Paranoja nasza powszednia

w3

gargulec

W porzekadle, że gdy wpatrujesz się w otchłań, ona patrzy i na ciebie, jest dużo prawdy.

W przełożeniu na naszą banalną rzeczywistość: im więcej słyszysz o ciemnych sprawkach, im częściej docierają do ciebie rozmaite przykre historie, tym bardziej zaczynasz wierzyć, że cały świat składa się jeno z ciemności, skowytu i zgrzytania zębów.

Dzięki wrzechobecnemu internetowi szybko dowiadujemy się o wszelkich niegodziwościach świata, co więcej, jak wiadomo dla mediów – w tym mediów elektronicznych w szczególności – zła wiadomość to dopiero dobra wiadomość, gdyżboalbowiem dopiero wtedy dzieje się, zwłaszcza w ilościach kliknięć i komentarzy, toteż nic dziwnego że nas opisami różnych nieprzyjemności zalewają.

house of darknessRzecz w tym, że utworzyło się swoiste perpetuum mobile – serwisy donoszą, bo uważają że ludzie tego właśnie pragną, ludzie pragną, bo przecież codziennie dostają dawkę horroru, więc się od niego uzależniają. I przesyłają ten horror dalej, następuje rytualne oburzanko, ilość kliknięć i statystyki rosną, no więc w virtual wylewa się coraz więcej tego jadu, bo przecież ludzie chcą… i tak dalej.

Internetowych miłośników zwierzątek to zjawisko nie ominęło, ma się rozumieć.

Myślę, że prawda jest dość prosta: oni po prostu przywykli do zła, to znaczy nie tyle się do niego przyzwyczaili, co wydaje im się, że dzieje się ono wszędzie. Wnioskują przy tym od szczegółu do ogółu, słowem, jeśli pan Fidybusiński leje swojego psa bez litości, to, per analogiam, pan Brzdęc-Kawecki też na pewno to robi. Zasadniczo poza podejrzeniami pozostają oni sami, znaczy ci konkretni odbiorcy newsów, ich bliska rodzina i aktualnie posiadani przyjaciele, także ci czysto wirtualni, internetowi. Z tymi przyjaciółmi zresztą to jeszcze taka sprawa, że kiedy przestają nimi być, to stają się od razu Fidybusińskimi, z marszu.

Niestety, przełożenie na świat realny polega na tym, że w absolutnie paranoidalny sposób miłośnicy zaczynają traktować wszystko i wszystkich dookoła.

O, taka na przykład historia z kotkiem jest wysoce pouczająca.

Na podmiejskim terenie pewna pani znalazła kotka. Wesołego, młodego i zacnie wybrudzonego jakimś czymś co mu na futrze zaschło, prawdopodobnie rodzajem pianki montażowej czy hydraulicznej.

Młodziak prezentował wszelkie cechy przynależne stworzeniom jego autoramentu i gatunku, czyli żarłoczność, radość życia i skłonności do błaznowania, stąd pani podejrzewała że to one właśnie sprowadziły na niego kłopoty – jak wiadomo osobniki nieletnie, a więc co nieco głupkowate i szukające wrażeń często najpierw czynią, potem myślą, więc pomysł na przejechanie przez kałużę zasychającego materiału budowlanego mógł łacno powstać w kocim móżdżku.

Tak czy siak, pani kotka chwilę potrzymała, a potem ubłagała przyjęcie go przez lokalną organizację, nazwijmy ją… ZZ Top, bo nie bardzo mogła zwierzaka zatrzymać.

„Minęło czasu mało-wiele” jak na stronach ZZ Top pojawił się dramatyczny apel o ratowanie skatowanego młodego kotka; oto źli, niegodziwi ludzie, prawdopodobnie budowlańcy (bo kto ma dostęp do tego typu materiałów?? wiadomo, przecież to substancje ścisłego zarachowania i wydawane jedynie na receptę, majstrom budowlanym, tylko oni mają do nich dostęp), oblali go pianką, a nawet, zgroza, wlali mu ją do ucha, co ciągnie za sobą konieczność kosztownego leczenia tego biedactwa. I tu, wołami, numer konta zacnej organizacji, słowem, normalna i tradycyjna akcja wszystkich ZZ Topów tego świata.

Brudek

Tłumacz tu głupim ludziom, że cała ta afera powstała bo lokalny oddział prozwierzęcej organizacji postanowił wycisnąć trochę kasy z naiwnej P.T. publiczności przy pomocy duszczoszczypatielnej historyjki. Kto by dał pieniądze na wesołego, acz przybrudzonego co nieco kotka, hę? Co innego na skatowanego kociaczka, trzymanego brutalnymi sękatymi dłońmi podłych budowlańców przy wlewaniu mu do ucha montażowej pianki…

Wrzask miłośników zwierzątek był potężny, a cała afera pociągnęła za sobą niemiłe skutki, bowiem internetowy twórca tych dubów smolonych niebacznie wskazał jako miejsce odnalezienia stworzonka (jak się okazało – kompletnie nie to, w którym kotek przybłąkał się do pierwszej znalazczyni w rzeczywistości) taki rejon, w którym faktycznie trwała budowa. No i ruszyły zastępy białych jak śnieg rycerzy internetu do walki ze smokiem…, wróć, rycerze internetu nie wojują z zagrożonymi gatunkami!, no więc ze stugłową budowlaną hydrą.

Darmo nieszczęsny kierownik owej budowy apelował o obudzenie w ludziach odrobiny rozumu! Darmo zapewniał, że jego pracownicy zwierzątka lubią, a gdyby rzeczywiście spotkali w miejscu pracy jakowegoś nieletniego kotka, to raczej, zamiast tarzać go w materiałach budowlanych, wymościliby mu szmatami pudełko po butach i skoczyli do sklepu po mleko (a przy okazji i po piwo dla wszystkich kocich tatusiów ze zmiany, żeby wypić za zdrówko kotka, niech się dobrze chowa).

Darmo legitymował się własnymi psami przygarniętymi ze schroniska!

Internauci zdążyli już życzyć całej ekipie wszelkich rodzajów nieprzyjemnej śmierci, planowali podpalić im domy, nasłać na nich wszelkie instytucje, te państwowe i te z przestępczego podziemia, wysadzić w powietrze ich auta (w przypadku gdyby je posiadali), donieść na nich do prasy i sprawić, żeby dla nich słońce zaczęło wschodzić na zachodzie. Co najmniej.

Owe wesołe tańce trwałyby pewnie dalej, gdyby nie objawiła się faktyczna znalazczyni kota, która wszem i wobec wyjaśniła, że zwierzaczek w momencie schwytania był zdrowiutki, choć mocno brudny – najwyraźniej jednak owo zabrudzenie powstało z naturalnych przyczyn, jak to u młodego, głupawego jeszcze z samej swej natury, za to bardzo lubiącego szaleć stworzonka. Które po prostu wpadło w rozlaną gdzieś piankę i się w niej dokumentnie ubabrało.

Najzawziętsi zwolennicy makabry obrzucili kobietę obelgami, posądzając ją a to o mitomanię, a to o udział w spisku z ekipą budowlaną; część z kolei okropnie przeżywała że okazało się iż członkowie ZZ Top zwyczajnie łżą aż ziemia jęczy, a, jak wiadomo, klawiatura wszystko przyjmie.

Ostatecznie towarzystwo spod znaku prozwierzęcego Batmana rozlazło się czym prędzej po odległych kątach internetu, nie wykrztuszając z siebie ani jednego, choćby słabowitego i pisanego petitem „przepraszam”.

Najlepsze było widoczne w ludziskach rozczarowanie. Ktoś doprawdy pozbawił ich niezłego kawałka świeżego mięsa, że tak powiem. Było fajniej pomyśleć że rzeczywiście paru facetów dla zabawy zrobiło krzywdę zwierzęciu, a kiedy się okazało, że jednak nie…, kurczę, no nuda i w sumie nie ma co robić. Jakiś tam zabrudzony kotek, phiii.

W tak zwanym codziennym życiu postawa paranoiczna może przynieść więcej szkody otoczeniu, a nie samemu zarażonemu nią delikwentowi, niż się nam na pierwszy rzut oka wydaje. Hint:

Taka internautka, powiedzmy: pani Nowakowa, znajduje na ulicy psa. lost or from out herePsa który parę dni się błąkał, więc nie wygląda jak champion pierwszej świeżości, może mu się zdążyły zrobić kołtuny, jest już nieźle głodny, a może nawet wpadł do kałuży i się ubłocił. Pani Nowakowa natychmiast dorabia więc psu historię w której główną rolę grają, a jakże, ludzcy oprawcy.

Jak piesek znalazł się samotny w wielkim świecie?

  1. A) Jedyne Prawdopodobne Wyjaśnienie:

– piesek cudem uciekł właścicielowi-potworowi który go zaniedbywał, źle traktował, katował, głodził, hańbił a może nawet codziennie czytał mu solidną dawkę własnych wierszy, kto wie?

  1. B) Wyjaśnienie Absolutnie Niemożliwe:

– pies zaginął jakowymś poczciwcom którzy go teraz, szczerze przerażeni, szukają.

Wyjaśnienie B jest dla pani Nowakowej niemożliwe do przyjęcia, bo znaczyłoby, że nie cały świat jest zły, a ludziskom – nieraz całkiem przyjemnym i sympatycznym – i ich zwierzakom przytrafiają się niezawinione przykre przygody.

Gdzie tu dramatyzm, rys tragedii, sensacja?

No i, dodajmy, w tym przypadku należałoby poszukiwać właścicieli, dać ogłoszenia, słowem, założyć że zwierzak po prostu kiedyś tam wróci do poprzedniego opiekuna.

Na to nie zgadza się cała natura pani Nowakowej, która przecież wie – bo z internetu się dowiedziała – że ludzkość, skażona grzechem pierworodnym, z małymi wyjątkami nadaje się jedynie do wyrzucenia na śmietnik.

James Tissot, Chichester Parkinson-Fortescue, Baron Carlingford, 1874.
James Tissot, Chichester Parkinson-Fortescue, Baron Carlingford, 1874.

Statystyka pokazuje, że właściciele pieska czy kotka to na pewno Wujkowie Samo Zło. Jakże im zwrócić zwierzę? Skoro można je utkać komuś z naszego kręgu, o kim wiemy, że jest miły, dobry i nie zrobi stworzeniu krzywdy (bo to ta statystyczna mniejszość, namaszczona przez sam fakt bycia naszymi znajomymi).

Jest jeszcze opcja bardziej wyrafinowana, nie zakładająca może od razu że każdego błąkającego się psa wyrzucił doktor Hannibal Lecter, niemniej świadoma, że standardy opieki nad zwierzętami domowymi dużej części społeczeństwa są nieco inne, niż standardy Miłośnika Zwierzątek. Zamiast pogodzić się z tym faktem, Miłośnik postanawia ukarać tę mniej posuniętą na rewolucyjnej drodze grupę społeczną, przywłaszczając znalezionego zwierzaka.

Jeśli otoczenie natrętnie brzęczy, przypominając o tym, że istnieje takie niewygodne coś, jak prawo czy jakieś normy społeczne (jakże to blade w porównaniu z naszymi emocjami i odczuciami!), znalazca, i owszem, uczyni zadość wymogom nudnego systemu i umieści ogłoszenie o znalezionym zwierzaku na zamkniętym forum grupującym zbieraczy biletów tramwajowych z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Albo rozwiesi kilka papierowych ogłoszeń na wewnętrznej stronie pokryw studzienek kanalizacyjnych w miejscu oddalonym od punktu znalezienia stworzenia o pięćdziesiąt kilometrów.

The wallMniejsza z tym, w każdym razie muszę powiedzieć że w mijającym letnim sezonie tradycyjnie już było sporo spektakularnych powrotów piesków i kotków „wyrzuconych, bo wakacje” do rozpaczliwie szukających ich właścicieli. W części tych przypadków nawet znajdowali się świadkowie, zaklinający się, że na własne oczy widzieli jak psa czy kota wyrzucano z samochodu. Przyciśnięci, co prawda trochę plątali się w zeznaniach i okazywało się, że może nie oni sami widzieli, tylko matka kolegi sprzedawczyni z miejscowego sklepu, ale kto by się przejmował niuansami? Ważne, że potwierdzała się teza o okrutnych w swej masie ludziskach, pozbywających się biednych zwierząt.

Ciekawe jaka jest, nomen omen, ciemna liczba zwierzaków, które nie wróciły do domów tylko z tego powodu, że ich znalazcy zbyt długo wpatrywali się w wirtualną otchłań?

 

 

 

2 thoughts on “Paranoja nasza powszednia

  1. Baskerwil

    ‘Psy i Ludzie’ – Jak ja lubię Twoje mądre, normalne i wyważone posty. Szkoda, że czaisz się tak bezosobowo. Fajnie, że znów po wakacjach zaistniałeś /zaistniałaś/.

  2. em

    To objawia się również w przypadku “wszech obecnemu PSEUDO…” :O I innych tego typu sprawach 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *