Psi psycholog z worka

Każdy, kto trochę pokręci się w urozmaiconym towarzystwie osób zajmujących się pracą z psami, powęszy to tu to tam, posłucha, poobserwuje, może dość łatwo zorientować się że istnieje jeden zasadniczy podział który to towarzystwo różnicuje. Na behawiorystów (może to być wymiennie psi psycholog, zoopsycholog) oraz osoby szkolące psy (trener, treser, instruktor szkolenia czy jak tam sami siebie nazywają). Jedni do drugich żywią w najlepszym razie niechęć, co bystry obserwator dość łatwo wyłapie.

Każdy kto chce czegoś nauczyć psa, coś odkręcić, coś poprawić, dodać, odjąć – cokolwiek ma jedną podstawową potrzebę. Chce wpłynąć na jego zachowanie w najlepszy możliwy sposób tak, żeby to zachowanie uległo zmianie (albo się nie pojawiło, albo zniknęło) lub jej nie uległo (w sytuacji w której łatwo może jej ulec). A więc to co chce właściciel osiągnąć to nic innego jak modyfikacja zachowania.  Sposób ma być najlepszy możliwy zarówno dla człowieka (prosty, skuteczny, możliwie szybki) jak i dla psa (najlepiej przyjemny i „humanitarny”). W końcu nikt normalny nie czerpie radości ze znęcania się nad psem albo krzywdzenia go, a o zwyrodnialcach w tym tekście nie będzie bo to całkiem inny temat.

Szczęśliwie się składa, że w procesie udomowienia pies tak zgrał się z człowiekiem, że ta współpraca jest dla niego naturalna. Chce, lubi, jest socjalny, cieszy go kontakt, czerpie radość ze wspólnych zajęć, przy prostym przekazie prędziutko rozumie konsekwencje swoich zachowań i chętnie powtarza te, które przynoszą mu korzyść. Tym różni się od wilka, że można go było udomowić bo modyfikacja jego zachowania była możliwa. Ludzie i psy od wieków żyli w symbiozie wykorzystując możliwości pracy z psem dlatego, że zrozumieli jak naturalne psie popędy wykorzystać, a z czasem wzmacniali je za pomocą doboru hodowlanego.

Dziwny jest ten świat, jak śpiewał pan nad Wisłą i czasem postęp oznacza regres. W dłuższym rozrachunku postęp zazwyczaj zwycięża, ale najpierw występuje proces w którym kolejne jego elementy są eliminowane – nie sprawdzają się, nie służą. Taka jest naturalna kolej rzeczy, tak samo naturalna jak konflikt pokoleń, bo przecież każde pokolenie musi przeciwstawić się poprzedniemu, każde musi stoczyć swoją bitwę i ustalić własne status quo, które następne będzie mogło zanegować.

Zapewne jest tak, że w czasach szybkiego przepływu informacji zmiany to mody, które mają coraz krótsze kariery i zastępowane są nowymi. Kto dziś poleca książki Brzezichy, pani Fennel, czy Fishera, o dominacji rzadko wspomina się jako o prawie rządzącym zachowaniem psów (raczej jako niezwykłej cesze własnego cudownie dominującego nieznośnego pupila).

behawioryzm
źródło: wikipedia

Pojęcie behawioryzmu jako kierunku w psychologii George Watson wprowadził w 1913 roku. W swoim podejściu Watson odrzucił introspekcję i psychoanalizę. To nie ma być nudny tekst o początkach kilku kierunków w psychologii, fakt odrzucenia introspekcji i psychoanalizy będzie po prostu ważny w dalszej części. A więc Watson skupił się na procesie bodziec – reakcja. Skinner Throndike i Pawłow rozwinęli teorię warunkowania przeprowadzając znane wszystkim (głównie pobieżnie) eksperymenty z psami, klatkami problemowymi itp., gdzie można było obserwować zwierzątka reagujące na negatywne i pozytywne bodźce. Zwierzęta się uczyły, a ojcowie psychologii badali i pisali nazywając nienazwane, czyli to co każdy dobry praktyk pracy ze zwierzętami już wiedział.
Tak się składa, że osoby z paszczą pełną behawioralnych sloganów rzadko wspominają o tym, że klatka Skinnera była zelektryfikowana i aplikowała lokatorom elektryczne
bodźce negatywne. Klatka Throndika była ciasnym zamknięciem w którym zamykano głodnego kota i oglądano jak szybko w sytuacji stresowej nauczy się sobie radzić. Odkąd nauki psychologiczne przyjęły cios zakazu traktowania prądem osób badanych (na czym niewątpliwie nauka ucierpiała;)), stopniowo badania nad zwierzętami również ograniczano etycznymi ramami (i dobrze).

W czasach światowego zachłyśnięcia edukacją for-profit uczelnie pootwierały różne dziwne kierunki studiów podyplomowych. Edukacja for-profit jak sama nazwa wskazuje traktuje usługę nauki i sprzedawany tytuł naukowy jako towar, który kupują studenci liczący na możliwość pracy w zawodzie z tytułem wyższej uczelni. Podyplomową psychologię zwierząt kształcąca „behawiorystów” z dyplomami wyższych uczelni można było studiować w kilku miastach.  Początkowo ten tekst miał w zasadzie traktować o tym jak to wyższe uczelnie zeszły na psy i zajmują się wyciąganiem kasy z lipnych studiów na przykładzie rozmaitych zwierzęcych psychologii – tymczasem po dokładnym przejrzeniu propozycji studiów, ku mojej wielkiej satysfakcji, okazało się, że te studia znikają z programu. Nie łudźmy się, widocznie profit był słaby – inaczej zostało by jeszcze trochę możliwości, ale nobilitowanie tytułem wyższej uczelni studiów, które same w sobie niewiele dają, a Konrad Lorenz przewróciłby się w grobie jak by posłuchał wynurzeń co po niektórych „psich behawiorystów” – było żenujące. Wnioski płynął dla tych, którzy studia planowali: uwaga – nawet płatne uczelnie nie chcą już kształcić w tym kierunku.

Mleko się jednak niestety rozlało bo fakt nauczania na uniwersytetach pozwolił na utrwalenie hasła „psi behawiorysta”. Ostały się też różne prywatne placówki edukacyjne, które sprzedają uprawnienia zawodowe do wykonywania zawodu, jaki udało im się dzięki rodzimej biurokracji zgłosić na listę ministerstwa pracy. Jak rozumiem porządny profit jest – bo nikt kursów nie zwija.

Tak samo jak istnieją fatalni psi trenerzy, tak mogą istnieć osoby, które nazywają się behawiorystami i dobrze sobie radzą z psami. Przynajmniej teoretycznie.
To nie chodzi o stygmatyzowanie ludzi, którzy wybierają taki, a nie inny kierunek postępowania, takie a nie inne metody. Problem w tym, że posiadanie wyższych (czy niech by nawet zawodowych) studiów z jakiegoś zakresu sprawia, że osoba, która je ma uważa siebie za specjalistę w tej dziedzinie. Pogląd ten podziela też otoczenie, a konieczność wzywania psiego behawiorysty głoszą oni sami promując się na wszelkie sposoby z nieukrywanym poczuciem wyższości na niedokształconą resztą.

12 lat przed ogłoszeniem przez Watsona w Baltimore koncepcji behawioryzmu, Max Von Stepanitz zorganizował pierwsze zawody IPO.  Było to w 1901 roku w Niemczech, a Von Stepanitz był słynnym ojcem rasy owczarek niemiecki, który wyznaczył kryteria hodowli, selekcji mającej na celu dobór odpowiednich psychicznie i fizycznie psów i razem z kolegą założył SV. Ile z rasy zostało dziś – wszyscy wiemy – linia użytkowa, ale to inny temat.

polowanie z psami
źródło: wikipedia – średniowieczna ilustracja – polowanie

Znacznie wcześniej, w Nowej Zelandii w 1867 roku odbyły się pierwsze zawody psów zaganiających, wkrótce zdobyły też popularność w Australii i Wielkiej Brytanii (`73 – też długo przed Watsonem).

Jeszcze dłuższa jest historia psów polujących, bo to one były ludziom najbardziej potrzebne do zdobywania pożywienia. Bez umożliwiającej obu gatunkom przetrwanie współpracy nie było by dzisiejszych psów, udomowienia, żadne kłaki nie walały by się nam po łóżkach i po podłodze. Jak na ironię historię prób polowych zaczynamy już po Watsonie, ale ciężko przypisać sukcesy łowieckie psów talentom behawiorystów.

W swojej pracy od 2003 roku dr Tomasz Bednarek stworzył w Polsce drugą na świecie wystandaryzowaną metodę analizy osmologicznej, w której wskazania z pracy węchowej psów mogą być użyte jako dowód w procesie sądowym. Oznaczało to między innymi wprowadzenie procedur szkolenia, egzaminowania i doszkalania psów. Dr Bednarek pracował wcześniej w policji, nie miał nic wspólnego z psią psychologią, chociaż czasowo współpracowali z nim pracownicy naukowi SGGW.

Znajomy opowiadał mi od jakiegoś czasu o pewnej pani, którą czasem spotyka więc spacerują razem bo ich psy świetnie się bawią. Mówił, że radził jej kilka razy udanie się na szkolenie widząc jakie problemy stwarza jej pies: nie przybiega na zawołanie, ciągnie na smyczy jak lokomotywa, wożenie go samochodem jest gehenną bo demoluje, zostawić w samochodzie nie można nawet na sekundę i tak dalej. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy przy okazji oglądania zdjęć na stronie pewnej „akademii” szkolenia psów, zobaczył tężę znajomą na liście polecanych behawiorystów. Tak właśnie – pani ukończyła kurs, a wcześniej wydała majątek na spotkania z behawiorystą i jak nic nie wiedziała o pracy z psem, tak dalej nic nie wie.

Jakakolwiek praca z psami należy do tych zajęć, w których praktyka jest ważniejsza niż teoria. O ile praktyka bez teorii może istnieć teoria bez praktyki nie istnieje (tak jak nie ma teoretycznego fryzjera, a psycholog bez długiego treningu nie prowadzi terapii) bo niezależnie od tego ile pojęć wkuje mądra głowa, nie będzie wiedziała JAK. Co prowadzi do następnej niezbędnej w szkoleniu psów rzeczy czyli do drygu. Na ten dryg składa się umiejętność obserwacji i dostrzegania zjawisk (czytania – nazwijmy to poetycko – zachowań) i umiejętność kontrolowania własnego zachowania bo bez tego nie da się kontrolować zachowania psa. Jeśli ma się ambicję uczenia innych tego jak szkolić swojego psa robi się jeszcze trudniej bo dochodzi umiejętność „czytania” zachowania właścicieli i umiejętność stosowania takiej perswazji która umożliwi zmianę zachowania. Wszystkie te „skillsy” można wzmocnić treningiem, trzeba wzbogacić doświadczeniem, ale żeby to zrobić one muszą już być, muszą przynajmniej kiełkować.

Celem studiów podyplomowych „psychologia zwierząt” w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Poznaniu jest  jak czytamy:

Pokazać pewne uniwersalne prawidłowości psychologiczne, dotyczące zarówno ludzi, jak i zwierząt (np. mechanizmy społecznego uczenia się, tendencje do naśladownictwa, dynamikę grupy i uzyskiwanie/tracenie pozycji w grupie, źródła agresji).
Pokazać psychologiczne podstawy własnej przedsiębiorczości, zasady wpływu społecznego w interakcji z klientem i potencjalnym klientem oraz mechanizmy skutecznej reklamy (zwłaszcza w odniesieniu do własnego przedsięwzięcia biznesowego).,

Niewątpliwie prawidłowa jest i proporcja tych dwóch elementów i termin „pokazać” ostrożnie dobrany tak, żeby uniknąć słowa „nauczyć”. Jak się nie nauczysz to nie zaskarżysz uczelni bo przecież „pokazała”.

Nie ukrywam, że bardzo mnie ucieszyło zamknięcie pozostałych podyplomowych „psich behawiorystów” w SWPS. Zdarzyło mi się wysłuchać kiedyś wykładu pewnego „psiego psychologa”, który wykładał na psich studiach w jednym z oddziałów tejże uczelni. Otóż ten pan długo i z obrzydzeniem opisywał zachowania psów niekastrowanych. Jako zwolennik kastracji samców starał się przekonać wszystkich jak ohydne jest to demonstracyjne sikanie z podnoszeniem nogi, jakieś znaczenia, jakieś zachowania z napinaniem grzbietu, w ogóle fuj, no nie wypada, panowie pieski. Całkiem serio ten pan ział czystą nienawiścią do najbardziej psich z psich zachowań. Jego wywodom towarzyszyły pokazy jego własnych ślicznych małych kastratów, które wprawdzie umiały sto sztuczek, ale żaden nie potrafił wytrzymać długo komendy. Bez naukowego tytułu prowadził na studiach tylko zajęcia warsztatowe (nie najlepiej), ale mi się osobiście nie mieści w głowie czego mądrego może taka postać uczyć i jak można chcieć zajmować się psami odrzucając z góry pewien rdzeń ich najbardziej naturalnych zachowań.

Poza opisaną już tetrapiloktomią absolwent z tytułem behawiorysty (na „lepszych” studiach) zapozna się z biologicznymi podstawami zachowania, liźnie ogólnej psychologii, zaliczy porządny wykład z etologii, pozna nieliczne badania zachowania zwierząt – wstydliwe maltretowanie małpek, socjalne zachowania hien, inteligencja ośmiornic i tym podobne. Tak całkiem do psów wykładu ograniczyć się nie da bo kłopot w tym, że badań mało, a te co są to na małych próbach  (króluje ponadczasowy klasyk: Scott & Fuller’s 1965, oczywiście wpadną też i nowości – może nawet Miklosi). Omówi cały wachlarz teoretycznych problemów pojawiających się w zachowaniu psów i kotów, a następnie nie przerobi tego na zajęciach praktycznych bo jest to czasowo i organizacyjnie nie możliwe. W efekcie posłuży się terminologią zasłyszaną w procesie nauki do komunikacji z klientami, a jego praktyczne umiejętności będą niewiele większe niż były wcześniej. I choćby przeszczepił setki pojęć z psychologii poznawczej w stylu “wyuczona bezradność” i tak brak umiejętności i doświadczenia w pracy z różnorodnymi problemami sprawi, że nie będzie wiedział co zrobić.

Później np. napisze w „diagnozie behawioralnej”* psa rasy stróżującej, który złapał za nogawkę obcego sobie człowieka na własnym terenie, że pies ma „silny popęd łowiecki” „depresję kliniczną” i „zespół stresu pourazowego”, a zaleca się „eutanazję”. Wszystko to za jedyne 300 zł, za to z pieczątką.

Pewna pani znana z tego, że ma znanego męża i hoduje psy, po kursie behawiorysty (ukończonym bez tytułu naukowego tylko z uprawnieniem zawodowym) umawia się na „konsultacje” również w tej cenie, ale za to siedzi „parę godzin” i w tym czasie naucza. Musi mieć niezłe gadane, bo żaden pies nie wytrzyma tak długiej nauki, a więc pozostaje nawijać tak żeby właściciel miał poczucie, że nie do końca wyrzucił kasę w błoto. Tyle akurat kosztuje wizyta u profesora medycyny, który jest w stanie przyjąć potem do szpitala w razie konieczności.

Każdy student psychologii jest dobrze obeznany z mechanizmem redukcji dysonansu podecyzyjnego stąd wysokie stawki są jak najbardziej zasadne: im więcej klient zapłacił, tym bardziej niechętnie przyzna się, że kupił kota w worku.

graphic by Glenda Moore. http://www.xmission.com/~emailbox/graphics.htm

Jakiś czas temu znajomy, który uzyskał dyplom wyższej uczelni w zakresie psychologii zwierząt, poskarżył mi się z ogromnym oburzeniem, że pisał, dzwonił, oferował swoją wiedzę różnym ośrodkom szkolenia psów policyjnych i służbowych żeby mógł tam odbyć praktyki. Bo przecież papier już ma i musi się gdzieś uczyć. Tak jak dla mnie kompletnie niezrozumiałe było skąd pomysł, że nagle szkolący psy całe życie wojskowi mieli by zwalać sobie na głowę problem w postaci pełnego teorii młodego człowieka który by się szwendał i przeszkadzał i trzeba by było go wszystkiego od początku uczyć, tak on nie mógł zrozumieć dlaczego nie, przecież on ma wiedzę i uwaga:
przecież to nie może być tak że osoby bez wykształcenia szkolą psy”. Ciekawe czy to napisał w podaniu, he he.

Otóż drodzy behawioryści: może tak być – tak było zanim Watson wpadł na pomysł behawioryzmu, który tak wybiórczo uwielbiacie i tak będzie dalej bo postęp sam sobie kulawe kończyny ucina.

W swoich uroczych autobiograficznych książkach i równie fajnej ich ekranizacji „Wszystkie stworzenia małe i duże”, James Herriot opisuje życie wiejskich weterynarzy w Yorkshire w okresie międzywojennym kiedy weterynaria małych zwierząt dopiero się rozwijała. Wśród pacjentów gabinetu są prości chłopi i wyższe sfery. I nijak wykształcenie i majątek nie wpływa na umiejętność radzenia sobie z pieskiem. Kłopot mają okrutnicy i paniuńcie traktujące pieska jak własne dziecko, a prosty pasterz wie że wychowywać trzeba z miłością i bez okrucieństwa. Że jak się psa pochwali to chętniej przybiega itp.

Ten prosty chłop zawsze najbardziej denerwuje oświeconych. Stąd cięgi zbiera Cezar Milan, który mnie osobiście ani grzeje ani ziębi. Wprawdzie wszystkim się już opatrzył i mało kto o nim wspomina (tak było rzeczywiście parę lat temu), ale w oczach części środowiska pracującego z psami jest prawdziwym demonem awersji i niewiadomoczego. Ja tam widzę jedną różnicę między Milanem, a osobami znanymi mi osobiście, które grzmią, że to zły okrutnik – w przeciwieństwie do nich Cezar Milan radzi sobie z psami. Czy to co robi się komuś podoba czy nie, sporo psów, z którymi robi postępy dostało by z punktu diagnozę jak z przykładu powyżej, również z zaleceniem eutanazji, a niejeden behawiorysta w ogóle by się do nich nie zbliżył bez poważnego pogryzienia. Ot – prosty, obrzydliwie bogaty (a-ła! 😉 ) meksykanin z irytującym marketingiem.

Zajumywanie pojęć zrobiło się w nowoczesnych naukach popularne, bo można dodać nowe słowo do starego kierunku i powstaje kompletnie nowa dziedzina nauki. Oczywiście jest to możliwe tylko w tych humanistycznych, nowszych naukach, w których pojęcia same w sobie są nieostre. To zjawisko też się w końcu samo wykluczy, ale póki trwa bardzo ciekawie wygląda wybiórczość rozumienia tych pojęć.

Taki np. uczony behawiorysta rozumie, że uczenie, warunkowanie i modyfikacja zachowania są naturalne. Istnieje pojęcie kary (pozytywnej i negatywnej) i nagrody, że wzmocnienie jest i pozytywne i negatywne. Wie (chyba?), że żaden z ojców behawioryzmu nie wymyślił tego i nie wprowadził na świat, a jedynie opisał pewne zjawisko, które naturalnie występuje. Że konsekwencje niektórych zachowań bywają nieprzyjemne, o czym z pewnością każdy uczony psi psycholog przekonał się nie raz na własnej skórze w ten czy inny sposób. Ale: tenże sam behawiorysta odrzuca kategorycznie wszystkie negatywne aspekty jako niedobre, niepasujące do wyznawanej przez siebie teorii – 3 z 5 możliwości modyfikacji zachowania. Ideolo karze mu potępić, odrzucić i jako prawdziwy, nowoczesny behawioryzm uznać wyłącznie nagrodę i pozytywne wzmocnienie.
No cóż – ideolo rzadko ma po drodze z rozumem.

Jeśli jesteśmy takim dyplomowanym psim behawiorystą i odrzucimy ponad połowę teorii uczenia to to co zostaje może nam nie wystarczyć. No bo jak? Nie potrafimy modyfikować zachowania (nie mamy ani treningu, ani doświadczenia, w dodatku nie używamy wszystkich możliwości). Coś zrobić trzeba, to może jednak zaczniemy analizować przyczyny zachowań niepożądanych? Przynajmniej nie wyjdziemy na totalnych idiotów.

Żeby określić jednostkę chorobową pacjenta psycholog musi ustalić występowanie sporej liczby kryteriów diagnostycznych, o których istnieniu dowiaduje się przede wszystkim od pacjenta. W przeciwieństwie do psa, pacjent ma bowiem możliwość werbalizowania pojęć dzięki czemu doświadczony terapeuta (taki co skończył 5-letnie studia, a kolejne kilka lat praktykował) może ustalić że ma do czynienia na przykład z depresją i podjąć stosowne leczenie.

Inaczej jest z behawiorystą bo terapia behawioralna polega na tym że;

Pomoc w zmianie niepożądanego zachowania odbywa się bez analizy jego nieświadomych przyczyn, których istnienia behawioryzm nie uznaje”.

I dalej:

Psychoterapia behawioralna skupia się wyłącznie na zachowaniu człowieka, jako jego naturalnej reakcji na wpływy otoczenia. Ważne jest tu i teraz, natomiast nieistotne są wydarzenia z przeszłości”.

Z tego wszystkiego najlepiej jak widać radzi sobie psi psycholog – jedno spotkanie, kilka jednostek chorobowych, a modyfikacja zachowania jest trudna więc właściciel „musi pracować” z psem. Jak? No jak najlepiej, byle pozytywnie.

W Stanach było już trochę procesów przeciwko wyższym uczelniom działającym na zasadzie for-profit. Kluczowe orzeczenie sądu głosiło, że wprawdzie konkretna uczelnia sprzedaje tytuły naukowe jako towar, ale nie ona rozpoczęła dezawuację wartości tego “towaru”. Właśnie z szacunku do nauki i (mimo wszystko) wiary w wiedzę i wykształcenie, przykro patrzeć na to jak osoby, które jej liznęły autorytatywnie posługują się pojęciami, o których wiedzą za mało żeby ich używać, wyłącznie dlatego, że nie mają wystarczającego wykształcenia, a ktoś sprzedał im przekonanie, że tak jest. W takim zestawieniu zawsze lepiej wypadnie prosty chłop, który wie jak, niż nowoczesny inteligent, który myśli, że wie że.

Szacunek należy się też dla osób, które mają pełny pakiet: wiedzę, doświadczenie i umiejętności, całe szczęście, że parę takich znam – to ratuje przed nerwowym załamaniem.

 

 

 

________________________

*autentyczne

14 thoughts on “Psi psycholog z worka

  1. Sylwia

    Bardzo fajny tekst!

  2. Niewiele komentarzy…długi tekst i pewnie mało kto przeczytał całość. Ja też nie przeczytałem, ale się zgadzam ;P

  3. Niestety ta tendencja do wydawania papierów psiego specjalisty to nie tylko polska domena. Po opłaceniu składki członkowskiej można szybko i bez specjalnej weryfikacji zostać członkiem wielu stowarzyszeń / organizacji (głównie brytyjskich i amerykańskich), których skróty i logotypy do umieszczenia na własnych dokumentach dają +100 do profesjonalizmu.. Ja jestem absolwentką jednego z kierunków, o których piszesz i po części jestem bardzo zadowolona z wyboru tych studiów. Jeśli chodzi o teoretyczne podstawy psychologii i etologii – były prowadzone na wysokim poziomie i nie mam się do czego przyczepić. Zajęcia praktyczne – to już trochę inna bajka 🙁 Nie każdy ze studentów miał cel: tylko zdobyć papier. W mojej grupie było kilkoro bardzo ambitnych ludzi, część już z pewnym doświadczeniem w pracy z psami, inni bardzo zdeterminowani i z jak najlepszymi intencjami, żeby je zdobyć. Takie studia nie są idealne i kompleksowe, ale jakie inne studia są? 🙂 O niekompetentnych ludzkich psychologach, terapeutach bez doświadczenia, szarlatanach z branży po weekendowych kursach też często się słyszy. A jeśli chodzi o rozłam na trenerów i behawiorystów, moim skromnym zdaniem dobry trener musi znać podstawy pracy z tzw. “psem z problemami” (choćby po to, żeby wcześnie rozpoznać, że z psem jest coś nie tak i wiedzieć kiedy odesłać klienta do kolegi “po fachu”). Jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie, żeby behawiorysta nie miał odpowiedniego warsztatu trenerskiego, ale to może już tylko zweryfikować rynek.

  4. Statler

    Trener, który nie potrafi poradzić sobie z psem z problemami nie jest dobrym trenerem (wyłączając takich, którzy szkolą określone typy psów w określonym sporcie i nie tykają ogólnego szkolenia “zwykłych” psów).

    • Nie do konca sie zgadzam, wszystko zalezy od problemu. Nie oczekuje sie od trenera, aby potrafil rozwiazac np. powazne problemy z separacja, zaburzenia kompulsyjne, itd.

      • Statler

        Się oczekuje albo się nie oczekuje – tekst jest o tym, że można oczekiwać od trenera, a nie specjalnie od behawiorysty. Zapewne pozostaniemy przy swoich zdaniach 🙂

        • Aha.

        • Kurcze. Ciekawy tekst i ciekawa dyskusja.
          Powiem szczerze, ze jestem trochę rozdarty pomiędzy tym, żeby istniał widoczny rozłam na “trenerów” i “behawiorystów”, z tym, że może trochę inaczej.
          Zostawmy na razie terminy, bo to sprawa drugorzędna.
          Myślę, że nie głupie jest to, żeby był sobie trener, ktory zmodyfikuje, zmieni lub nauczy pewnych zachowań psa, przygotuje do zaliczenia BH, PT, czy innego, będzie przygotowywał do sportu (obi, agi, ipo, etc) albo wyszkoli psa do służby. Oczywiście nie mówię, żeby zajmował się tym wszystkim jeden gość, bo całkiem fajną sprawą jest specjalizacja. Taki trener widzi psa i widzi cel. Jego (trenera) zadaniem jest tak dostosować metody, żeby ten cel osiągnąć z jak najlepszym skutkiem.
          Co oznacza jak najlepszy skutek. Dokładnie to, żeby zwierzakowi nie zadawać bezsensownego bólu, a przy okazji, żeby to zachowanie było jak najlepiej “wypracowane”.
          Z terminem “trenere” jakoś nie mam większego problemu, bo jest dosyć intuicyjny.
          Behawiorysta też się może do czegoś tam przydać.
          Chyba to właśnie on powinien być osobą, która może dopasować psa do człowieka, tworzyć grunt pod ewentualna przyszłą pracę (podstawy socjalizacji, psie przedszkola itp.) i powinien też “naprawiać” psy.
          Niestety obecnie te pojęcia są tożsame z czym innym (początek tekstu) i behawiorystami mianują się osoby, ktore z automatu narzucają sobie pewne ograniczenie (umysłowe- poważnie tu mówię). Mam na myśli to, że termin ten jest tożsamy z klikerem i smakołykami, a przecież istnieje cała gama narzędzi, ktore działają szybciej, sprawniej i nieraz mniej boleśnie.
          Osobiście jestem zdania, że każdy pies powinien mieć wyrobioną “na blachę” jedną komendę – STÓJ!
          Ma ona być wyrobiona szybko i działać natychmiastowo. Ma działać tak, że kiedy pies ją usłyszy, to same mięśnie mu się zatrzymują i stoi jak zamurowany.
          Ta komenda jest ważna dlatego, ponieważ może uratować psu życie. Jedynym sposobem, żeby osiągnąć taki efekt jest użycie awersji. Mniejszej lub większej, ale jednak awersji.
          Jeszcze mała dygresja odnośnie “pozytywistów”.
          Ciekawa sprawa, że ludzie odrzucający obroże elektryczne i kolczatki, nie mają problemów z proponowaniem kantarków 🙂
          No ale to tak na marginesie. Życie nie rozpieszcza, a już na pewno nie jest bezstresowe.

        • Dorota

          Moim zdaniem jeśli szkoleniowiec nie potrafi rozwiązać problemów związanych z separacja, zaburzenia kompulsyjne, itd. to kiepski z niego trener.
          A odesłać powinien do weterynarza ze specjalnością behawioru, a nie behawiorysty nawet po kurskie za kilkanaście tysi bo to nie uprawnia tegoż behawiorysty np wypisania recepty na leki psychotropowe, których skutki uboczne są najczęściej przez niego ignorowane.

          Przykro mi.
          Tak to widzę: szkoleniowcy ze znajomością behawioru oraz weterynarze ze specjalizacją behawioru.
          Może wtedy mniej będzie na rynku “dziewuszek” z nikłą wiedzą za to chętnych do jej sprzedaży przy kawce za ciężką stawkę godzinową.

          Kiedyś taką jedną zapytałam z czystej ciekawości jaką literaturę miała polecaną na kursie korespondencyjnym jaki ukończyła.
          I wiecie co? Podała popularne poradniki dostępne w Empiku 😀

  5. Pokaż mi swojego psa a powiem Ci kim jesteś.
    Zawsze kryterium kompetencji szkoleniowca czy innego behawiorysty jest dla mnie zobaczenie jak zachowuje się i jak jest wychowany jego pies. Bo jak zaufać człowiekowi, który ma okazję pracy ze swoim Fafikiem, mieszka z nim, przebywa na codzień itd. a tenże Fafik mimo to ciągnie na smyczy jak lokomotywa, podlatuje jak burak do innych psów z procy a czasami powoduje bójki? I taki specjalista ma coś zrobić z moim psem w ciągu tych kilku godzin? Albo poradzić mi co robić?
    Żarty na bok, proszę…
    Tekst jest dobry, konkretny, na temat i trafiający w sedno.
    A im więcej człowiek przebywa na jakiejkolwiek uczelni wyższej tym bardziej widzi jak niewiele warty jest w dzisiejszych czasach papier. Chociaż z drugiej strony miałam nieprzyjemność widzieć też Panów szkolących i niedokształcających się. Tragedia. Złoty środek to podstawa.

  6. Wilk

    Ciekawy tekst. Opisany problem nie jest problemem tylko dla osób zajmujących się szkoleniem psów. Jakbyście zobaczyli np. crosfitowców, którzy próbują uczyć trenera ciężarów z 30letnim doświadczeniem jakie jest prawidłowe ustawienie bioder przy rwaniu. Albo młodego inżyniera świeżo z Polibudy, który poucza tokarza, który wykonuje swój fach od ponad pół wieku.
    Takie czasy, że ludzie mniej potrafią, a więcej im się wydaje, że potrafią. A wystarczy trochę zdrowej samokrytyki i już jest jakoś tak rozsądniej.

  7. kabanta

    Świetne podsumowanie.
    PS.
    Jednak znajomy z dyplomem miał rację… 😀

  8. Martyna

    Super, że coraz więcej jest komentarzy na temat POZYTYWNYCH szkół = tylko nagroda… Ja wiem ze jest trend na bezstresowe wychowanie dzieci, czego efekty powoli już widzimy, wiem że niestety psy powoli zastępują dzieci w domu i trend jest przenoszony na te biedne stworzenia. Sama mam swoją szkołę, swoich psów obecnie mam 3 sztuki, a za sobą też już 3… szkoleniem zajęłam się jakieś 13 lat temu… i zaczęłam od ciemnej strony mocy – czyli bylo to szkolenie awersyjne typowe dla starej szkoły – tak trafiłam jako młoda nastolatka – czy żałuję? trochę żaluje ze mój pies musial to odczuć na wlasnej skórze, ale dzięki temu wiem o czym mówię jesli chodzi o awersję, wiem jak to działa i wiem czy działa i w jakich okolicznościach. Nie mogę zgodzić się z “pozytywistami” że karanie nie przynosi efektów – czasem jest jedyną drogą do np. uratowania psa przed nieszczęściem, zwlaszcza ze ma w nosie zabawę czy smakolyczki….

    Odnośnie BEHAWIORYSTÓW – zawsze mialam zdanie ze Behawiorysta to taka osoba która dopatruje sie w zachowaniu psa problemów ze zdrowiem. Czyli np. pies ma padaczkę i dlatego jest bądź bywa agresywny….
    Jeśli się mylę to proszę mnie wyprowadzić z błędu 🙂

    Tekst bardzo mi się spodobał, tym bardziej że ja zrobilam kurs treserski dla papierka a nie dla wiedzy jaką mi oferowano i to dopiero po paru latach pracy z ludźmi. Papierek bardziej dla ludzi ktorzy kupują u mnie uslugę – to klient wymusza posiadanie papierka bo na pewno taka osoba jest WYKWALIFIKOWANA I SIĘ ZNA, a mnie nie deprymują pytania czy mam “jakiś dyplom”. Wiem ze fachowca nie powinno deprymować takie pytanie, a dyplomem powinny być psy zrobine przeze mnie – ale nie zawsze da się to udokumentować i przedstawić tym ludziom, którzy o to pytają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *