Jedynie słuszni dobroczyńcy

w3

let-sleeping-dogs-lieRadykalizacja poglądów wśród miłośników zwierząt postępuje w tempie lawinowym.

Piętnuje się wszystko, czego nie umie się ogarnąć swoim móżdżkiem, a są to najrozmaitsze rzeczy, ogólnie składające się na fakt że ktoś może mieć inny pogląd na to, jak ma wyglądać jego życie z psem.

Uwaga – nie mam tu na myśli drastyczności typu ciemny chłop podolski karmiący Burusia zlewkami z chlewa i tłukący go trzonkiem od łopaty.

War dogs_CuteChodzi o podejście do żywienia, wychowania, utrzymania, stosunku emocjonalnego do psa czy kota tzw. zwyczajnego właściciela (a niekiedy niezwyczajnego, jeśli włączymy w to psy do zadań specjalnych, takich czy innych). My wiemy, co dobre dla wszystkich zwierzaków na świecie, kropka, nie ma dyskusji.

Problem w tym, że głębokie to przekonanie nie jest najczęściej poparte realną wiedzą, o praktycznych umiejętnościach nie wspomnę.

Na przykład z lubością wspominam pikietę pewnej grupki – eeee – nazwijmy to, „ekologów” na amatorskich zawodach psich zaprzęgów, protestujących przeciwko nieludzkiemu znęcaniu się nad tymi zwierzakami. husky-runPsy, przeczuwające że zaraz będą startować, czyniły nieopisany harmider, wyjąc, kręcąc się i poszczekując, co dla pikietujących stanowiło najlepszy dowód że przeokrutnie cierpią, zmuszane do ciągnięcia wózków („pamiętam, była jesień…” czyli musiał to być jakiś dryland). Pewnie, lepiej by im było na flexi dreptać codziennie wokół tego samego trawnika na ogrodzonym osiedlu… co bywa, i owszem, udziałem niektórych północniaków (osobiście – współczuję).

Prawdziwie rozwalające jest, że tak się narobiło wśród obrońców zwierzątek, iż wyznacznikiem fajnego życia dla psa jest dla nich jeden mebel, a mianowicie kanapa.

Mniejszość przyjmuje to dosłownie, dla większości (jeszcze…?) zaś to takie hasełko oznaczające ciumcianie nad pieskiem w schludnym mieszkaniu pod sznurek ich wyobrażeń o „dobrym psim życiu”. „No i fajnie”, jak mówi trener sportowy w pewnej reklamie; tyle że, po pierwsze, należałoby się zastanowić czy same psy aż tak niezwykle doceniają ów kanapowy luksus, o ile nie idzie z nim w parze traktowanie psa jak psa, a nie jak dziwnego ludzika (pisaliśmy o tym tu i tutaj, na przykład…). Po drugie, zważywszy na ilość zabiedzonych, pokrytych ropniami i ranami, wychudzonych psów przywiązanych kablem do starej beczki które można zobaczyć w naszym kraju należałoby się zastanowić czy na pewno musimy dążyć do tego, żeby wszyscy właściciele zwierząt mieli obowiązkowo, że tak to ujmę, Lamborghini Veneno , choć w zasadzie zupełnie spokojnie zadowoliliby się solidnym modelem Forda.

Histeryczni miłośnicy zwierzątek oscylują coraz częściej ku półce aut luksusowych, że tak powiem. A kogoś, kto nie ma takich samych dążeń, jak oni, zwykli odsądzać od czci i wiary.

George Romney, Lady Hamilton jako Natura, 1782.
George Romney, Lady Hamilton jako Natura, 1782.

E, no, dobra – tak naprawdę główną składową zwierzęcych internetów stało się owo odsądzanie od czci i wiary, taka rozrywka dla mas zwana „robieniem sobie dobrze” polegająca na tym, że brandzlujemy się własną dobrocią, humanitaryzmem, wyższym stopniem świadomości i rozwoju i co tam tylko. Żeby uczucie szczęścia było pełne, musimy znaleźć Wroga Ludu który nie jest tak światły, jak my, i go potępić, a już cudownie byłoby skłonić go do samokrytyki na zebraniu aktywu partyjnego…, znaczy, tego… na takim czy innym fejsbuczkowym wydarzeniu.

Niestety, jak na Wrogów Ludu przystało, tacy osobnicy są zazwyczaj zapiekli w swych błędach: jeśli już uda się ich skłonić do zabrania głosu, stawiają się (budząc zrozumiałą złość Aktywu Partyjnego) i nie chcą pojąć ogromu swoich błędów. Nic dziwnego że ich zachowanie domaga się stosownej reakcji, i w ślepym dążeniu do ukarania ich Miłośnicy tracą, na ogół, zupełnie miarę.

Szkoda że internetowe nawalanki miewają gorsze konsekwencje w realu: całkiem sporo psów nie trafiło np. z powrotem do zupełnie przyzwoitych domów tylko dlatego, że ich właściciele narazili się tej czy innej pani z tej czy innej fundacji (albo wolontariuszowi w tym czy innym schronisku). To jest praprzyczyna, choć oczywiście oficjalnie jest maskowana mnogimi argumentami dowodzącymi, czemu nie można oddać ludziom ich własnego psa. Przy czym argumentujący najczęściej widzą źdźbło w oku bliźniego, belki we własnym nie dostrzegając.

Pewien klasyk mawiał, że walka klas zaostrza się w miarę postępów rewolucji. Można to zjawisko zaobserwować w środowisku przyjaciół zwierząt, jak jeszcze można…

I tak – a są na to liczne przykłady – w tej chwili nie można nawet rozważać oddania właścicielom zagubionego psa, który mieszka sobie na posesji, w budzie, solidnej i porządnej, a czasem w kojcu (albo – o rany! bywa na chwilę przypinany na uwiąz, apage!) no bo, przecież to jasne, „kanapa”… jako niepisany, ale wymagany standard.

Nie mówiąc o adopcji, nieważne że pies będzie zaopiekowany, będzie dostawał regularnie michę i w miarę potrzeby opiekę weterynaryjną skoro nie będzie – ujć, może mi przejdzie przez klawiaturę, ale z trudem – cytuję: „grzać dupki na kanapie”.

Charles Soubre, Belgijskie lato. Damy z psami nad morzem, 1883
Charles Soubre, Belgijskie lato. Damy z psami nad morzem, 1883

Z adopcjami to w ogóle trochę cyrk, bo z najwyższą podejrzliwością traktowani się ludzie mający odmienne od Oficjalnych Zwierzolubów, w dowolnej kwestii. A propos, zazwyczaj różne podejrzane jednostki spod ciemnej gwiazdy które wyłudzają psy od fundacji czy osób prywatnych doskonale wiedzą, jaka jest jedyna obowiązująca narracja i podczas takich, na przykład, wizyt przedadopcyjnych udzielają odpowiedzi śpiewająco idealnie, wzruszając do łez wolontariuszy („że też istnieją jeszcze na tym świecie tacy wspaniali ludzie”). Potem bywa płacz i zgrzytanie zębów, że wspomnę słynną aferę z psycholem który adoptował koty od rozmaitych fundacyj, po czym torturował je, masakrował i zabijał, żeby za dni parę powtórzyć akcję. Cóż, odbyto u niego całkiem sporo wizyt PA, pan był taaaaki miły, miał drapaczki, kuwetki i miseczki i w stu procentach zgadzał się z wszystkim poglądami ludków owe wizyty odbywających, karmienie, tak, osiatkowanie okien, naturalnie, starylizacja, ależ koniecznie, jesteśmy przecież cywilizowanymi ludźmi, nie żadnym tam ciemnogrodem…

Pewnie, że żadnego człowieka nie prześwietlimy do imentu, chodzi jednak o to, że istnieją na tym świecie całkiem fajni ludzie którzy mogą być dobrymi opiekunami bożych stworzeń, a którzy jednocześnie mogą się różnić od nas poglądami na zasady zajmowania się zwierzęciem i naprawdę nie oznacza to zbrodni obrazy majestatu.

Coraz gorzej ma się też segment psów zagubionych.

Na razie jeszcze niektóre zaginione psy wracają do właścicieli, jednak ogólny TRYND jest taki, że fakt ich zaginięcia traktuje się z podejrzliwością. Prym wiodą tu państwo zwierzolubstwo spod znaku Mnienigdybysiętonieprzytrafiło, ci różni tacy od wpisywanych seriami komentarzy „jak można nie dopilnować psa???” albo „ja bym NIGDY nie zgubił przyjaciela” i takietam. Ile ludzkich losów, tyle różnych interesujących (lub mniej) zdarzeń, przypadków, koszmarnych lub cudownych zbiegów okoliczności i po prostu należy założyć: nigdy nie mów nigdy. Pokory trochę, drodzy miłośnicy. Pokory!

James Tissot, Młoda dama w łodzi (Zamyślenie), 1870.
James Tissot, Młoda dama w łodzi (Zamyślenie), 1870.

Wracając do państwa Mnienigdybysiętonieprzytrafiło, z ostatnio wyłapanych “racjonalnych” postulatów uzasadniających porady „nie oddawać psa!”: zwierzak miał na sobie kolczatkę, dwunastoletni pies miał starte zęby, błąkający się kilka tygodni pudel był skołtuniony, właściciel zaginionego psa jest człowiekiem niewykształconym i mówi jak prostak, ludzie karmią psa za tanią karmą.

Brutalnie mówiąc, jeszcze parę lat temu w prozwierzątkowych miejscach w internecie oraz – niestety, niestety – w biurach schronisk, w pokoikach fundacyjnych, w mieszkaniach opiekunów tymczasowych nie było takiego festiwalu świętoszkowatości połączonej z głupotą. Co to się, panie, porobiło…

 

 

 

6 thoughts on “Jedynie słuszni dobroczyńcy

  1. Wiesława

    świete słowa,nareszcie ktos to opisał 🙂

  2. Mam wrażenie, że czytamy te same grupy “pro-zwierzęce”, szkoda, że oni tego nie czytają, może zaczęli by myśleć. 😉

  3. Dorota

    Lubimy wpadać z jednej skrajności w drugą. Albo walimy siekierą albo ratujmy głuchego, kulawego, ślepego 15letniego psa -bo on oczekuje na lepsze życie. I pół biedy jak to nasz pies i ratujemy za swoje. Gorzej jak robimy zbiórkę na znajdę, leczymy, a potem ta bida ledwo żywa i tak trafia do schronu, bo dziadka nikt nie chce. Problem jest w personifikacji zwierząt, czytanie o psach które marzą właśnie o kanapie, oczekują lepszego życia jest po prostu dziwne. Mam przykład dobrej znajomej -62lata , skromna emerytura, osoba bardzo kulturalna i przyjacielska. Jeden piesek odszedł ze starości, szukała towarzysza dla drugiego. Małego kundelka, jakiejś znajdki. I poszła do fundacji zajmującej się adopcjami – psa nie dostała bo jest za stara, nie kupuje karmy odpowiedniej jakości (głównie gotuje), a jak będzie potrzeba operacji to ją nie stać. Tydzień płakała ze strachu ze jej tego żyjącego psa tez zabiorą. … Psy to nie tylko kanapowce, nie po to jest tyle ras żeby każdy leżał na kanapie. Moje pracują i są szczęśliwe. Po pracy mają godzinne szaleństwa z aportami i odreagować mogą. Jak nie pracują to śpią i albo szukają miejsca do draki. We wszystkim musi być równowaga. Uff….

  4. Bardzo dobrze napisane. Zwłaszcza, gdy do “domku z kanapą” jeszcze przywozi się psa na koszt fundacji/wolontariuszy/darczyńców i odbiera na życzenie, jeśli się nie spodoba, też na koszt tychże. Bo przecież nie “domku” wina, że psiak ma inny odcień niż zasłony, ot, przekłamanie monitora… Żeby tylko nikt nie uznał, że wizyty pa nie mają sensu, bo jednak mają. 🙂

  5. Kaś

    A nam odmówiono adopcji bulteriera, bo nie mamy domu z ogrodem. Fajnie, prawda? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *