Kto bogatemu zabroni?

w3

antalya

W dzisiejszych czasach biedne, wymagające pomocy psy stały się uczestnikami globalnej wioski i niejednokrotnie odbywają dalekie podróże; spokojnie, nie będę marudzić na temat sensu przywożenia infantylnym mieszkańcom Nowego Sącza którzy „zakochali” się w psie ze zdjęcia bezdomniaka ze Szczecina, choć identycznego psiaka znaleźliby w przytulisku pięć kilometrów od domu. To nawet interesujące zjawisko, ale o nim kiedy indziej. Dziś o psiej turystyce dalszego zasięgu.

Teraz będzie kawałek nie o psach, ale chyba dzięki niemu łatwiej będzie zrozumieć, w czym problem z tak zwaną dobroczynnością – czy tam humanitaryzmem – w dzisiejszym świecie.

kambodzaCzy wiedzą Państwo, co to jest turystyka humanitarna? W skrócie: to stosunkowo nowa gałąź przemysłu turystycznego powstała po to, żeby zaspokoić potrzeby pewnego typu ludzkiej cielęciny, nażartej i zadowolonej z siebie, która to cielęcina z pozycji moralnej wyższości martwi się problemami głodu w państwach słabo rozwiniętych, biednych dzieci tudzież kwestią pokoju na świecie. Znaczy się, chce żeby w/w zapanował na całym globie i tak dalej.

Takie ludzie (najczęściej młode, acz nie tylko…) na pewnym etapie życia odczuwają potrzebę walki z różnymi straszliwymi zjawiskami, no ale przecież nie pójdą pomagać do miejscowego schroniska dla bezdomnych albo hospicjum dwa razy w tygodniu, to dla nudnych frajerów, one chcą fajerwerków i egzotyki.

Żeby zostać wolontariuszem którejś ze znanych organizacji pomocowych trzeba, jednak, przejść pewną selekcję, poza tym różne kursy przystosowawcze i na dodatek podporządkować się decyzjom szefostwa tych organizacji, co jest niewygodne i zajmuje za dużo czasu. Znacznie łatwiej zapłacić (parę tysięcy dolców, na ogół) i pojechać jako „wolontariusz” na przykład do Kambodży, uczyć angielskiego biedne dzieciątka w sierocińcu. Istnieją wyspecjalizowane firmy które to nam zapewnią, a jakże.

dzieci-kambodzanskieTaka dobra dusza dostaje zakwaterowanie w bardzo dobrych warunkach w specjalnym hostelu w którymś z kambodżańskich miast i natychmiast, bez przygotowania, zostaje skierowana do jednego z sierocińców żeby tam przez miesiąc zaprzyjaźniać się z dziećmi, kolorować z nimi obrazki albo uczyć je języka. Potem wyjeżdża, po umieszczeniu tryliona zdjęć świadczących o tym, że zbawiała świat, na swoim facebooku.

Fajnie jest i w ogóle, tyle że miejscowe organizacje okazały się niemiłe i zaczęły pyszczyć przeciwko takim praktykom. Choćby dlatego, że te nieszczęsne sieroty, zalewane ciągle nowymi białymi twarzami z europejskiej i amerykańskiej klasy średniej, ledwo zdążą kogoś poznać i polubić, a ten już odjeżdża, baj baj, po wypełnieniu misji bycia dobrym człowiekiem przez miesiąc czy sześć tygodni. Nietrudno sobie wyobrazić emocjonalną huśtawkę w jaką te dzieciaki wpadają.

Plakat kampanii "Dzieci nie są atrakcją turystyczną!" zorganizowanej przez Friends International pod patronatem UNICEF.
Plakat kampanii “Dzieci nie są atrakcją turystyczną!” zorganizowanej przez Friends International pod patronatem UNICEF.

Nie wspomnę już o wizytach w sierocińcach które stanowią obowiązkowy punkt programu większości wycieczek. Ot, ogląda się sierotki jak zwierzątka w zoo albo w cyrku, bo są one przez miejscowy personel tresowane do wykonywania różnych programów obowiązkowych jak tańce ludowe, śpiewy albo malowanie obrazków z khmerskimi świątyniami.

Nie wspomnę nawet o przypadkach zwalniania z pracy nauczycieli, bo biali wolontariusze są tam ciągle, więc po co wydawać na pensję wykwalifikowanego uczącego skoro można mieć pisz-pan-nauczycielskie usługi za darmo?

rower-egzotycznyJednak to nie jest najgorsze. Można zleźć na niższy piekielny krąg. Otóż w ostatnich latach w samym tylko Phnom Penh zanotowano gwałtowny wzrost liczby sierocińców, przynoszących krociowe zyski (!). W pewnym momencie zaczęło… brakować sierot, toteż właściciele tych przybytków poszli po rozum do głowy i w porozumieniu z policją (posmarowaną odpowiednio, hm) zaczęli sprowadzać z głębi kraju, z biednych wiosek dzieci które wcale sierotami nie są – zostały rodzicom odebrane, bądź to podstępem (wmówiono ludziom że tylko w mieście, w sierocińcu będą miały szanse na lepsze życie) bądź przemocą, pod pretekstem ratowania z biedy i złych warunków życiowych.

W przeciętnym kambodżańskim orphanage (służącym wyłącznie do tego, żeby rozkoszniaczki z Zachodu mogły się w nim udzielać humanitarnie) w trzydziestometrowym pomieszczeniu śpi na piętrowych pryczach kilkudziesięcioro dzieci. Kiedy zachorują, nikt ich nie leczy, bo po co, świeżego materiału jest dosyć – umrze jedno, weźmie się następne. Są brutalnie traktowane, bo tak zwany personel ma w nosie ich potrzeby i los, chodzi tylko o zapewnienie rozrywki turystom, więc lepiej je złamać żeby jakichś problemów nie sprawiały.

Jak to się ma do zwierzątkowych problemów – w końcu gadamy tu o psach…?

Ano, warto się zastanowić nad fenomenem pojawiających się tu i ówdzie akcji sprowadzania do kraju psów i kotów z rozmaitych egzotycznych, a odległych krain.

Top-topów stanowi festiwal w Yulin. Przypomnę może, że w czasie tego… czegoś nie wybrzydzający na rodzaj przyswajanych protein Chińczycy w okrutny sposób najpierw publicznie mordują, a potem spożywają, setki psów.

street-dogsNiestety efektem ubocznym faktu, że do Yulin ściąga w tej chwili już kilkadziesiąt organizacji prozwierzątkowych z Europy i USA jest taka kwestia, że w promieniu wielu kilometrów praktycznie nie idzie napotkać żadnego psa. O ile przedtem wyłapywano te nieszczęsne psiaki które, na oko, nadawały się na patelnię, to teraz chińscy hycle czyszczą okolicę ze wszystkich czworonogów, włącznie z kradzionymi, jak najbardziej właścicielskimi psami – dlaczego, ano te wszystkie organizacje zaczęły od nich wykupywać psy i następnie z fanfarami przywozić do swoich krajów, za kasę darczyńców ma się rozumieć.

Jedna z miejscowych organizacji ośmieliła się odezwać, prosząc o zaprzestanie tego kretyńskiego procederu skupywania zwierzaków – wiadomo, popyt napędza podaż – i proponując raczej lobbowanie u władz chińskich w celu zmuszenia ich do zakazania tych praktyk i ostatecznego zamknięcia festiwalu.

Jednak dzielni obrońcy zwierzątek niemal zatłukli tych odszczepieńców, zapewne batonami czekoladowymi (jako dobrzy ludzie zawsze mają je przy sobie, podejrzewam), bo przecież udało się rozbujać niezłą histerię na temat tego (w swej istocie naprawdę odrażającego) wydarzenia i teraz co, ktoś się wchrzania między wódkę i zakąskę. Efekty „walki z festiwalem w Yulin” muszą być namacalne, w postaci pięciu, dziesięciu, trzydziestu piesków wyrwanych spod pałek siepaczy, przywiezionych do krajów z których pochodzą ich obrońcy i w triumfie pokazanych ludowi, a że przy okazji rozkręciło się proceder porywania psów do stopnia niesłychanego, a to już insza inszość i jest szansa że większość darczyńców tego nie zauważy.

night-streetTu i ówdzie można się natknąć na mniejsze akcje tego typu, nie dotyczące aż tak drastycznych wydarzeń, ale cóż, zapchlonego i wychudzonego psa albo kota ze złamaną łapką można spotkać w bardzo wielu miejscach naszej planety. Naprawdę nie mam nic przeciwko przywiezieniu do Polski biednego zwierzaczka który chwycił kogoś za serce, choćby z Alotau na Nowej Gwinei. Pod jednym warunkiem: żeby nie próbować z tego robić systemowej pomocy za kasę (naiwnych) internautów czy innych ludzi dobrej woli, a niedużego rozumku.

Można zabrać ze sobą psią czy kocią biedę – na własną odpowiedzialność i za własne fundusze. W końcu… kto bogatemu zabroni?

Jednak zabawa w tego typu akcje prowadzona przez fundacje czy inne organizacji pomocowe to gruba przesada. Egzotyka egzotyką, ale duszącego się na drucie kolczastym pieska naprawdę ciągle jeszcze, i to przy niedużym wysiłku, znajdziemy w Polsce.

azjaPrzyzwyczajanie ludzi do tego, że „zwykła” pomoc jest nudna, szara i mało atrakcyjna i dopiero „super egzotyczna” akcja ze zdjęciami spod palm może porwać przysłowiowe tłumy to zwykła wujnia i działanie na szkodę tych zwierząt które mamy tu, na miejscu. A które tej pomocy zwyczajnie potrzebują.

Tym bardziej, że koszta takich zabaw w import zwierzęcych sierotek są baaardzo wysokie. Ja rozumiem, że tę forsę wygenerują internetowi fajansiarze którym nie wystarcza – na przykład – wirtualna adopcja jednego, wybranego psa z pobliskiego duszącego się w szwach schroniska, bo to takie nudne, a oni chcą kolorów, wiecznych fajerwerków i licznych przerw na reklamy, ale naprawdę trzeba nie mieć wstydu, żeby w ogóle tego typu kalkulacje robić.

Tak tak, wiem, serce trzeba mieć pojemne i ogarniać nim cały świat, a tak w ogóle „nazywam się milijon i za milijony cierpię katusze”, ergo, kto nie chce sprowadzać do Polski wychudzonych piesków z Antananarywy ten drań który nie chce żeby był pokój na świecie. I taki na pewno nie pojechałby do sierocińca w Kambodży pomagać biednym sierotkom, bo nie ma w nim miłości.

 

 

 

 

 

8 thoughts on “Kto bogatemu zabroni?

  1. bożena

    O Yulin i efektach pomocowych słyszałam, niestety.. O działalności egzotycznych “sierocińców” – jeszcze nie. Jeśli to prawda – koszmar!

  2. Beata

    Tendencyjny i obraźliwy artykuł. Fakt, że zgadzam sie, z niektórymi wnioskami, podejrzewam jednak, że artykuł jest pisany zza biurka i opiera sie na własnych przemyśleniach, a nie doswiadczenich . Osobiście czuję się obrażona. Jestem na miejscu w Azji od kilku lat i działam jako wolontariusz. . Tyle w temacie.

  3. Waldorf

    Łoł. Proszę o swoich uczuciach opowiedzieć UNICEF-owi, bo to on m.in. wspiera kampanię “Dzieci nie są atrakcją turystyczną”. BTW tekst nie jest “przeciwko wolontariatowi” tylko o tym, żeby w działalności wolontariackiej kierować się także rozumem, a nie tylko emocjami – zakładam, że Pani jest z tej kategorii. 🙂
    No, chyba że jest inaczej, to sorki – nota bene jest takie przysłowie o nożycach i stole czy tam coś 🙂

    A standardowy tekst “bo wy tylko w klawiaturę klepać umiecie…” i tak dalej (oraz różne jego odmiany) już od dawna upoważnia piszącego go do odbioru Nagrody Internetów, niestety jednodniowej, bo jest tak zbanalizowany że aby pretendować do nagrody tygodniowej trzeba się bardziej postarać.

    • Beata

      To zapraszam do Azji, proszę tu pożyć i poznać realia. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, też byłam idealistką. Pozdrawiam

  4. Waldorf

    Kompletnie nie jestem idealistą. I protestuję przeciwko przedziwnej logice, każącej np. w przypadku ukazania się tekstu, no powiedzmy, o nieuczciwym rzeczoznawcy zakładu ubezpieczeniowego drzeć szaty WSZYSTKIM rzeczoznawcom którzy CZEMUŚ “poczuli się obrażeni”. He he.

    • Beata

      Coz mogę powiedzieć, emapatia nie jest wszystkim dostępna…. Żegnam i życze lepszego nastawienia do życia.

  5. Waldorf

    Gdyby nie moja wrodzona poczciwość, padłoby tu pytanie o co właściwie chodzi, jednak nie lubię się znęcać, zwłaszcza nad osobami które ewidentnie nie rozumieją czytanego tekstu . 🙂

  6. Tyś

    A myślałam, że tylko ja mam podobne poglądy co do “pomocy” psiakom z Yulin i innym z różnych zakątków świata…
    Czytając artykuł, od razu też nasunęła mi się kwestia wyjazdu do organizacji pomagającej tygryskom i innym dizkim zwierzątkom, o czym pisał swego czasu Animalus: http://animalus.blog.pl/2014/06/17/woloturystyka-w-afryce/

    Bardzo dziękuję, że ktoś to poruszył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *