rwetes przyciągnął moją uwagę, bo działo się, działo… Na ulicy miotała się dość przestraszona dziewczynka, na oko ośmioletnia, z ostrzyżonym shih-tzu na smyczy; wokół biegał pies wielkości i pokroju pudla, dajmy na to: średniego, a za psem latał rozjuszony facet, usiłując go kopnąć.

Pies zmyślnie unikał brudnego adidasa, a jednocześnie był tak zafokusowany na płowego shihtzaka, że nie dało się nie domyślić iż pokojowy piesek jest zapewne suczką, i to suczką w najgorętszym okresie jaki przydarza się sukom tak, mniej więcej, dwa razy do roku.

Ludzki obrońca shihtzakowej cnoty zawrzasnął do dziecka, żeby wzięło swoją suczkę na ręce, co pomogło wprawdzie uniknąć mezaliansu, ale za to postawiło dziewczynkę w niekorzystnym położeniu, bo teraz kilkanaście kilo roznamiętnionego psiego samca zaczęło wskakiwać jej na ręce, drapiąc i niemal ją przewracając w daremnych próbach dosięgnięcia atrakcyjnej psiej damy.

Pan obrońca uciśnionych poniechał swoich nieskutecznych działań i na użytek widowni, czyli mnie, jął wygłaszać namiętną filipikę na temat spuszczania psów ze smyczy oraz pozwalania im na chodzenie bez kagańca (o, do licha! w tym przypadku kaganiec niewiele by pomógł, chyba że przewidujący właściciel założyłby go psu na całkiem inną część ciała zamiast pyska).

W tym czasie dziewczynka oddaliła się z szybkością światła, nie dając mi okazji do bardziej przemyślanej interwencji. Za nią zniknął w oddali i pudlopodobny romantyczny kochanek.

Na filozoficzną uwagę, że działanie polegające na beznadziejnym uganianiu się za szybkim psem i zwiększaniu zamieszania nie było chyba zbyt efektywne dotknięty do żywego facet przerzucił swoje zainteresowanie na moją skromną osobę, określając dosadnymi słowy moje rodzinne koneksje, prawdopodobne preferencje seksualne, polityczne poglądy oraz stosunek do Siły Wyższej. Widocznie walka z Krwiożerczym Pudlem Masakratorem podniosła mu poziom adrenaliny tak, że długo jeszcze nie mógł on opaść i musiał jakoś odreagować.

Między uwagami osobistej natury facet czynił jednak dość merytoryczne wtręty z których wynikało, że biedne dziecko obawiało się psiego napastnika i nie wiedziało, co począć (racja!). No tak. Dziecko się boi. Argument nie do zbicia, zważywszy że dzieci to świętość narodowa, przyszłość świata i tak dalej.

Żeby było jasne: mnie naprawdę żal było tej dziewczynki i na pewno całe wydarzenie nie było dla niej miłe.

Zastanawiam się jednak, na czym polegał fenomen, że małe jeszcze całkiem dziecko wyszło na daleki spacer (wynikało to najwyraźniej z kierunku w jakim mała się oddaliła) z suką w najgorętszej fazie cieczki i najwyraźniej nie mając pojęcia, co ma robić w przypadku napotkania psów. To wyglądało tak, jakby rodzice małej właścicielki shitzaczka nie wyjaśnili jej w ogóle pewnych prawidłowości dotyczących psiej biologii i nie przewidzieli, że spacery z suczką w tym stanie na sto procent przyniosą kłopoty.

Bad dogNiestety, każdy kto chadza z grzejącą się suką na spacery odkrywa, jak wiele psich samców bez problemu wychodzi spod ręki swoich ukochanych właścicieli – i jak te psy potrafią być namolne, nieprzyjemne a nawet niebezpieczne kiedy się je próbuje namówić do odczepienia się od heroiny romansu którą mamy na drugim końcu smyczy.

Dorosły, silny i zrównoważony człowiek nieraz nieźle się namęczy, namiota żeby odgonić takiego jednego z drugim don juana – jak miałaby sobie z tym poradzić ośmiolatka?

W opisywanym przypadku dziewczynka nie dawała sobie rady z nieagresywnym, tylko męczącym, pudelkiem. A gdyby naszą parkę wywęszył większy, bardziej zdecydowany na konfrontację, poważniejszy pies? No czarno to widzę.

Tak, rozumiem że mogło się zdarzyć tak, że mała złamała kategoryczny rodzicielski zakaz, albo samowolnie podjęła decyzję o powędrowaniu dalej, niż jej pozwolono. Mogło tak być.

Ale w takim razie mamy najwyraźniej do czynienia z plagą nieposłusznych smarkaczy w psiarskich rodzinach – bo przecież nieładnie jest podejrzewać rodziców o infantylizm, brak przewidywania, zwykłą głupotę albo chorobliwy stosunek do własnej progenitury. A przedziwne sytuacje obserwuję coraz częściej.

Przykład następny: duże miasto, środek dnia, sporo ludzi wokół.

John Singer Sargent, Panna Beatrice Townsend, 1882.
John Singer Sargent, Panna Beatrice Townsend, 1882.

Do dziewczynki z yorkiem na smyczy podchodzi napakowany facet, szarpie ją brutalnie, wyrywa jej smycz, spokojnie zabiera jej pieska, podnosząc go za szelki do góry i odchodzi. Wszystko dzieje się szybko, większość przechodniów nawet niczego nie zauważa, bo zszokowane dziecko milczy, tak jest przerażone.

Psa nie udaje się odnaleźć.

Kolejna wesoła historyjka: leśny park na obrzeżach sporej miejscowości, dwa amstaffy atakują średniej wielkości sukę prowadzoną przez dziesięciolatka. Właścicielka psów – mamusia z dwójką małych dzieci, w tym jednym w wózku – kompletnie nie panuje nad rozwścieczonymi psami polującymi na przerażoną sukę, za to ma tak dobre samopoczucie, że wrzeszczy na chłopca żeby „zabierał swojego psa”. Pewnie chętnie by to polecenie wykonał, tylko jak to zrobić?

Na szczęście suka jest z tych chyżych w nogach, daje radę uciec przed napastnikami, ucieka na ulicę gdzie, szczęśliwie, w ostatniej chwili udaje jej się uniknąć potrącenia przez samochód. Asty wracają w końcu do pitmamusi, świadkom zdarzenia udaje się w końcu odłowić suczkę, która nie ma większych obrażeń, za to chłopak wygląda jakby miał zaraz odjechać poza granice zdrowego rozsądku.

To jeszcze bardzo młody ludzki osobnik, postawiony w sytuacji ekstremalnej.

I tak dalej, i tak dalej.

Nie wspomnę nawet widoku małych, zupełnie małych dzieci doczepionych do psów na tyle silnych i ciężkich, że wyorują swoimi małymi panami i paniami głębokie rowy w asfalcie.

No ale widocznie ich tatusiowie i mamusie uznają że dziecię jest nad wiek dojrzałe i świetnie sobie da radę, jakby co.

A guzik. Właśnie że nie uznają. Bo zwyczajnie nie myślą. Nie przewidują, wykastrowani z wyobraźni.

Tacy rodziciele dzielą się zazwyczaj na dwie kategorie:

Dziewczynka z psem, malarz NN, szkoła angielska, 1775.
Dziewczynka z psem, malarz NN, szkoła angielska, 1775.

albo pies w domu to zabawka, kupiona na wyraźne życzenie dziecka – księciunia, którego każde żądanie jest natychmiast spełniane, i wtedy dziecko wychodzi na spacery (dopóki mu się to nie znudzi) bo tak chce, koniec, kropka…, albo też mamusia czy tatuś postanawiają na siłę” uczyć dziecko odpowiedzialności” przez pozostawienie mu całkowitej odpowiedzialności za zwierzę.

O tej drugiej postawie wiele by mogły powiedzieć zakatowane chomiki, zagłodzone świnki morskie, kanarki którym obrączki wrosły w ciało…

No niestety, taki jest świat, że te nasze młode dopiero musimy uczyć empatii, odpowiedzialności, systematyczności.

Nie wystarczy sprawić synowi czy córce zwierzaka, żebyśmy mogli wrócić do facebooka, gier komputerowych albo gapienia się w programy informacyjne, a cała nauka bycia… człowiekiem przyjdzie sama, ot tak, od kosmitów czy w wyniku interwencji Ducha Świętego.

Adolf Eberle, Posiłek, poł. XIX w.
Adolf Eberle, Posiłek, poł. XIX w.

Do znudzenia można gadać, że przykład idzie z góry i to, czy dzieciak będzie kiedyś dobrym, odpowiedzialnym człowiekiem zależy od tego, co widział w domu, i to przez całe swoje (a zwłaszcza zwierzątka) życie.

Zwierzak w domu przywali obowiązków głównie nam, nie dziecku – jeżeli chcemy żeby cała ta sytuacja zaprofitowała w przyszłości.

Tak tak, wiem, zaraz usłyszę w tym momencie milion historyjek w stylu „pamiętam jak miałem / miałam lat czternaście i samodzielnie opiekowałem się / opiekowałam się owczarkiem niemieckim, a jaki był wyszkolony, paaaanie, a jaki zadbany!”.

Akurat. Fajnie jest mieć odfiltrowane wspomnienia z dzieciństwa, takie w których mało jest ze Stephena Kinga, a wiele z Jane Austen. Powiem tak: pewnie, że kiedyś dzieciaki i młodzież były bardziej odpowiedzialne, samodzielne i zaradne życiowo, że nikt ich nie woził z zajęć na zajęcia, że wychodziły same na podwórko (które w ogóle było podstawową instytucją odchowu ludzkich szczeniąt, zwłaszcza tzw. trzepak i jego okolice) i że nieraz w tym bycie towarzyszyły im Reksie, Norki, Funie… Ale młódź ludzka ma pewne cechy stałe, chyba że pojedyncze osobniki zdradzają osobowość tzw. starego maleńkiego – jaki jest procent takich w całej populacji? Nieduży, naprawdę.

No więc kiedy się jest dzieckiem, nie ma się w pełni rozwiniętej empatii. Nie potrafi się przewidywać konsekwencji swoich działań. Zapomina się o jedzeniu albo je się za dużo (i to samo się robi w stosunku do zwierzęcia). Chodzi się z kolestwem i zapomina o bożym świecie, w tym – o nudnych, regularnie powtarzających się obowiązkach.

George Bernard O/Neill,  Kochaj mnie, kochaj mojego psa, XIX w.
George Bernard O’Neill, Kochaj mnie, kochaj mojego psa, XIX w.

Jest się, z definicji, niedojrzałym, więc trochę trudno panować nad sobą w stopniu perfekcyjnym i nie pozwalać emocjom brać górę podczas uczenia zwierzęcia czegokolwiek. Już nie wspomnę po tzw. burzy hormonów. Wymaganie od kogoś takiego żeby dał sobie radę w każdej sytuacji związanej z ochroną i opieką nad istotą słabszą, podległą, zależną to jakaś aberracja.

Jednak najgorszą, zasługującą na skrajne potępienie jest postawa, w której rodzic uczy dziecko że zwierzę to tylko instrument, środek do osiągnięcia pewnego celu.

Warto poczytać choćby opowieści o zawodach w skokach przez przeszkody organizowanych dla najmłodszych, jeżdżących na kucach. O, na Cavaliadzie chociażby. Lejtmotivem jest często oglądanie jak dziecię jeździ niczym ostatnia dupa (niczego nie nauczone, za to przeładowane pochlebstwami dorosłych) ale – gdy już zejdzie z parkuru i publika oraz sędziowie nie widzą – przyładowuje biednemu kucykowi w brzuch parę razy palcatem, a potem jeszcze ryczy do rodziców że chabeta nadaje się tylko na konserwy dla psów, że trzeba ją wymienić bo taka beznadziejna. A rodziciele oburzają się – że trener widać niedostatecznie dobry dla ich perełki, że koń fatalny, że…, że… jak zwykle świat skrzywdził ich Księciunia czy Księżniczkę.

A jak się czasem popatrzy na drugie pokolenie agilitowców, IPOwiczów, frisbiarzy czy innych psich sportowców, in the gardento żal bierze, jak bardzo te wciągnięte od małego w sport dzieci nie potrafią po prostu cieszyć się zwykłym, odprężającym byciem z psem. Nawet jeśli ten jest kostropaty, kulawy, niemądry, starzeje się i śmierdzi mu z pyska…

Nie, ma być sukces, szybki, bez wysiłku, za wszelką cenę – w tym za cenę rozstania z psami kiedy te nie okazują się dość dobre. Tak, jakby za parę lat ktokolwiek pamiętał, drodzy bracia agiliciarze, kto gdzie wygrywał jakieś durne zawody. Może czas wyciągnąć sobie korek, dla dobra następnych pokoleń? Może trochę im porozwijać te fajne, ciepłe emocje, jak miłość, przywiązanie, empatia, cierpliwość, wyrozumiałość, a nie tylko ambicję, żądzę wygrywania, wściekłość z powodu porażki?

Kult Jesteś-Najlepszy-Będziesz-Prezydentem (lub co najmniej Celebrytą albo Prezesem) wyrządza i dzieciom, i ich zwierzakom wiele złego. A propos, polecam – jako najlepszą odtrutkę – tę scenę z pewnego filmu.

Ech, gdzie te czasy, kiedy nawet jak się szło na wystawę ze swoim Pimpusiem, to nie po to, żeby wygrać konkurs Młodego Prezentera paradując w najbardziej kretyńskich strojach, jakie przy psach można sobie wyobrazić, tylko po prostu, bo trzeba mu było zrobić uprawnienia, no i śmiesznie tak na tej wystawie. Albo szkoliło się go w pocie czoła po to, żeby wracał na wołanie i w związku z tym miał więcej swobody, a nie po to żeby koniecznie wygrać puchar jako Najmłodszy Zawodnik Regionalnych Zawodów Obedience w Pratulinie Niżnej.

Ciężko dziś być dzieckiem. W sumie… mają strasznie przerąbane.

3 thoughts on “Dzieci na skraju załamania nerwowego

  1. kay

    Gdyby ktoś z przechodniów pomógł tej dziewczynce, nie byłoby problemu. Ja w wieku dorosłym nie wiedziałam, co mam zrobić z suką oraz korowodem psów idących za nami. Na pewno nie ma sensu agresja. Jeśli psy walczą ze sobą, to jest tylko jeden sensowny i bezpieczny sposób, żeby je rozdzielić – wiadro z wodą.

    • midia

      kay -wiadro z wodą to możesz sobie w takim przypadku wylać na głowę 🙂 Pod warunkiem, że nosisz je ze sobą na każdy spacer z psem….

      PS. Takie magiczne słowo: sterylizacja.

  2. Waldorf

    Interesujące. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *