Fatum flexi

statler3

Zdarzyło mi się oglądać zabawną scenkę rodzajową. Spokojna ulica, którą co jakiś czas przejeżdża samochód, chodnikiem idą dwie rodziny z dziećmi, takimi około 4 lat. Idą w przeciwnych kierunkach, zbliżają się do siebie. Dzieci to dwóch chłopców, jeden spokojnie rozmawia z mamą, drugi z daleka robi miny do chłopca z przeciwka. Krzywi się, groźnie wywija piąstką, w końcu pokazuje środkowy palec. Zdumieni rodzice spokojnego chłopca starają się odgrodzić sobą synka, ale w momencie mijania, agresywny chłopiec wybiega przed rodziców, podbiega nagle do rówieśnika i machając groźnie rękami w jego stronę krzyczy „AAA” udając atak patykiem, po czym bez słowa z rodzicami, którzy w ogóle na to zachowanie nie zwrócili uwagi, oddalają się przed siebie, a mały agresor skupia się na wypatrywaniu kolejnych ofiar.

To oczywiście nieprawda, jeśli taka scenka miała miejsce to nie zdarzyło mi się być jej świadkiem. Trudno uwierzyć żeby nawet najbardziej zajęty sobą i permisywny rodzic w ogóle nie zareagował na podobne zachowanie dziecka. Ale wiadomo – dziecko trzeba jakoś wychować, a przynajmniej stwarzać pozory porządnego rodzica. Inaczej jest z psami i ich właścicielami. Ci ostatni w ogóle nie uważają żeby jakakolwiek reakcja była zasadna.

smycz3

Zadziwia różnorodność przejawów braku zainteresowania jakie taki właściciel psa potrafi demonstrować wobec zachowania czworonożnego końca smyczy. Całkowity brak kontaktu z własnym psem i osobami postronnymi, które w tym czasie zmuszone są do jakiejś reakcji (żeby co najmniej odwrócić uwagę własnemu psu). Permisywny właściciel agresora uosabia japońskie przysłowie – niestety zbyt dosłownie. Zdarzają się nerwowe spojrzenia, ale często jest to kompletna negacja rzeczywistości – ręka bez smyczy w kieszeni lub z telefonem przy uchu, wzrok błądzący po drzewach lub gdzieś w oddali i żadnego śladu po świadomości, że ukochany pimpuś jest właśnie 20 cm od znacznie większego od siebie psa, którego zaciekle atakuje ewidentnie rzucając mu najgorsze przekleństwa. Czasem myślę, czy ten mądry pan (lub pani) nie komponuje w głowie jakiejś symfonii, skoro taki jest zajęty?

Jeśli ta pełna aprobata dla szaleństwa pieska odbywa się na normalnej smyczy to otoczenie ma przynajmniej szanse wyliczyć bezpieczną odległość na którą należy się trzymać, katastrofą jest połączenie agresora i flexi czyli wszelkich wyciąganych kilkumetrowych smyczy. Otóż spora część właścicieli psów jest bezradna wobec wydawało by się prostej techniki (mimo, że w innych dziedzinach życia, o dziwo,  całkiem dobrze sobie radzą) – wciskam guzik – smycz się skraca, przytrzymam – nie może biec do przodu. Tymczasem, jak wynika z codziennych obserwacji, jeśli pies jest na flexi to w każdej chwili może wybiec na maksymalną długość, a człowiek w żadnym wypadku nie jest w stanie go powstrzymać, ani tym bardziej smyczy skrócić. Ruchy psa na flexi są nieuchronne i żadną miarą taki właściciel nie próbuje w nie ingerować.

Fatalizm drzemiący w przedstawicielach tego typu zamyślonych ludków z pieskami wyskakującymi nagle z chodnika na ulicę pod koła mojego samochodu niejeden raz omal nie wysłał mnie do szpitala (mimo, że prawidłowo było by nie zjeżdżać na drugi pas, to jednak człowiekowi szkoda zwierzęcia w pierwszym odruchu).

Zdarzyło mi się wysłuchać ciężkich bluzgów z ust grubego pana w dresie lat na oko 60, który w dwóch rękach dzierżył dwie rozciągane smycze, na końcu każdej znajdował się jeden wściekle rzucający się piesek, a pan był oburzony ponieważ jego zdaniem należało przejść na drugą stronę ulicy, a nie iść z psem tym samym (szerokim) chodnikiem którym szedł on i jego psy, mające każdy po 3 metry na swobodne manewrowanie w ataku.  Być może dysproporcja w rozmiarach psów sprawiła, że pan swoje smycze w rękach utrzymał, bo jak wiadomo nierzadko zdarza się, iż nagle nabuzowany york szarżuje z dzikim szczekaniem na dużego (niezbyt tym zachwyconego psa), ciągnąc za sobą gruchoczącą o asfalt plastikową rączkę, która wyślizgnęła się zamyślonej pańci z dłoni.

W sumie w porównaniu czuję pewną sympatię do osób, które do swojego szczekacza prawią morały „nie można się tak zachowywać” „bardzo cię proszę, uspokój się” „miej honor, przestań” – mimo, że efekt jest odwrotny i tak lepsze to, niż udawanie że sytuacja nie ma miejsca, natomiast ujrzawszy zatrzymującego się właściciela awanturnika na flexi wolę zmienić trasę spaceru bo ów właściciel prawdopodobnie wpadł właśnie w akinezję i będzie tak trwał w miejscu, podczas gdy jego pupil się rzuca, tak długo jak długo „zagrożenie” go nie minie. Innymi słowy należy się ewakuować bo w zależności od odległości mamy przed sobą circa dwuminutową niczym niezmąconą napaść w wykonaniu rozpuszczonego pieska.

Zabawne, że gdyby tych samych właścicieli wyobrazić sobie w sytuacji z dziećmi – prawie na pewno by zareagowali (może trochę mniej, może bardziej adekwatnie). W połączeniu z psem i flexi  popadają w niemoc i tracą wszelki wpływ na przebieg wydarzeń. Czasem wygląda to tak jakby naprawdę źle życzyli swoim czworonogom.

za http://www.vintag.es/2014/10/vintage-portraits-of-girls-with-their.html
za http://www.vintag.es/2014/10/vintage-portraits-of-girls-with-their.html

5 thoughts on “Fatum flexi

  1. Lubię was czytać. 🙂

  2. Dobrze napisane, no i do tego zabawnie. 😀
    Nie mogę się do końca zgodzić co do tego, że w wypadku sytuacji rodzic + dziecko rodzic by zareagował. Moja poprzednia sucz, mieszaniec kaukaza, prawie 60 kg psa za młodu była notorycznie drażniona przez rozwydrzone bachory z osiedla – dzieciaki udawały szczekanie, warczenie, wymachiwały kijami z daleka. Odczulanie na widok dzeci na dworzu kilka lat mi zajęło (na bratanice, bratanka w domu reagowała bardzo dobrze). Wracając do rozwydrzonych bachorów, raz jeden z chłopców szedł z rodzicami – i co? I zaczął swoją serenadę drażnienia. Myślisz, że rodzice zareagowali? Otóż NIE. Dzieciak drażni psa, ja próbuję te 60kg uspokoić, a smycz jak to smycz- gruba, porządna, ale zawsze może puścić. Opiep… rodziców od góry do dołu, spojrzeli na mnie z oburzeniem pomieszanym z zaskoczeniem i poszli dalej na rodzinny spacerek.
    Co do małych agresorów na flexi – temat rzeka. Ostatnio szłam koło sklepu – zauważyłam, że do drzewa przy nim jest przywiązany jamnik, no to zwiększyłam odległość, przygotowałam przysmak (uczę Riffa spokojnego mijania psów na spacerze), a tu dupa – jamnik był przywiązany za końcówkę flexi i musiałam odwalać dziki taniec raka w bok, żeby uciec przed jamnikowym pyskiem. Cud miód malina. Nawet mój pies, który dłużny nie zostaje na ogół, był tak zdziwiony atakiem zza drzewa, że odskoczył. 😉

  3. Monika K.

    To platanie się rozciąganej smyczy wynika również z jakości. “Flexi” z hipermarketu kupione za 18pln (wiem, co mówię bo sama taki idiotyzm popełniłam) działa prawidłowo przez około 15 minut, potem zacina się, plącze, nie wraca a człowiek zostaje na trawniku z psem rzucającym się w połowie jezdni, bo po drugiej stronie idzie znienawidzony wróg… potem zbiera się w garść 5m sznurka…

    • MIA

      no nieźle, “…. człowiek zostaje na trawniku z psem rzucającym się w połowie jezdni” artykuł chyba o Pani.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *