Karuzela z półgłówkami

w3

ShelterProblemy ze zbieraczami zwierząt jakby się ostatnio nasiliły albo może tylko częściej się je nagłaśnia? Nie wiem, wiem za to, że o tej przypadłości napisano już sporo… co jednak nie wydaje się nijak trafiać do tak zwanej opinii publicznej.

Na pewno zaś nie trafia do wrażliwych głów wielu miłośników zwierzątek (cóż, należy krytycznie przyznać, że i tak wielu z nich owych części ciała rzadko używa, koncentrując się raczej na sercu i innych organach wewnętrznych, wszak emocje przede wszystkim); ale przy okazji wybuchających tu i tam spraw zbieraczy, czyli z angielska: hoarderów, daje się zaobserwować pewna prawidłowość, mianowicie coś jakby następstwo pokoleń tych, których nie mogę nie nazwać półgłówkami – niezależnie od tego, jak czyste i szlachetne mają intencje.

Edwin Landseer, Psy myśliwskie w kennelu, b.d.
Edwin Landseer, Psy myśliwskie w kennelu, b.d.

W otoczeniu przeciętnego animal hoardera zawsze krąży grupka takich osób. Osób które mianowicie zbieraczowi „pomagają”, jednocześnie przymykając oczy na realną sytuację.

O mechanizmie tworzenia hoardera pisaliśmy już tutaj – no i, po części, tutaj, ale może tak na szybko, dla wyjaśnienia dla tych, którzy się nigdy ze zjawiskiem nie zetknęli:

Ernest Gustave Girardot, Yorkshire terier, 1883
Ernest Gustave Girardot, Yorkshire terier, 1883

Otóż każdy zbieracz zaczyna od pomocy jednemu, dwóm psom – i robi to z dobrego serca, niewątpliwie. Jednak, zazwyczaj jako osoba z problemami, takimi czy innymi, niestety wytwarza w sobie mechanizm pozwalający mu (czy jej – niestety częściej zbieraczkami zostają kobiety, faceci trochę inaczej radzą sobie ze stresem) osiągnąć przejściowe rozładowanie napięcia przez sytuację „uratowania” kolejnego zwierzęcia.

Znamienne: kiedy nowy zwierzak trafi już do domu hoardera, ten zazwyczaj traci zainteresowanie nim – zwierzak traci powab nowej zabawki, posłużył w akcji ratunkowej, dołączył do stada tych już opatrzonych, znanych psów czy kotów które przecież mają jak w niebie… bo mieszkają w domu hoardera, czyli osoby bez mała świętej.

Nie zawsze jest tak, że zbieracza nie stać na opiekę weterynaryjną. Wetów unika, bo ci usiłują jakoś zaingerować w piekło, jakie u niego narasta. Często też lecznice, które z dobrej woli i po kosztach albo wręcz charytatywnie starały się najpierw pomagać, rezygnują z tej pomocy widząc co wyczynia zbieracz – nie ma to nic wspólnego z rozsądkiem i prawdziwą opieką nad zwierzakami, co fachowiec jest w stanie w pewnym momencie ocenić.

Wracając do głównego tematu, czemu piszę o „tworzeniu” hoardera? Bowiem jako zwierzę społeczne nie może on funkcjonować w próżni. Śmiem twierdzić, że każdy, nawet pozornie ukryty w środku głuszy czyli niczego zbieracz do swoich małych satysfakcji i odprężenia potrzebuje widowni – jak nie realnej, klaszczącej mu na miejscu, to chociaż wirtualnej.

Kolejne grupy półgłówków tę widownię zbieraczowi zapewniają, co więcej, są dla niego wdzięcznym obiektem manipulacji, której to rozrywce oddaje się bez reszty.

Zbieracz, pozornie płynący pod prąd, taki antysystemowy i mający w nosie co o nim myśli społeczeństwo jest de facto szalenie łasy na zainteresowanie, na pochwały, na litowanie się – zwłaszcza zaś musi ciągle odczuwać aprobatę w stosunku do własnej osoby i tego, co robi. Cień podejrzenia, że ktoś go nie akceptuje, powoduje silną reakcję emocjonalną. Każdy zbieracz chce być „tym wspaniałym panem który się poświęca bezgranicznie” czy „tą świętą kobietą oddającą życie zwierzętom”.

Joseph Craphall, Chart, ok. 1884
Joseph Craphall, Chart, ok. 1884

Stopniowo zbieracz kompletnie traci możliwość realistycznego patrzenia na rzeczywistość; widzi jedynie swoje wyobrażenie o świecie. To tak, jak wycieńczona, słaniająca się na nogach anorektyczka patrząc w lustro stwierdza, że przydałoby się odchudzić, bo znów przytyła…

A z zewnątrz przybywają nowe osoby upewniające zbieracza, że w sumie robi super robotę, tylko parę rzeczy trzeba będzie poprawić (tę drugą kwestię zbieracz najczęściej puszcza mimo uszu). No i zapewniające dopływ forsy, żarcia dla psów, ewentualnie poprawiające warunki bytowe – najczęściej zbieracza, nie psów. Przypomnę jak u pewnej znanej zbieraczki wolontariusze wyremontowali pomieszczenie na szpitalik – następnego dnia pani zbieraczka przeniosła się tam ze swoimi klamotami, bo jej się należy godne życie.

I tak to się kręci, kręci ta karuzela, do której wsiadają kolejne rzesze, ba, pokolenia półgłówków przekonanych, że ich poprzednikom dlatego nic się nie udało u zbieracza wskórać, bo byli niekompetentni, beznadziejnie głupi, nierozsądni, niezorganizowani – i tak dalej, i tak dalej.

No ale teraz, kiedy to oni zabrali się do rzeczy, będzie już tylko lepiej (może nawet całkiem cudownie?).

To wishful thinking każe im przymykać oko na rzeczywistość, która nieodmiennie skrzeczy.

Pomijam już wspomnianą tu wysoką zdolność manipulacji otoczeniem, którą każdy, absolutnie każdy zbieracz posiada w pakiecie. Prawda jest głównie taka, że każdy kolejny Szlachetny Półgłówek tak bardzo pragnie osiągnąć sukces, że nie przyjmuje do wiadomości istnienia rys – nie rys, co mówię! szczelin! jaskiń całych! na swoim genialnym planie pomocy.

Nieraz z podziwem zdarzało mi się obserwować, jak, na przykład, taki pomocnik z bożej łaski gania za posuwającym się po zafaflunionej posesji zbieraczem i przemawia z nadmiernym, sztucznym entuzjazmem tudzież krzepiąco:

– Panie Franku (Darku, Tomaszu, pani Halinko, Petronelo, Danusiu – to co, jesteśmy dogadani na sterylizację (adopcję / wizytę weterynarza / zmianę karmy), prawda?

Kudy tam, zbieracz może w odpowiedzi recytować Odę do młodości, przeklinać siarczyście, mamrotać pod nosem czy też wyrażać powściągliwą zgodę – Półgłówek wie, że tym razem na pewno się uda wysterylizować (nakarmić, wyleczyć, oddać do adopcji) wszystkie zwierzęta na terenie, „bo przecież dogadaliśmy się” z panem Frankiem (Darkiem, Tomaszem, albo też panią Halinką, Petronelą, Danusią).

Nie nie, drogi Półgłówcze, ty „dogadałeś się” z pewnym swoim fantazmatem. Dopiero jak przyjdzie co do czego, pojawia się bezbrzeżne zdumienie (i odkrycie że nie panuje się nad sytuacją ani w ogóle, ani w szczególe).

Okaże się bowiem, że słodka staruszka z twoich snów jest w rzeczywistości paskudną heterą, wymyślającą kolejne powody dla których już żaden pies nie pójdzie do adopcji, nie zostanie wykastrowany, nie będzie poddany leczeniu.

Utrata kontroli to jest bowiem coś, czego obsesyjnie boi się każdy hoarder; jego stado to mikroświat w którym nieodmiennie gra rolę Boga.

źródło: Library of Congress, USA
źródło: Library of Congress, USA

Słodka staruszka przyjmie trochę darów, weźmie forsę, łaskawie pozwoli posprzątać w obejściu, a może wybudować kojce dla zwierząt, żeby je lepiej kontrolować, po czym przygrzmoci ci lagą w momencie gdy zaczniesz być natrętny w tych punktach, które jej nie pasują.

Zwróćmy uwagę: cały czas mamy do czynienia z sytuacją, w której pomagacz wierzy święcie, że hoarder jest trochę pogubioną może, ale zupełnie normalną osobą, rozumiejącą jak działa prawo przyczyny i skutku, potrafiącą przewidzieć konsekwencje swoich działań, odpowiedzialną za swoje czyny oraz widzącą rzeczywistość obiektywnie.

Głupoty. Nikt normalny nie osiądzie w skrajnym syfie z setką kaleczących się wzajemnie, zestresowanych zwierząt – po prostu osoba normalna ma hamulce które nie pozwolą jej doprowadzić do takiej sytuacji, wcześniej poszuka pomocy. Realnej, a nie polegającej wyłącznie na kadzeniu i wręczaniu darów.

To uwaga brzmiąca pewnie okropnie bezdusznie; a ja się upieram że w twierdzeniu iż każdy jest kowalem swojego losu nie ma zbytniej przesady.

Otóż hoarderowie nie zostają hoarderami z tej przyczyny, że los tak im spłatał figla, Fence dogże jakoś tak samo z siebie „stało się” – i nie jest prawdą że każdy mógłby być w tej sytuacji. Żeby być zbieraczem zwierząt, trzeba mieć określoną osobowość, będącą pożywką dla rozwijającej się manii – i tyle. Oczywiście że to w pewnym sensie nie jest ich „wina” – tak, jak nie jest niczyją winą zapadnięcie na depresję, ujawnienie ukrytej schizofrenii czy cokolwiek innego.

Tylko co z tego…?

Prawdopodobnie nie jest winą pedofila, że odczuwa seksualny pociąg do dzieci. Ale nikt nie jest na tyle walnięty, żeby postulować przekazanie takiemu osobnikowi pod opiekę złotowłosego pacholęcia, bo przecież odizolowanie od dzieci sprawi, że pedofil będzie smutny.

Podobnie nie wsadza się zaawansowanego alkoholika do gorzelni, proponując mu pracę w charakterze nocnego strażnika w magazynie produktów.

Więc czemu ciągle jest tyle osób, tkliwie wrażliwych na draśnięte uczucia zbieracza, skoro jest jasne i oczywiste że ten szkodzi bardzo wielu istotom? I te ciągłe postulaty, żeby tylko nie odbierać hoarderowi zwierzątek. Tfy.

Wracając do osobowości hoarderów… Wspominam przypadek pewnej celebrytki– zbieraczki na skalę nie tyle masową, co już raczej kosmiczną (bo niemal siedemset psów zgromadzonych na własnym terenie to już trochę abstrakcja). Wszyscy półgłówkowie świata zakładali, że – na przykład – jej szorstki, nieraz wulgarny język czy napastliwość zostały spowodowane ciężkimi doświadczeniami, przytłoczeniem trudną sytuacją i tak dalej.

Tymczasem wystarczy poczytać choćby wywiady z nią jeszcze z samego początku rozwoju jej obsesji. Rzucało się w oczy, jak nieprzyjemną, pełną pretensji do świata, nabzdyczoną jednostką się okazywała; oczywiście było to wszystko wystylizowane na „niezwykłą wrażliwość”. Z powodu tej wrażliwości nie miała cierpliwości do bliźnich, wybaczmy jej!

I tak się dziwuję, jak ta niby cholernie dominująca w jej osobowości empatia pozwalała jej – czemuś – przechodzić potem obojętnie obok suczki z wydłubanym, zakażonym okiem, psa z otwartym, ciężko zainfekowanym złamaniem łapy czy koszmarnie cierpiącej kotki z pogruchotaną miednicą, która spędziła wiele miesięcy na jednej wąskiej półeczce w prymitywnym pomieszczeniu. Wszystko to były „uratowane” przez tę wrażliwą panią stworzenia. Znajdujące się pod jej opieką, halo, czy ktoś mnie słyszy?

Normalnie Matka Teresa od zwierzątek, kruca melodia. Czy insza Joanna d’Arc, wyruszająca na wojnę z wszelkim antyzwierzątkowym złem tego świata. jeanne-darcNo tak, bo ten zły świat dostarczał jej biednych kotków i biednych piesków (nawet jeśli znaczyło to tyle, co wykupywanie od lokalnej ludności kolejnych psów za pieniądze dostarczone jej przez darczyńców na wykarmienie jej zwierząt – i wciskanie ich do swojego półdzikiego stada) a na dodatek nie rozumiał, poza szlachetnymi pomagającymi jej jednostkami. Prostacy i dranie z tego świata nic, tylko się czepiali, oceniając, ba, nawet gadając herezje że doprowadzenie do takiego stanu to coś nienormalnego i w ogóle.

Na pytanie, dlaczego tak strasznie trudno jest walczyć ze zjawiskiem zbieractwa, trzeba odpowiedzieć jasno: bo ciągle znajdują się osoby, które zbieraczy wspierają. To jest cała armia – na miejsce tych, którzy padli w boju, czyli po roku czy dwóch zorientowali się, w jakie bagno wdepnęli, nadchodzą następni.

To nie jest wina leniwych gmin spychających z siebie obowiązki – bo tak się to najczęściej przedstawia. W większości przypadków, gdy ktoś z władz administracyjnych chce zrobić porządek z tą czy inną zbieraczką, zostaje wgnieciony w ziemię rozpętaną przez półgłówkowatych miłośników zwierzątek burzą, w skład której wchodzą, standardowo: histeryczno-emocjonalne wydarzenie na fejsbuku, rozliczne posty na forach internetowych, zjadliwe maile i telefony do rzeczonego organu administracyjnego oraz starania o zainteresowanie mediów.

Nie łudźcie się, drodzy Półgłówkowie. W przeciętnym zbieraczu jest tyle dobroci dla zwierząt i wrażliwości na ich los co w – nomen omen – wściekłym psie.

Osoba taka traktuje zwierzątka instrumentalnie; dokładnie tak, jak traktowałaby stare gazety, puszki, pudła i szmaty gdyby przypadkiem syllogomania rozwinęła jej się w kierunku zbierania przedmiotów ze śmietników. Są to okazy, pomagające jej osiągnąć krótkotrwałe rozładowanie trawiącego ją napięcia, a nie żywe istoty odczuwające ból czy przerażenie…

Tak naprawdę dla każdego zbieracza liczy się jedno: on sam.

Że tak zacytuję Klasyka z jednym tygodniem jego “Dzienników”:

Poniedziałek: JA

Wtorek: JA

Środa: JA

Czwartek: JA

Piątek: JA

Sobota: JA

Niedziela: JA

Bolesna prawda: zbieracz to on sam i jego starannie kontrolowany mikroświat, z szeregiem niewolników (owszem, najczęściej zna każdego z nich po imieniu – argument na ogromną miłość zbieraczki do krzywdzonych zwierzątek, podnoszony przez pewną bezrozumną niewiastę). I biada temu, kto chce odebrać mu kontrolę nad tym mikroświatem.

źródło: San Diego Humane Society
źródło: San Diego Humane Society

Smutne, że w gruncie rzeczy wszelkie ruchy wokół tego czy innego hoardera pozostają w istocie walką chłopców Cuttinga z chłopcami Vallona. A podsądny siedzi sobie na miejscu, śmieje z całego zamieszania i kolekcjonuje… kolekcjonuje… czekając na następnych ludzi dotkniętych zanikiem mózgu, którzy przyjdą, użalą się nad biednym staruszkiem czy biedną staruszką i znowu zorganizują trochę koców, leków i żarcia. A najlepiej – więcej niż trochę forsy na ten cały biznes.

Może zainteresują jakiegoś dziennikarza który napisze duszoszczypatielny tekst o nieszczęsnej pani Jadzi i jej dwustu pieskach?

Będzie jak znalazł, kiedy w końcu i ta zmiana pomagaczy się trochę zniechęci, po zderzeniu z górą lodową w postaci panijadzinej osobowości. Artykuł w gazecie czy na internetowym portalu napędzi kolejnych frajerów wsiadających na wirującą karuzelę.

Tylko zwierząt żal. Bo one tam cały czas są i cały czas cierpią, podczas gdy ludzie wokół młócą się cepami, zupełnie zapominając co powinno być priorytetem. Dla wielu Szlachetnych Półgłówków dobre samopoczucie pań Jadź tego świata zdaje się zresztą być celem samym w sobie.

 

 

 

6 thoughts on “Karuzela z półgłówkami

  1. Ewa Debis

    Trafione w punkt. Też miałam do czynienia z taką matkoboskoodpsów. A właściwie dwiema. Naiwna, pomagałam. A stado się, pomimo rozmów, rozrastało. I psów utrzymywanych w hotelikach, przybywało. (swoją drogą to odrębny, śliski temat te hoteliki). Aż powiedziałam publicznie parę słów prawdy. Jedna kobieta, 60 psów (na szczęście sterylizowanych) i ileś tam kotów, nie badanych, nie szczepionych. Zrobiłam się ta zua, wróg publiczny nr 1. I co? Panie założyły fundację. W tej chwili w “domu tymczasowym” przebywa około 90 psów ponad 20 kotów – reszta padła, bo nie szczepione. Do ogarnięcia tego w porywach 2 osoby – oczywiście nie pracujące, no bo nie ma czasu. Psy nie zsocjalizowane, w większości nie nadające się do adopcji, a zresztą nie ogłaszane nigdzie. Trzeba być mocno chorym na głowę, żeby utrzymywać taki status. Ciekawa tylko jestem, co będzie, gdy pani siłaczka wyciągnie kopyta, bo swoje lata już ma, kto zagospodaruje te sto parę zwierząt. Bo ona to pójdzie do nieba, a nazbierane zwierzaki?

  2. Wieśka

    Brawo! Brawo! Brawo!! –

  3. Kasia

    Czytając to od razu mam przed oczami pewną dużą podwarszawską fundację – schronisko, założone przez samotną kobietę, mocno już leciwą. Psy na posesji w boksach mają nawet nieźle, ale co się dzieje w domu i w piwnicy pod domem, to masakra. Klatki piętrowo. Brud, smród i niewystarczająca liczba spacerów. No i koty – wyłapywane dzikie do kastracji, po czym więzione w “kociarni ” w piwnicy, bo na wolności mogą wpaść pod samochód. Szczęście w nieszczęściu, że ich gehenna w klatkach długo nie trwa, bo większość szybko umiera z gigantycznego stresu. Zego co wiem, to był nawet epizod z powiatowym lekarzem weterynarii, ale o ile można skontrolować dobrostan na podwórku, to do domu go nie wpuscili, bo to prywatna posesja.
    No i duża liczba wolontariuszy, którzy wszyscy to wiedzą, ale oko przymykają, bo pani Agnieszka nie chce przecież źle.
    Takich przykładów mamy w Polsce zapewne mnóstwo, ale dopóki prawo będzie kulawe w kwestii ochrony zwierząt, policja będzie miała gdzieś pomoc przy interwencjach, to takie jednostki zawsze się znajdą.

    • Waldorf

      … czy chodzi o taką fundację, której patronuje byt niebieski (albo też “niebiański”?) 🙂

  4. M.

    Ech, jeszcze jak rzecz psów czy kotów dotyczy, to w końcu a to sąsiedzi skargi zaczną składać, a to jakaś fundacja się przyczepi, ostatecznie w gminie ktoś narobi rabanu, że z tej puszki pandory w końcu jaka zaraza wypełznie, więc trzebaby coś z tym zrobić. Jak skuteczne to robienie jest, to już insza inszość, ale intencje się w końcu znajdują. Gorzej, jak rzecz dotyczy mniejszych zwierząt. Ot, jakiś czas temu ogólnokrajowa telewizja wyemitowała wesolutki materiał o samotnym panu 70+, który hodował sobie 400 świnek morskich – wszystkie pochodziły od jednej pary założycielskiej i regularnie ich przybywało. Pan na pierwszy rzut oka nie wydawał się zbieraczem (nie zabiegał w każdym razie o coraz nowsze zwierzęta z zewnątrz) – raczej kimś, który nie bardzo wie, co miałby z nadmiarem zwierząt zrobić, a że potopić nie ma serca, to stara się ogarnąć. Sąsiedzi pomagali (wieś to była, zawsze ktoś workiem marchwi albo belą siana rzucił), zwierzaki jako tako wyglądały, reporterzy klaskali uszami z zachwytu, nazywając pana “pozytywnie zakręconym”. Kilka tygodni temu materiał przypomniano, bo panu się zmarło. A ja się ze smutkiem zastanawiam, jaki los spotkał jego zwierzaki…

  5. Beata

    Drohiczyn?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *