Fatalne skutki gadania z margaryną

w3

Hush Puppy hush

Nasza cywilizacja uzależniona od ruchomych obrazków – w telewizji, w kinie, w internecie – wykonuje właśnie, obawiam się, wielki zwrot przez rufę.

Nawet jeśli ktoś się deklaruje że jest absolutnie odporny na zewnętrzne wpływy mediów, że nie ogląda telewizji a w internecie to tylko przez chwilę siedzi (akurat!), i tak podprogowo jest ciągle bombardowany bardzo specyficznymi obrazami. Co dopiero ludzieńki które traktują włączony telewizor jako stały element wystroju wnętrza?

Oto pralka uwolniona od kamienia wyśpiewuje kuplety, parówki miewają erotyczne ciągoty wobec kabanosów, a internety dostarcza ludziom infantylne smokowate stworzonko; słowem, dzieje się, dzieje… Pamiętam, jak pewien przedwojenny osobnik z prawdziwą zgrozą obejrzał reklamę, na której pani domu gadała z margaryną, i spytał, w sumie zdroworozsądkowo: „dla kogo to jest, dla skończonych idiotów?”. No ba. Od dzieciństwa oglądamy też filmy o zwierzątkach, głównie produkcje Disneya, w których komputerowo przetworzone pieski wykazują się szaleńczym bohaterstwem, a koty mają ciągłe dylematy moralne. I w ogóle są akurat takuśkie, jak my, tylko milsze, bo puchate i w sumie bardzo fajne, nawet jak który zły się wydaje, to na końcu i tak wychodzi że nie do końca. Jak ich nie kochać?

Eastman Johnson, Nowy czepek, 1876.
Eastman Johnson, Nowy czepek, 1876.

Stopniowo przepoczwarzamy się, in gremio, w jakieś zupełnie infantylne istoty nie mające pojęcia, jak działa przyroda i jak działają zwierzątka.

Najśmieszniejsze, że ten przedziwny obłęd dotyka także rozmaite dzidzie-piernik (płci obojga, żeby nie było) i nagle możemy obserwować wysyp pięćdziesięcioletnich księgowych i agentów ubezpieczeniowych którzy kompletnie zapomnieli, skąd im nogi wyrastają i przestają rozumieć podstawowe prawa natury.

I dawaj brnąć w ten wynaturzony Disneyland, w którym krówki niemal gadają ludzkim głosem, pieski są pozbawione wszelkiej agresji a świnkom najlepiej jest na kanapie, w mieszkaniu.

Straszliwy atak ześnieżynkowienia (od: pokolenia Płatków Śniegu, tzw. Śnieżynek, czyli Snowflakes) który dotknął ludzkość, oprócz tego, że walnie nas, jako ludzkość, w końcu rykoszetem, tak naprawdę odbija się na zwierzątkach, czyli, zdawałoby się, głównych beneficjentach tego trendu.DP886017 (1)_ZM A guzik, to zwyczajnie nieprawda z tymi korzyściami, bo niestety bezpośrednią zależnością stania się Śnieżynką jest jednoczesna utrata dużej części mózgu, głównie tej odpowiedzialnej za racjonalne myślenie. Zostają emocje, ale żebyż one były przynajmniej w miarę zdrowe i faktycznie ukierunkowane na podmiot zewnętrzny…

Niestety, Śnieżynki kochają zwierzątka, przyrodę, jakąś ideę – to znaczy tak im się wydaje, ale w gruncie rzeczy owa miłość to raczej uwielbienie siebie poprzez ów przedmiot. Rodzaj, Państwo wybaczą, emocjonalnego brandzlowania się własną dobrocią i rozczulaniem nad rozmaitymi obiektami, najczęściej żywymi, ale bez najmniejszej chęci przyjrzenia im się i zrozumienia, jakie one, w swojej całej naturze, naprawdę są.

Śnieżynkom coś takiego jest niepotrzebne, nawet wręcz im przeszkadza, one są gotowe kochać, ale na swoich warunkach – kochają własne wyobrażenie tego, jakie te wszystkie pieski, kotki, krówki i inszy zwierz powinien być, żeby niejako zasługiwać na ich miłość. A nie, jaki jest.

Wysyp Śnieżynek – taki masowy – nastąpił przy okazji sprawy z tak zwanymi Wolnymi Krowami, przypominam w dużym skrócie, że chodzi o dwóch chytreńkich włościan, którzy lubili mieć krowy i profity z ich posiadaniem związane, ale nie żeby o nie jakoś specjalnie dbać albo je solidnie żywić (to powinny zapewnić uprawy sąsiadów); w efekcie stado rozmnożyło się do sztuk prawie dwustu, zrobiła się straszna afera bo sprawa tak narosła, że nie dawało się jej pod dywan dalej zamiatać, wybić stada humanitarne ludzie nie dały, oczywiście różne grupy obrońców realizowały przy okazji swoje własne interesy i interesiki, a wszystko to rozgrywało się głównie – bo w realu trochę oczywiście też – w internecie. I wtedy okazało się, jakie zmiany w ludzkich mózgach powstały przez ostatnich… no nie wiem, kilka? Kilkanaście lat? Proces zinfantylnienia i zablokowania wszelkich funkcji odpowiadających za logiczne myślenie objął całkiem pokaźną grupę społeczeństwa.

Mogliśmy poczytać całkiem poważne opowieści „obrońców wolnych krów” jakie to łagodne zwierzątka i obejrzeć spazmy, kiedy przy okazji załadunku (celem przewozu do nowego miejsca pobytu) ktoś tam szturchnął którąś krowinę żeby nadać jej właściwy kierunek. ES4194 I labidzenie, że planowana kastracja byków z tego stada to straszny pomysł, bo „będzie je bolało”. No biedusie byczusie. Inna rzecz, że ten sam jojczący nad tym zabiegiem Śnieżynek w przysiadach zaciągnął swojego pieska do weterynarza na kastrację, choć przez całe życie włóczy nieszczęśnika na smyczce flexi i doprawdy nie ma szans, żeby jego pies kiedykolwiek pokrył jakakolwiek sukę. Powiedziane jest, że trzeba kastrować wszystko, co na drzewa nie ucieka, więc bez gadania wykonał ów obowiązek Cywilizowanego Człowieka, w ogóle nie dopuszczając myśli że pieska też, w sumie, „będzie bolało” (na przykład – po tej operacji). Politpoprawna kastracja domowego psa „nie boli”, kastracja ważącego kilkaset kilogramów byka – „boli”. Więc można sobie popłakać nad tą okropną perspektywą. Podobnie jak powrzeszczeć o okrucieństwie jakiegoś nieszczęśnika prola który musiał przemieścić stado półdzikich krów, a nie bardzo chciał przy tym zostać stratowany, więc ręcznie tłumaczył bydełku że jednak należy zachować dystans.

Jak wiadomo krówki są takie dobre z natury, że nigdy, od początków świata nie zdarzyło się, żeby krowa poturbowała człowieka, trzeba tylko z nią porozmawiać i wyłożyć jej swoje racje, a ona zrozumie że nasze działania mają na celu wyłącznie jej dobro i, wiadomo, wtedy się podporządkuje.

Ha, Śnieżynek czy Śnieżynka od dzieciństwa ogląda scenki, jak dobra pani domu dogaduje się z margaryną, to co, ludzie na pastwisku się z krową nie dogadają?

Dogadaliby się, tylko nie mają dobrej woli, ot co. I biją biedną krówkę, tak okropnie ją maltretują, że od tego szturchnięcia udało się uzyskać jej odsunięcie o dwadzieścia centymetrów, no musiało ją piekielnie zaboleć, skoro aż tak się poruszyła. Dodajmy że mówimy o półdzikim bydle, które nie było od małego – jak każda poczciwa krowina w gospodarstwie, nawet wielkoprzemysłowym – uczone jakiejkolwiek kooperacji z człowiekiem, choćby prostej zasady „ustępuj od nacisku”, która jest bardzo ważna i obowiązuje w kontaktach ze wszystkimi zwierzątkami, jeśli się chce z nimi harmonijnie żyć i porozumiewać.

I tak dalej, i tak dalej.

Gorzej, że przy okazji tych Krowich Bitew (które były, tak naprawdę, odmianą NGO Wars, polecam gorąco zapoznać się z tematem, bo warto) ponaruszano trochę dóbr osobistych różnych ludzi, często weterynarzy, w związku z czym nikt z tzw. branży nie kwapi się teraz, żeby objąć medyczną opieką to stado, mając w perspektywie – gdyby się okazało że zwierzęta bywają śmiertelne a lekarstwa nie zawsze pomagają – wywlekanie swojego nazwiska po wszystkich niszowych i masowych fanpejdżach, nazywanie konowałem, beztalenciem tudzież rzeźnikiem, obietnice spalenia domu, powieszenia całej rodziny, rozjechania czołgiem dobytku i zastrzelenia psa. Tak więc pewnie będzie problem z regularną opieką weterynaryjną, no cóż.

Bardzo ci fani od krówek kochają je – jako ideę (choć nie bardzo rozumiem, czemu jakikolwiek gatunek miałby się stać „ideą”), natomiast jeśli chodzi o ogarnięcie własnych emocji i takie działanie, żeby im realnie pomóc i zapewnić jaką-taką stabilizację, to już raczej nie tego… Rzucają ino ogólnikowe hasła o wolności i szczęśliwej naturze, w ogóle nie zwracając uwagi na realia, w jakich tym krowom przyszło żyć. Mnie tam zadziwia że podobno znalazł się jakiś frajer który wziął bydło na swój teren; może liczy na jakoweś profity, może nie, tak czy siak przynajmniej krowiny przestały demolować cudzą własność. No wiem, wiem, to zupełnie nieważne w obliczu manifestu, jaki niosą ze sobą Wolne Króweńki, kto by się przejmował jakimiś szarymi ludźmi z ich głupimi, przyziemnymi sprawami i zdenerwowaniem, że oto cudze krowy kompletnie zniszczyły im oziminę, przynosząc realne straty.

W sumie wcale nie trzeba szukać przykładu zwierząt gospodarskich; w końcu część ludzi naprawdę mało ma do czynienia z wsią.

Rzesza łykaczy śpiewających pralek i gadających parówek utrzymuje domowe zwierzątka, głównie psy i koty, i zupełnie, ale to zupełnie ich nie rozumie i – co gorsze – nie potrafi ich obserwować.

Marguerite Gerard, "Koci obiad".
Marguerite Gerard, “Koci obiad”.

A ponieważ ów zmysł obserwacji jest teraz u ludzi w zaniku, a w internetach i telewizji powiedzieli im, co jest be, a co – cacy, nic dziwnego, że tak naprawdę w realnych kontaktach z psem czy kotem czują się dość bezradni, a proste zdroworozsądkowe zasady postępowania zamieniają na coraz większe dziwactwa.

Gorzej, że jednocześnie – przy deklarowanej ogromnej miłości do stworzonek bożych – jakoś nie bardzo czują się gotowi do jakichkolwiek poświeceń. Znam na przykład Śnieżynkę która wszem i wobec opowiada, jak bardzo kocha swojego psa, ta miłość wyraża się na przykład w ustawicznym wożeniu go do weterynarza przy najdrobniejszym kaszlnięciu czy większej senności; a jednocześnie lubi sobie pospać, więc psina męczy się rankami niemal do południa, bo to wszak niemożliwe żeby się, do stu fur beczek zjełczałego tranu! przemóc, nastawić sobie pięć budzików i wstać wcześnie coby zwierzaka odsikać. No na taki stopień poświęcenia Śnieżynki nie stać.

Inna dobrana para młodych Śnieżynek wyskakuje z całkiem konkretnych pieniędzy na wszelkie akcje „ratowania” zwierzątek, przygarnęła też sukę która ewidentnie potrzebuje bardzo dużo ruchu, ale oboje pracują w korpo, a po pracy też człowiek musi pożyć, nieprawdaż, w związku z czym pies jest wyprowadzany dwa razy dziennie, na smyczy (bo chce uciekać, hm hm) i na krótko, bo najwyraźniej Śnieżynkom nogi odpadną kiedy powędrują gdzieś dalej.

Suka oczywiście szaleje, w związku z czym ładuje się w nią kupę forsy – na kolejnych behawiorystów, zaklinaczy, magików którzy zalecają kolejne kretyńskie maty węchowe (stanowiące obrazę dla zdrowego rozsądku – państwo wybaczą – jednakowoż rozumiem, że są fajniutkie bo w różnych kolorach, można je wręcz kolekcjonować, a i dają złudne poczucie jakiejś „pracy” z psem – ha, ha, ha), dyfuzory wtykane do kontaktu, leki siedemnastej generacji i tak dalej.

Jean Honore Fragonard, Kobieta z pieskiem, ok. 1769.
Jean Honore Fragonard, Kobieta z pieskiem, ok. 1769.

Wszyscy ci kochający dobrzy ludzie bywają szalenie zmartwieni, gdy margaryna nie chce gadać, czyli gdy pies czy kot zaczyna sprawiać problemy, a miało być tak pięknie.

Koty, zwierzęta terytorialne z natury i lubiące trzymać dystans źle się czują, umieszczone w osiemnaście w kawalerce i to niezależnie od tego, ile nowych półeczek do eksploracji im powiesimy na ścianie. Psy próbują załatwiać między sobą sprawy przez spuszczenie wpierdolu, który jest dość naturalną konsekwencją tego, że są stadne a wachlarz wbudowanych im przez naturę zachowań uwzględnia także zachowania agresywne. Potrzebują też mieć ruch, dużo ruchu, niekoniecznie na wybiegu wielkości chustki do nosa albo prowadzane uroczyście na smyczce wokół ogrodzonego osiedla. I tak dalej.

Problemy te są na ogół naprawdę dość proste do uładzenia, jednak potrzebne by było do tego pewne poświęcenie i wysiłek, a tego Gadacze Z Margaryną nie uznają. Będą dalej brnąć w coraz dziwniejsze rozwiązania i strasznie się dziwić, że dalej jest nie halo. Bardziej zaawansowana ich odmiana zaś w ogóle nie zauważy, że jest nie halo.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *