Miłośnicy bezkompromisowi

w3

Dark friendship

Zawrzało w mediach społecznościowych, bo znów pojawił się apel o oddaniu psa.

To jest taki pomysł, który budzi żywiołową odrazę wszelkiej maści dobroludzistów, którzy mają powiedziane, że oddawać zwierzątko jest nieładnie, i kropka.

Co prawda tutaj mieliśmy przypadek szczególny…

Oto człek jakiś, zmożony śmiertelną chorobą, chciał przed śmiercią znaleźć dom dla swojego psa, tak się składa, że labradora (jak wiemy, psy w typie rasy bardziej przyciągają uwagę, niż poczciwe miksy, choćby nie wiadomo jak piękne i powabne). Zwłaszcza, że słabnący organizm nie pozwalał mu dłużej się psem opiekować.

Wydawałoby się, że historia poruszająca, bardzo smutna, bo człowiek nie dość, że odchodzi, to jeszcze przed tym odejściem musi się rozstać z ulubieńcem, ale, jak się okazuje, dobroludziści weszli w tryb „walka klas zaostrza się w miarę postępów rewolucji”, słowem, także w takim przypadku doszukali się dowodów na beznadziejność gatunku ludzkiego i chęć krzywdzenia gatunku psiego.

Pomijam osobników o umysłowości pantofelka, którzy nie składają w całość wyrazów dłuższych niż dwusylabowe, w związku z czym kompletnie nie zrozumieli o co chodzi w całej tej sytuacji i pospieszyli z wrzaskami pod adresem właściciela psa – dostało się nieszczęśnikowi od świń, k…, chamów i drani. Bo „jak można oddać psa”.

Jednak sporą część wypowiadających się, poza ludźmi pytającymi po prostu, jak mogą pomóc albo oferującymi dom, Lookingstanowił zastęp jednostek o czułych serduszkach które nie mogły, po prostu nie mogły znieść faktu że świat jest taki okrutny. Więc proponowały różne rozwiązania zastępcze, w głębokim przekonaniu że właściciel-idiota jest na tyle tępy, że nie chce mu się pomyśleć. I co, i naraża swojego pieska na „zmianę domu” której oczywiście można by było uniknąć, gdyby się trochę pomyślało, a tu co, od razu z grubej rury, szukam domu, jak tak można.

Co prawda, i to liczę na plus, nikt nie napisał żeby właściciel „pokonał chorobę” w imię dobrostanu swojego pieska, niemniej stawiam rower przeciwko stary kaloszom że były poszczególne istotki o motylich skrzydłach które coś w ten deseń pomyślały, tylko były zbyt subtelne żeby to wyartykułować bezpośrednio. Niemniej ton leciutkiej urazy za ten pomysł żeby wybierać się umrzeć pobrzmiewał, a jakże.

Generalnie dużo było prostych, a świetnych rad, żeby się jegomość nie wygłupiał, tylko „wynajął petsittera” i problem z głowy.

Mam swoje podejrzenia do co najgłośniej gardłujących osób, proponujących „wynajęcie kogoś kto będzie z psem wychodził”, że mogło się zdarzyć, w ramach tradycyjnego skąpstwa…, eee, wróć, „gospodarności”, iż nabyły swoje jak-rasowe pieski od miłych państwa z olx za jedne czysta złotych i karmią je nader ekonomicznie, w końcu bez przesady, wszystkie karmy dla psów są… dla psów więc o co chodzi, a że się Pusio ciągle drapie, taki jego urok.

No więc tacy ludziska w jednym są hojni: w projektach jak tu wydać cudze pieniądze. Czyli: umierający człowieku, wyrąb grubą kasę na petsittera trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu, przez tygodnie… a może miesiące – z perspektywą że twój pies i tak będzie szukał nowego domu, tylko w okolicznościach znacznie gorszych, w atmosferze nerwowości i pośpiechu, bo de facto starego domu, po twojej śmierci, już nie będzie miał.

Żeby było jasne: uważam że taka sytuacja byłaby optymalna, gdyby umierający mógł być do końca ze swoimi zwierzętami. This is the night Odnosi się to też staruszków, odzieranych ze swoich czworołapych przyjaciół gdy już uda się wcisnąć ich do domu starców (tak tak, żadne tam „domy opieki” czy inne domy spokojnej starości, nazywam rzecz po imieniu). Do szoku, poczucia odarcia z godności, do zawalenia się dotychczasowego świata dochodzi jeszcze strach i stres, niepokój co się dzieje z ich starym pieskiem czy kotkiem – a zazwyczaj źle się dzieje i staruszkowie słusznie się martwią.

Tyle, że niestety naprawdę mało kogo stać na zapewnienie sobie stałej opieki profesjonalisty, tak, żeby zwierzęta były naprawdę zaopiekowane.

Jak człowiek choruje, na ogół nie pracuje pełną parą (na dodatek na dobrym stanowisku, wysokopłatnym, odpowiedzialnym i tak dalej), a wydatki mu wzrastają, bo NFZ to oczywiście iluzja i dopłaca się do prób leczenia grubą kasę, o ile chce się mieć choć iskierkę nadziei.

No więc skąd taki ktoś, pozbawiony dbającej, a zamożnej rodziny (a to właśnie o takich przypadkach mówimy) miałby czerpać te nieograniczone fundusze, jedna Buka wie, ale dla zacnych miłośników zwierzątek świat jest prosty i tylko ludzie, głupki, nie dorastają do sytuacji.

Jest takie powiedzonko, że syty głodnego nie zrozumie; jest w tym wiele racji, bo podejrzewam, że osoby samotne które zmagają się z życiem nie wypowiadały się tak kategorycznie, zdając sobie sprawę z logistycznych i finansowych trudności jakie niewątpliwie nastręcza taka historia. Happy happy advertismentJednak najwyraźniej dobroserduszkowcy to jednostki otoczone liczną, ukochaną rodziną, wyłącznie bezinteresownymi sąsiadami dysponującymi nieograniczonymi ilościami czasu, przemiłymi i skorymi do przysług obywatelami, słowem, żyją sobie na wielkiej miękkiej pierzynce. Co więcej, mają świadomość że ta pierzynka to ich zasługa, tacy są mądrzy, rozsądni i pełni zalet wszelakich, że sobie potrafili ją stworzyć. Stąd zapewne pobrzmiewający w wielu wypowiedziach ton zirytowanej wyższości wobec słabszych, nie tak fajnych jak oni, osobników którzy byli na tyle uparci, że nie odnieśli w życiu spektakularnego sukcesu, złośliwie nie zadbali o rodzinę, no, w ogóle nie poradzili sobie tak świetnie. A na końcu jeszcze zachorowali terminalnie, co, jak wiadomo, nigdy, ale to nigdy się nie przydarzy Fajnym Dobroserduszkowcom.

W sumie… sami sobie winni, no ale zwierzaka żal, więc podpowiedzmy to i owo.

No i podpowiadali, oj podpowiadali.

Myślę, że w sumie ta sytuacja to tylko taka ilustracja czegoś, co dzieje się z nami jako społeczeństwem. Ma być łatwo, prosto i bez zgrzytów, kruca bomba. Tak nam obiecano; nie wiadomo co prawda dokładnie, kto i kiedy tak powiedział, ale wiemy swoje: należy się nam fajność, spokój, jasne sytuacje i żadnych komplikacji, prosimy!

Nieograniczona wiara rozmaitych miłujących zwierzątka cymbałów w bliżej nieokreślonego Wielkiego Brata, który pod postacią różnych instytucji czuwa nad nami i naszym życiem, reagując w przypadku najdrobniejszego kryzysu wydaje się wręcz fanatyczna.

Wiecie, co parę jednostek radziło umierającemu właścicielowi? Ano, żeby wezwał „wolontariuszy” którzy zajmą się wyprowadzaniem jego pieska. sunsetJak wiadomo, w każdym mieście, przysiółku, wiosce i siole znajdują się organizacje grupujące setki i tysiące członków organizacji prozwierzęcych którzy mają za zadanie właśnie to – pomoc ludziom przy ich zwierzętach, i tylko czekają aż się do nich zadzwoni, żeby natychmiast podjąć swoje obowiązki. W tym przypadku umierający właściciel psa był tak bezmyślny, że po prostu do takiej instytucji nie zadzwonił, co mu natychmiast wytknięto. Serio! Naprawdę były takie głosy.

Ja tam myślę, że piszący te kocopały nigdy w życiu nie zostali z bezwładną, leżącą osobą którą właśnie wypisano ze szpitala: wkurzony sanitariusz stoi przy tobie i syczy, że ma mało czasu i że transport będzie dzisiaj, podajże wreszcie człowieku adres na jaki odwieźć chorego – a ty bezradnie kręcisz się w kółko i czekasz, aż ktoś ci podpowie, co właściwie masz dalej robić. Nikt ci nie podpowie, do wszystkiego stopniowo dojdziesz sam, spoko – ale prawda jest taka, ze coś takiego jak zinstytucjonalizowana pomoc państwa leży i kwiczy. Włącznie z faktem, że pielęgniarka która pomoże zająć się chorym przysługuje ci, i owszem, w ramach państwowego ubezpieczenia, możesz się zapisać na listę oczekujących i już za osiem miesięcy ci ją przydzielą, rybeńko. Jak dobrze pójdzie i jak panie mające pieczę nad tą listą nie będą miały zbyt wielu znajomych do wepchnięcia przed ciebie w kolejce.

No więc tak jest z ludźmi, a straszni, zadowoleni z siebie i swojej etyki lśniącej jak brylant mieszczanie uważają, że z psami ma być, zdaje się, lepiej.

Ewentualnie można „poprosić sąsiadów”. O, to też było popularne, we wszelkich odmianach i wariantach.

Najbardziej zakochana w sobie i swojej bezkompromisowej nieugiętej woli istotka zaznaczyła surowo, że gdyby w jej otoczeniu taka historia miała miejsce, to ona by się po prostu zajęła takim psem, ot co.

O, u licha – myślisz sobie mimo woli – święta, normalnie święta się objawiła, następczyni Matki Teresy. Wystarczy sobie na chłodno wyobrazić, jak miałaby ta pomoc wyglądać – trzy razy dziennie na spacer, świątek, piątek czy niedziela, trudno, podjęliśmy się, to musimy wykonywać, no i jeszcze drobiazgi: zakup karmy, wydanie jej, od czasu do czasu wizyta u weterynarza, takie tam. De facto robota na pełen etat, przy jednoczesnym prowadzeniu swojego życia, zajmowaniu się swoją rodziną, swoimi zwierzakami i tak dalej – i nie przez dwa, trzy dzionki, a przez długie tygodnie albo miesiące.

Ale co tam, pani dałaby radę, no może i tak, a swoją drogą, ciekawe czy – gdyby podniosła oczęta znad pochłaniającego ją bez reszty fejsbuczka – nie okazałoby się, że w rzeczy samej w jej okolicy naprawdę JEST staruszek, który nie daje już rady wychodzić ze swoim psem, albo chory człowiek który z powodu tej choroby zaniedbuje kota i bardzo się z tym męczy… Statystycznie rzecz ujmując takich przypadków, przy starzejącym się i schorowanym społeczeństwie jest coraz więcej.

No ale łatwiej jest głosić szczytne hasełka i gromić ludzi, że niewystarczająco kochają swoje zwierzęta, niż spojrzeć na realia i je naprawdę ZOBACZYĆ.

Edwin Landseer, Żałoba starego owczarka, 1837.
Edwin Landseer, Żałoba starego owczarka, 1837.

Na różnych stronach co i rusz czytamy apele o nowy dom dla Miśka, którego pan umarł i wypieszczony, wyniuniany psiak trafił do nędznego przytuliska gdzie sobie nie radzi, nieprzyzwyczajony do walki o byt, o jedzenie, o miejsce w hierarchii… ale pan Miśka był starszym, nieinternetowym człowiekiem. Nie umieścił jeszcze za swojego życia dramatycznego apelu o poszukiwaniu Miśkowi domu. Może pytał sąsiadki, szwagra, pani ze sklepu? Ale kto by tam się przejmował staruchem i jego kundlem.

Pan Miśka nie mieszkał w próżni, na pustyni. Wokół kwitło życie, życie zwierzolubów, miłośników psów. Którzy jednak jakoś nie zauważali, co się dzieje pod ich nosem, i czemuś nie proponowali że będą Miśka wyprowadzać, kiedy jego właściciel słabł po kolejnej chemii albo musiał go zostawiać na dwie doby w mieszkaniu gdy szedł do szpitala.

Ewentualnie zaczepiali faceta na ulicy, że jego pies ma kołtuny i brzydko wygląda. Może nawet napisali post na fejsbuniu, że w sąsiedztwie mieszka taki stary dziadyga, który zaniedbuje psa…

Jednego można być pewnym: miłośnicy zwierzątek nie zrzucali się na wynajęcie petsitterów, nie uspokajali starego człowieka, że w razie najgorszego Misiek nie zostanie sam, że znajdą mu dobry, spokojny dom. I tak dobrze, że pies po śmierci pana trafił do schroniska, a nie na ulicę, znaczy ktoś coś pomyślał na jego temat. Pewnie jakiś zwierzolub.

Miłośnicy zwierzątek coraz bardziej żyją tam, gdzie im tak komfortowo: w wirtualu.

Gdzie na wszystko jest prosta odpowiedź, gdzie mogą być coraz bardziej miłujący, bezkompromisowi i wypełnieni światełkiem dobrych uczynków. Które by spełniali, gdyby, oczywiście, nadarzyła się okazja. Na razie się nie trafia, taka w realnym życiu, może dlatego że jak się ma wsadzony nos w ekran to się mało co dookoła siebie dostrzega. Poza tym, ruszenie czterech liter wymaga jednak wysiłku. A tak, glebiąc jakiegoś gościa który ogłasza psa do oddania (albo użalając się nad losem kolejnego psiego nieszczęśliwca – tylko żeby koniecznie były kolorowe, drastyczne zdjęcia!) mamy poczucie że jesteśmy poczciwymi ludźmi, którzy czynią dobro i walczą ze złem jak, nie przymierzając, jakowaś nowa wersja Drużyny Pierścienia. Albo i lepiej. Liczą się intencje, nie?

comeNa zakończenie: swoją drogą, nieodmiennie mnie zadziwia jak Straszni Mieszczanie wierzą w różne swoje iluzje. Wierzą, bo tak wygodnie, ja wiem. Ale szczerze mówiąc już parę razy zdarzyło mi się obserwować podobne sytuacje i słuchać zadowolonych wyznań, jak to „córka zajmie się moimi kotkami” albo „moja siostra uwielbia mojego pieska i go przygarnie” czy też „znalazłam doskonały dom dla moich zwierząt, robię zapis w testamencie żeby zabezpieczyć ich los” po czym – post factum – zwierzątka z gwizdem lądują albo w schronisku, albo – co gorsza – w lesie, zanim ciało ich właściciela zdąży ostygnąć. Wszyscy kochają złudzenia.

To tylko tak, z westchnieniem przypominającym, że nikt nie jest wieczny.

 

 

 

4 thoughts on “Miłośnicy bezkompromisowi

  1. Anka

    Świetnie ujęte i świetnie napisane

  2. Dana

    Nikt nie jest wieczny, nikt nie jest zdrowy na zawsze, nikt nie jest nieśmiertelny, a twoja rodzina, twoi przyjaciele niestety tak często pokazują swoje prawdziwe oblicze dokładnie w tym momencie, w którym jakże poukładany, spokojny świat właśnie wali się człowiekowi na głowę. I okazuje się, że zwykle nie dość iż stoi pod ścianą, cholernie twardą ścianą zbudowaną z cegiełek własnego bólu, niemocy, bezsilności, strachu o jutro, o to że pojutrza może nie będzie, z żalu, z wielu innych cegiełek, o które wali głową i wie że tego muru to żaden cudotwórca, żaden magik, ani cud żaden nie rozbije. Kiedy wiesz że musisz oddać to co kochasz najbardziej, swojego przyjaciela, bo czujesz się tak zaszczuty przez własne otoczenie,, które przecież powinno pomóc, być wsparciem, być murem o który nie wali się głową, a o który się wspiera, że nie masz siły walczyć, ani z tym, ani z własną chorobą. Bo dzień po dniu zjada cię tęsknota za tym kawałkiem futra, które tak patrzyło ci w oczy, wierząc że nigdy go nie zostawisz, bo przecież go oswoiłeś więc jesteś za niego odpowiedzialny, a bez ciebie zginie.
    Nie oczekujmy że oni będą potrafili zrozumieć. Że ktokolwiek kto kiedykolwiek nie doświadczył osobiście takiego stanu, będzie potrafił zrozumieć, dlaczego ten ktoś szuka domu dla swojego przyjaciela. Domu, a nie odwozi go do schroniska, albo wyrzuca do lasu.

  3. ML

    Bo znakomita większość ludzi to ludzie prości, wygodni, próżni i źli, a całe to dobrodziejstwo uprawiają na pokaz, także dla siebie samych w celu utrzymania wysokiego poziomu samozadowolenia. A poza tym: “Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.” Nie wiem, czy naprawdę Lem to powiedział, ale w każdym razie autor cytatu miał sporo racji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *