Lassie wróć!

w3
Winslow Homer, "Pies na obchodzie", 1889.
Winslow Homer, “Pies na obchodzie”, 1889.

W latach czterdziestych pojawiła się na rynku książka napisana przez Erica Knighta. LassieOpowiadała o przygodach suki collie, która – sprzedana przez przyciśniętych biedą właścicieli bogatemu arystokracie – pokonuje setki mil, wracając do domu. Dobra: każdy to zna, przynajmniej każdy psiarz. Lassie do domu dotarła i cała historia skończyła się dobrze, nawet z prawnego punktu widzenia.

W dzisiejszym świecie za to coraz więcej Lassies nie wraca do domu tylko dlatego, że na swojej drodze spotkały miłośników zwierzątek.

Śmiem twierdzić, że dzieje się tak dlatego, iż standardy „pomocy” zaczynają być narzucane przez organizacje prozwierzęce, co gorsza, głównie te nieuczciwe – bo są i uczciwe, w co głęboko wierzę. Niestety ci porządni siedzą na ogół cicho i przewalają swoją robotę, nie wiedząc w co ręce włożyć. Cisi bohaterowie codzienności. Ci bardziej drańscy poświęcają za to wiele czasu na robienie sobie odpowiedniego PR, głównie wykorzystując do tego celu internet i media. Żeby wydać się gapiącej się na ich wyczyny z otwartymi paszczami publice bardziej świetliści i bardziej bohaterscy, muszą mieć przeciwnika, wyraźnie wskazanego i w miarę możliwości pozbawionego jakichkolwiek pozytywnych cech. Rolę tę grają zazwyczaj byli właściciele zwierzaków, które pod czułą (a nieraz mocno wyniszczającą) opieką takiej organizacji się znalazły. Biały rycerz kontra srogi smok. To działa bez pudła, tak jesteśmy zaprogramowani.

Zauważyli państwo, że ilekroć znajdzie się psa który się błąkał i jest w związku z tym brudny, trochę chudy albo, ulala, złapał kleszcza, to zawsze od razu i z góry wiadomo że do pożałowania godnego stanu doprowadził go właściciel?

Zwierzaki submisywne, uległe z natury, demonstrujące oznaki podporządkowania na sto procent „były bite”. Psy gryzące – były dręczone i oto teraz bronią się przed światem.

I tak dalej, i tak dalej, z nużącą regularnością.

Johann Friedrich Voltz, Portret psa, 1886.
Johann Friedrich Voltz, Portret psa, 1886.

Skoro pies był u potwora, to „naturalnie” do tego potwora nie może z powrotem trafić, toć to nie ulega kwestii! Nic to, że jest jakieś prawo, że coś nam wolno, a czegoś nie, że ktoś ma prawo własności do zwierzęcia, że trzeba mu, na przykład, udowodnić zarzucane mu czyny. E tam. Teraz wszyscy idą na skróty i nieźle im to wychodzi. Pomijam (na razie) całą tę mafię ze światka zawodowych pomagaczy, te nakazy prokuratorskie uzyskiwane po fakcie, poświadczanie nieprawdy, czasem wręcz bandytyzm jaki zdarza się uprawiać niektórym organizacjom.

Rzecz w tym, że te obyczaje, zwłaszcza kompletny tumiwisizm w odniesieniu do prawa i hojne rozporządzanie się cudzą własnością przejmują ot, ludkowie z ulicy. Znaczy: ci tak zwani miłośnicy zwierzątek… tyle, że tania czułostkowość zastępuje realną empatię – zawsze ze szkodą dla zwierząt, ale i ludzi.

Kto chce psa uderzyć, zawsze kij znajdzie, powiada (jakże stosownie) ludowa mądrość. W efekcie można, na przykład, odmówić zwrócenia zwierzaka tylko dlatego, że jego właściciel nie odbiera telefonu na tyle szybko, żeby to usatysfakcjonowało szczęśliwego znalazcę.

Albo – jak w przypadku pewnej historii, którą zaraz opiszemy – pies dwunastoletni nie chce wyglądać jak żwawy roczniak, co daje asumpt do oskarżenia właścicieli o „zaniedbanie”.

Walenty Sierow, Księżna Zinajda Jusupowa z psem, 1900 - 1902.
Walenty Sierow, Księżna Zinajda Jusupowa z psem, 1900 – 1902.

Pewnego razu przyczyną zajumania psa był fakt, że jakaś niewiasta o wyśrubowanych standardach, w stu procentach oderwana od życia napisała na facebooku o prawowitych właścicielach zwierzaka że to patologia i lumpy…, przy czym pies był ogólnie zadbany i jakoś specjalnie źle się nie miał, no ale skoro platynową odbytnicę takiej ę, ą osóbki opuszczają jedynie brylanty, nic dziwnego że produkty przemiany materii zwykłych śmiertelników jej śmierdzą.

Standardy zasługiwania na psa nie obejmowały, w jej mniemaniu, żenującego faktu że ktoś jest biedny i nie jeździ autem, co więcej, zdarza mu się wypić piwo na ławce na podwórku. Apage! Choć psu się krzywda w tamtym domu nie działa, po przypadkowej ucieczce ludziska już go nie zobaczyli, bo osoba która go znalazła zdecydowała arbitralnie – na podstawie tego wpisu w internecie – o jego losie. A przy okazji o losie rodziny która w wyniku tejże decyzji psa straciła.

Idiotyczne to wszystko, bo ile jednostek – ludzkich i psich – tyle historii, i naprawdę może być tysiąc powodów dla których zwierzę znalazło się poza kontrolą. Ludzie o niskim statusie materialnym mogą być całkiem fajnymi właścicielami, fakt że ktoś od razu nie zgłasza się po psa może mieć dziesięć różnych wyjaśnień (od pobytu w szpitalu po wyjazd kończąc), zaś brak dostępu do internetu (a co za tym idzie, brak natychmiastowej reakcji na ogłoszenie na facebooku) naprawdę nie dyskredytuje nikogo jako dobrego człowieka z którym pies wiedzie fajne życie.

Oto opowiastka straszliwa – na ilustrację tego całego zjawiska ochoczej yumy, jaką uprawiają miłośnicy zwierzątek:

W dużym mieście ginie podczas spaceru stary piesek ozdobnej rasy. Właścicielki zaczynają poszukiwania, rozwieszają wszędzie ogłoszenia, poszukują psa za pomocą internetu, jeżdżą, pytają przechodniów. Oferują niemałą nagrodę za pomoc w odnalezieniu ulubieńca.

Piesek, bardzo charakterystyczny, bywa widziany tu i tam, jednak w pewnym momencie ślad się urywa.

Akt drugi: w pewnym gabinecie weterynaryjnym zjawia się osoba która znalazła pieska. Weterynarz dopiero po fakcie kojarzy że jego mały pacjent jest zaginionym i poszukiwanym usilnie stworzeniem. Trochę bez sensu zawiadamia o tym fakcie… znalazczynię psiaka – bez sensu, bo widać od razu, że ta nie miała zamiaru w ogóle szukać właścicieli, nie wykonała najmniejszego ruchu w tym kierunku.

Osoba ta najpierw długo udaje, że nie wie, co właściwie powinna zrobić (a mianowicie: zadzwonić do właścicieli pieska, umówić się z nimi, oddać zwierzaka, powinszować odnalezienia pupilka, wysłuchać podziękowań, zainkasować nagrodę i zapomnieć o sprawie).

Potem zaś zaczyna wyjątkowo wredną nagonkę w internecie, sugerując, że piesek był zaniedbany i… dlatego go nie odda.

papillon-1221194_960_720Piesek jest zwierzątkiem miniaturowej rasy, co, przy osiągniętym przezeń złotym wieku nastu lat z automatu oznacza że jego zęby wyglądają niczym wykopalisko archeologiczne. Tak, ja wiem że rozmaite ludzie-o-małym-rozumku uwielbiają takim starym delikwentom ząbki wyrywać, najlepiej jak najwięcej podczas jednego zabiegu, urra, wpieriod! – niemniej w naszym prawie nie ma jeszcze nakazu wyrywania psom zębów i ktoś, dlanaprzykładu właściciel takiego zwierzątka, może mieć zdanie odrębne. I niekoniecznie oznacza to że pieska „zaniedbuje”, tylko że inaczej pojmuje dobrostan swojego podopiecznego. Ba, są na świecie weterynarze którzy też mają takie poglądy, wstecznicy jedni. Oczywiście nie dotyczy to jedynie słusznych wetów współpracujących z fundacjami prozwierzęcymi, jasne. Ci wykonają na znalezionych psach wszystko, włącznie z przeszczepem mózgu, byleby fajnie to wyglądało w papierach, dawało możliwość wystawienia stosownie lukratywnych faktur i zadowalało fundację która przywiezie kolejnego zwierzaka… i kolejnego, żeby biznes się kręcił. Ale to tak tylko na marginesie.

Piesek jest pieskiem miniaturowym, co oznacza, że z natury waży niewiele, a na dodatek jak dopada nas starość, to często chudniemy, zapadamy się w sobie, co stalo się też jego udziałem. Jest dość chudy i lekki.

Piesek przebiegał przez zapylone, brudne ulice dużego miasta, a jest długowłosy – więc po tej wędrówce ma kołtuny, a jakże.

No więc brud, niska waga oraz zły stan zębów świadczyć mają o obrzydliwym zaniedbaniu, jakiego się właściciele dopuścili.

Clou sprawy jest takie, że nawet jeślibyśmy porwali zwierzaka samemu Belzebubowi wcielonemu, to nadal, jako osoby prywatne, nie mamy najmniejszego prawa decydować o losach stworzenia. Nie leży w naszych kompetencjach ocena stanu zwierzęcia oraz arbitralny wyrok, czy jego właściciel jest godny, czy nie, je posiadać.

Tymczasem pomysł osoby która psa znalazła był taki, że jeśli przedstawi prawowitych właścicieli pieska jako okrutników, to już nikt nie zapyta o prawny tytuł, na mocy którego ona tym psem rozporządza. Prostackie, ale niestety w dzisiejszych czasach działa.

Rozpętana przez przywłaszczycieli psiaka nagonka zgromadziła stado doprawdy wyjątkowo niemądrych, bezrefleksyjnie łykających łzawe opowiastki internautów. Dobra: internautek – no co poradzę że tak się złożyło że na początku komentowały sprawę wyłącznie panie?

old-47721_960_720Rozległ się jeden jazgot: nie oddawaj! A jak cię znajdą, powiedz że pies uciekł!

I tak dalej, i tak dalej – wszystkie komentarze były przesycone rozkosznym poczuciem pewności, ze jest się cudownym, dobrym, dbającym o swoje zwierzątka człowiekiem („dziękuję ci, że nie jestem jako ten celnik…” – była taka historyjka, kiedyś….) któremu nigdy, ale to nigdy nie zdarza się popełnienie błędu, przypadki losowe też się go nie imają.

Dość przerażający był totalny brak empatii: nawet na milisekundę nie pojawiła się myśl, że ktoś, kto miał pieska jedenaście lat, teraz tęskni i martwi się jego losem.

Fajne te zwierzoluby, nie ma co.

Na to samozadowolenie nałożyła się bezgraniczna naiwność, każąca wierzyć z miejsca, bez wypytywania o szczegóły, nieznanej osobie – oraz lenistwo, nie pozwalające na przeprowadzenie małego śledztwa i sprawdzenie faktów. Bo po co, lepiej siedzieć i się oburzać, na dodatek mogąc sobie ulżyć i poznęcać nad nieznanymi sobie ludźmi (pod adresem właścicieli pieska poleciało tyle parszywych inwektyw, że dziw iż internety nie wyparowały).

A co, jak się okazało, że psiak jest kochany, zadbany jak na swój wiek, pod stałą kontrolą lekarską, a jego właściciele rozpaczliwie go poszukują?

Zonk, jak to się mówi. Część komentujących wycofała się po angielsku, część (tych głupszych) starannie zakryła oczy kocem, powtarzając jak mantrę „a ja nie wierzę” – dla uspokojenia swojego bardzo zabrudzonego sumienia.

Najbardziej reprezentatywną reakcją była zaś ta, gdy kompletnie pozbawiona mózgu istota (płci niewątpliwie żeńskiej) biorąca udział w nagonce na właścicieli zaginionego pieska po dowiedzeniu się, jak naprawdę sprawy stoją i o co chodzi wyznała dumnie i bez kompleksów, że – no cóż? Zareagowała na informację (bo przecież było napisane że piesek zaniedbany) „bardzo emocjonalnie” i „nie czuje z tego powodu wyrzutów sumienia ani wstydu”. Ha. No właśnie. I na tym polega dramat. Większość tzw. dobrych ludzi którzy bez problemu dają się wkręcić w takie historie nie jest w stanie wykrzesać z siebie choć maleńkiej refleksji, że oto zachowali się jak półgłówki, dali się naszczuć, posłużyli realizacji czyichś interesów i tak dalej.

Gorzej, że nie będzie to wobec tego nauczką na przyszłość i znów będą używani jako tak zwani pożyteczni idioci przy okazji następnej nagonki.

Wniosek: jeśli jesteś idiotą *), to naprawdę lepiej byłoby żebyś nie brał się za ratowanie zwierzątek, nawet tylko wirtualne. Tak tak, dla tych zwierzątek lepiej – oraz, przy okazji, dla dość szerokiego grona ludzi których przy okazji ukrzywdzisz swoimi działaniami.

Oczywiście będziesz musiał się pogodzić z tym, że marnuje się lśniąca perła dobroci i humanitaryzmu, jaki sobą prezentujesz, no ale trudno. To wyrzeczenie prawdopodobnie uratuje pewną liczbę żyjących istot, cztero- i dwunogich.

 

*) możesz nie mieć co do siebie pewności w tej kwestii. Test na to jest dość prosty, na przykład jeśli całe dnie spędzasz w internecie, o każdym swoim kroku informujesz znajomych na fejsbuniu a na dodatek ślepo wierzysz we wszystko, co ktokolwiek na tymże fejsbuniu napisze, to możesz się uspokoić: jesteś.

4 thoughts on “Lassie wróć!

  1. Powiedziałbym, że fajny wpis i podesłał znajomym, ale kto wierzy w teksty na blogach? W dodatku pisane anonimowo! 😛

    Trololololo. 😉

    • aaa

      czasem warto uwierzyć.

  2. Martyna

    Bardzo mi się podoba Twój tekst, bo mam identyczne zdanie. Biorąc pod uwagę stan prawny zwierze jest moją własnością i jakim prawem ktoś mi je odbiera na bazie subiektywnych ocen o jego dobrostanie….?!
    Na szczęście mnie nie dotknął ten problem, ale przyznam że szczelnie zamykam swoją bramkę…. i to właśnie przed osobami, którym moja własność może się spodobać i stwierdzą że ja o nią nie dbam.
    Ilekroć widzę jak odbierają dziadziusia z domku gdzie jadł tą swoją zupkę ze zlewek przez 13 lat i być może pożyje jeszcze ze dwa – i “leczą” go na choroby życia – z którymi żył pewnie od wielu lat – i po dwóch do sześciu miesięcy niestety pieska nie uda się uratować – jaki ten świat jest okrutny! 🙁 I to za nasze pieniądze 😛
    Nie wspieram organizacji pro-zwierzęcych – jak chcę pomóc to kupuje wór karmy i wiozę do schronu.

  3. aaa

    Mi też bardzo podoba się ten tekst. Trafiony w 10-kę. Widać znajomość problemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *