Miłość od pierwszego wejrzenia

w3

Ukryty

Sporo zaginionych psów w Polsce wcale nie ginie pod samochodami; nie toną w rzekach, nie lądują u hycli; nie zjadają ich wilki, nie mordują źli ludzie.

Nie, po prostu ktoś zauważa ich zagubienie. Ktoś, kto całkiem szczerze kocha zwierzątka i ma czułe, wrażliwe serduszko. I nie przejdzie obojętnie obok zestresowanego, szukającego rozpaczliwie pana, stworzenia.

Mary Cassatt
Mary Cassatt, Kobieta z psem na pasiastej sofie, 1876.

Wrażliwiec, który podejmuje akcję ratowania takiego zwierzaka, częstokroć w ogóle nie myśli o próbie ogłoszenia, że go znalazł. Niekiedy ogranicza się do leniwego rozejrzenia po okolicy, a skoro na każdym okolicznym słupie nie wiszą ogłoszenia o zaginięciu, to natychmiast dochodzi do wniosku, że poprzedni właściciel zwierzaka w ogóle go nie szuka, że mu nie zależy na jego znalezieniu, a najprawdopodobniej to po prostu się stworzonka pozbył.

Już nie wspomnę o ustawowo nakazanym (a tak!) zgłoszeniu faktu przygarnięcia zwierzęcia w gminie czy pozostawieniu wiadomości w lokalnym schronisku. Któż by coś takiego zrobił, ba.

No dobra, czasami, wykazując maksimum dobrej woli, wywiesza się kartkę wielkości pocztowego znaczka na drzwiach porośniętego pajęczynami zejścia do piwnicy w miejscowym domu kultury. I z ulgą konstatuje, że na ogłoszenie nie ma odzewu, w związku z czym, naturalnie, „właścicielowi nie zależy”.

Są jeszcze oczadziali fejsbukowicze, na tyle durni, że przekonani, iż poza tym medium nie ma życia, więc skoro ogłosili znalezienie psa na swoim profilu, to cały świat (włącznie z właścicielem zwierzaka) się oczywiście o tym dowiedział. Jeżeli właściciel nie reaguje w ciągu najbliższych dwóch godzin, to, wróć do poprzednich akapitów, „nie zależy mu”, jasna sprawa – i ogłoszenie znika nawet z facebooka.

Mam teorię, dlaczego tak się dzieje. Otóż z chwilą, gdy roziskrzone oko miłośnika zwierzątek pada na jakiegoś psa czy kota, gdy tylko zdecyduje się on podjąć jakiekolwiek działanie, momentalnie odpala w sobie tę sławetną „miłość”. I przygarnięty zwierzak staje się momentalnie „jego” zwierzakiem. Skoro jest już ukochanym, własnym stworzeniem, to bardzo trudno przed samym sobą przyznać, że ktoś na tym pięknym świecie mógłby rościć sobie do tego psa czy kota prawa. Że, całkiem po prostu, to zwierzę jest „czyjeś”.

Jak może tak być, skoro z chwilą gdy je złapałem, stało się „moje”?

Infantylizm graniczący z ciężką głupotą? Niedojrzałość mogąca konkurować z niedojrzałością kilkulatka, tupiącego nogami nad nową zabawką?

Ależ tak, po stokroć tak! A czy ktokolwiek ma złudzenia co do dojrzałości i poczucia odpowiedzialności przeważającej części naszego gatunku?

No, jak zaś już mamy to swoje nowe słodkie zwierzątkoSzczeniaczek, nieważne, na ile sflurane, niegrzeczne czy gryzące – dla miłośnika to zawsze siódmy cud świata, a jeśli ma problemy behawioralne, to tym lepiej, bo będzie można „dać mu mnóstwo miłości” i je „uleczyć”, robiąc dobrze swojemu ego – no więc gdy je już mamy, to każdego, kto się o nie odważy upomnieć, traktujemy, ma się rozumieć, jak śmiertelnego wroga. I szukamy na niego haków…

Ponieważ od pewnego czasu miłość do zwierząt równa się zazwyczaj konsekwentnej, nieustępliwej niechęci do ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których poglądy w najdrobniejszej choćby sprawie różnią się od poglądów Miłośnika, to od razu ustawia się właściciela znalezionego psa czy kota na pozycji niegodziwego potwora, który zwierzaka „na pewno” krzywdził, źle traktował, nie utrzymywał w takich warunkach, jakie aktualnie są na topie (o tym, co jest odpowiednie, a co nie, decydują miłośnicy zwierząt ze szczególnym uwzględnieniem członków rozmaitych fundacyj), no i, przede wszystkim, nie jest godny posiadania tego stworzenia ponieważ w ogóle dopuścił do jego zaginięcia.

Znalazca-miłośnik wyszukuje każdy, najdrobniejszy przejaw jakiejś zdrowotnej przypadłości, żeby z triumfem ogłosić, że właściciel zaniedbywał zdrowie pupila; niedopuszczalny jest też brud, długie pazury czy kołtuny (dla wyjaśnienia: błąkający się choć parę dni pies bywa brudny, zaś u psów długowłosych błyskawicznie tworzą się dredy).

Nie do przyjęcia jest także, żeby nie mieć tak z dwóch setek zdjęć pupila – miłośnicy nie przyjmują do wiadomości, że można nie robić swoim psom czy kotom fotografii. Nie cykasz, nie kochasz, proste jak parasol.

No i nie daj Boże nie mieć zaświadczenia o aktualnych szczepieniach; najśmieszniejsze, że w Polsce obowiązkowe jest jedynie szczepienie przeciwko wściekliźnie, pozostałe zaś, choć zalecane przez lekarzy weterynarii (a i tu mamy wielość poglądów i bynajmniej nie wszyscy weci upierają się przy dorocznym szczepieniu całym kombo, każdego zwierzęcia i bez względu na okoliczności), to są, halo, DOBROWOLNE, słowem, naprawdę nic nikomu do tego, czy ktoś szczepi swojego psa, czy nie. Ba! Brak aktualnego szczepienia przeciwko wściekliźnie jest karany mandatem, nie zaś – przepadkiem zwierzęcia, co często, niestety, się zdarza w przypadku wpadnięcia psa w łapy miłośników.

Nieważne prawo, liczą się nasze emocje i nasze poglądy na… wszystko. A kto nie z nami, ten przeciw nam! – wyrażają swoje credo miłośnicy. A takiemu, co przeciwko nam, psa przecież nie oddamy.

Akcji „nie oddam!” kibicują znajomi Miłośnika.

Giacomo Ceruti, Kobieta z psem, ok. 1740.
Giacomo Ceruti, Kobieta z psem, ok. 1740.

Naprawdę, warto przy okazji takich historii polecić poczytanie komentarzy różnych dziedzicznie obciążonych jednostek które nie zadają sobie trudu, żeby sprawdzić, jak cała historia naprawdę wygląda. Dla nich liczy się że ów miłośnik napisał że „biedny piesek, zaniedbany”, więc wylewają na nieszczęsnych właścicieli psa takie tony plugastwa, że ręce opadają.

Najgorzej, że dokładnie takim samym postępowaniem mogą się pochwalić (hm) osoby, od których wymagalibyśmy jednak pewnego profesjonalizmu, czyli członkowie różnych organizacji prozwierzęcych. Wszelkie afery, spektakularne skandale z nieoddawaniem przejętych pod opiekę tej czy innej fundacji zwierzaków choć – nieraz bardzo szybko – znalazł się prawowity właściciel, mają dokładnie to samo podłoże. Pomijam przypadki gdy takie akcje byłyby wynikiem chciwości osób zamieszanych w sprawę; zdarzają się bowiem po prostu próby wymuszenia sporych sum za oddanie zwierzaka, udrapowane w szaty pomocy humanitarnej – o tym tu nie mówimy.

W przewadze są jednak historie, kiedy za dramatami ludzi i wydartych im psów (czy kotów) stoi wewnętrzne nieuporządkowanie wszelkiej maści pomagaczy.

Oni chcą decydować o losie przygarniętego zwierzęcia, bo stało się ono już, emocjonalnie, ich własnością.

Swoją drogą, zawsze bawiła mnie swoista hipokryzja jaką wykazywali się niektórzy szlachetni miłośnicy czworołapych, potępiający, na przykład, fakt że ludzie sprawiają sobie rasowe psy. Że ośmielają się szukać zwierzaka konkretnej, odpowiadającej im rasy, ba, nawet jakiejś konkretnej linii… Bo to, panie dzieju, snobizm czystej wody, ośmielać się mieć jakieś upodobania, pragnąć żeby psi towarzysz był taki a nie inny i tak dalej. Tymczasem jedynym, co nie jest podejrzane etycznie, jest chęć „pomocy jakiejś bidzie”, dowolnie jakiej. He, jasna sprawa. Tyle, że ci sami miłośnicy nie widzą niczego dziwnego w fakcie, że się jakiś osobnik „zakochuje” w psie ogłaszanym w internecie, a znajdującym się pięćset kilometrów dalej.

I nagle się okazuje, że ten i tylko ten, i teraz, panie, szukamy transportu – żeby zwierzaka dostarczyć nowemu właścicielowi (bo jakby mu kazać po psa przyjechać osobiście, to może by ta nowo odkryta miłość nagle osłabła). DezaprobataI tak rozmaite fundacje, stowarzyszenia i organizacje zajmują się wrabianiem naiwnych obywateli w wożenie po całym kraju zwierzaków które ktoś „pokochał” całym sercem na podstawie obejrzenia zdjęcia w internecie, ewentualnie po przeczytaniu odpowiednio dramatycznie opowiedzianej historyjki. Która czasem jest prawdziwa, czasem zaś stanowi efekt bujnej wyobraźni tymczasowych opiekunów zwierzaka albo wolontariusza w schronisku.

Nic to, że bardzo podobne psy można znaleźć w lokalnym schronisku, przejeżdżając dwa przystanki autobusem. One nie pokazują swoich wizerunków na facebooku czy stronie internetowej, no i nie jest do nich doczepiona duszoszczypatielna opowieść. Dlatego zostaną w przytuliskowym boksie, podczas gdy kupa kasy i wysiłku pójdzie na przewiezienie z Gdańska do Zakopanego akurat takuśkiego samego pieska. No cóż, uczucia, emocje – bardzo ważny aspekt życia miłośników zwierząt, pod warunkiem że nie dotyczy hodowli psów rasowych, bo tu emocje czy osobiste upodobania są czymś wysoce podejrzanym.

Gorzej, że czasem taki przetransportowany pies czy kot miał swój dom i swoją rodzinę, do której był przyzwyczajony, właśnie te wiele setek kilometrów stąd. I w momencie przewiezienia go na tak dużą odległość szanse na odnalezienie poprzednich właścicieli maleją do zera.

Czyż nie o to jednak niejednokrotnie w całej tej operacji chodzi?

łupsNaprawdę, w większości historii o psach czy kotach które przepadają gdzieś w Polsce już po ogłoszonym fakcie ich znalezienia chodzi o zażartą chęć dopieczenia ich właścicielom. O eskalację niechęci, o wzbranianie się przed obiektywnym przyjrzeniem się faktom…No i o kompletnie nierealistyczną wizję świata czy rzeczywistości – także.

Czy jest jakikolwiek ratunek przed tego typu sprawami? Chyba na razie nie widać światełka w tunelu, dopóki nasze prawo nie przestanie uważać zwierząt – domowych pupili – za rzeczy. Na dodatek, jeśli są stare czy nierasowe, za rzeczy wyjątkowo niskiej wartości (że przypomnę słynną historię przywłaszczonej przez fundację bokserki, którą biegły sądowy wycenił na… 100 złotych, co spowodowało zakończenie sprawy, bowiem sędzia stwierdził że nie ma sensu poświęcać czasu PRZEDMIOTOWI tak niskiej wartości).

Niezłe rozdwojenie jaźni muszą mieć prawnicy, skoro nieszczęsna UOZ oświadcza z kolei, że „zwierzę nie jest rzeczą”, ale cóż. W zależności od tego, jak komu wygodnie, interpretuje się fakty w świetle takich albo innych przepisów.

Stąd szalenie rzadko zdarza się, że ktoś poniesie karę za – nazwijmy to po imieniu – kradzież czyjegoś psa.

A policja na ogół tego typu sprawy lekceważy – w końcu „to tylko pies”.

Pies, który był dla kogoś, na przykład, jedynym kumplem. Ale kogo to obchodzi?

Nie liczą się bowiem uczucia ani zwierzaka, ani ludzi którzy go mieli; jedynymi ważnymi i godnymi podziwu są uczucia Miłośników Zwierzątek. I tak to działa.

One thought on “Miłość od pierwszego wejrzenia

  1. Anna

    Tak właśnie stało się z moją Naną. Ktoś uznał, że jeśli piesek przyszedł do niego , to już jest jego. Miała obrożę z identyfikatorem i znaczkiem z safe animal, rozwiesiłam tysiące ogłoszeń, szukałam jej po kilkanaście godzin na dobę w 15 stopniowym mrozie, w promieniu wielu km. Ustaliłam tylko tyle,że biegała między domami z drugim psem mieszkającym w pobliskim domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *