Psiarze w kisielu

w3

Doggie does

Wiem, że przebywanie w kisielu kojarzy się co poniektórym z pełnymi walorów paniami i bójkami wrestlingowo-erotycznymi, ale nic z tego. Tu chodzi o właściwości tej substancji, kleistej, ciągnącej się i spowalniającej ruchy. Spróbujcie biec szybko po powierzchni na którą wasza babcia wylała przed chwilą wazę kisielu; powodzenia! Chcesz się przemieścić, musisz robić to nader wolno, czepiając się mebli i przybierając nieraz pozycje niegodne filozofa.

Bardzo wielu właścicieli psów zdaje się przez całe życie tkwić na tej niedogodnej powierzchni; najlepsze, ze nie zdradzają ochoty zejścia z niej, choć, w sumie, mogliby.

Opowiadał mi niedawno kolega o sytuacji której był świadkiem pewnego weekendowego poranka, stojąc w stworzonej ad hoc grupce psiarzy na tzw. psiej łączce. FreeWśród nich – stosunkowo młoda kobieta z młodym psem, konkretnie: rozbrykaną suczką. Zwierzak świetnie się bawił, cóż, kiedy właścicielka zdecydowała o przerwaniu zabawy i powrocie do domu. Wezwała sukę – głosem dość monotonnym – więc psu nawet ucho nie drgnęło. Niewiasta zawołała jeszcze ze dwa razy, po czym odwróciła się i poszła do pobliskiego bloku, zostawiając suczkę pod nogami osłupiałych psiarzy.

Cóż, ten pies faktycznie miał szanse powiększyć statystykę „psów przyjętych do lokalnego schroniska” albo „porzuconych – zgarniętych przez przechodnia o wielkim sercu”, ewentualnie „rozjechanych na ruchliwej ulicy”.

Najlepsze, że właścicielka była wprost śmiertelnie obrażona na swojego psa, który ewidentnie nigdy w życiu nie dowiedział się, że przywołanie to określona sekwencja zdarzeń. Jej niezadowolenie powodowało (śmiem twierdzić, że następujące z nużącą regularnością) odkrycie, że w pakiecie z psem nie dostała odpowiedniego oprogramowania które zwierzak powinien mieć wgrane od nowości.

Można sobie łatwo wyobrazić oburzenie jakie by nastąpiło po komunikacie, że to ona powinna ruszyć cztery litery i psa owego zachowania nauczyć. No jakże to, jeszcze czego. Jakikolwiek wysiłek, praca ze strony człowiek nie wchodzi w grę. Co najwyżej się stwierdza że pies jest głupi, a poprzedni, co miał siedemnaście lat i dysplazję to taki mądry był, panie, cały czas się nogi trzymał.

Tak tak, rozumiem że można sobie teraz porobić heheszki, że głupia baba i tak dalej, ale naprawdę nie o to chodzi. To dość teraz popularne zjawisko, ogarniające umysły i paraliżujące…

O, przykład z innej półki: dość charakterystyczne było pojawiające się w pewnej internetowej dyskusji nad poprawą losu zwierząt w naszym kraju nawoływanie, żeby, panie dzieju, zrobić takie coś, taki punkt dodać do któregoś artykułu, który by nie pozwalał spuszczać ze smyczy psów, nigdy i nigdzie – no, może ewentualnie na (gównianym, dosłownie i w przenośni) wybiegu dla psów. Postcard Hello There

Jak tylko ktoś spuści psa gdziekolwiek poza takim wybiegiem, powinny się na niego rzucić lotne brygady policyjne, a może i tajne służby wraz z cyborgami detektywa Rutkowskiego i bach, przysolić mu karę, sto trzydzieści euro, albo nie, dwieście pięćdziesiąt…! – zachłystywał się pomysłodawca, a raczej pomysłodawczyni.

Jednostka ta, Panie świeć nad jej mózgiem, przeprowadziła następnie coś co wydawało jej się logicznym wywodem: zgubione psy biorą się z faktu biegania luzem; gdy wszystkie przyczepimy do smyczy, nie będą ginąć i schroniska opustoszeją.

Nareszcie, psiakrewka, ktoś obmyślił doskonały plan ograniczający bezdomność w Polsce. „Mistrzyni, o mistrzyni!” chciałoby się zakrzyknąć, niemniej po jakimś czasie należałoby się zasępić, bo to czasem taka smycz może pęknąć na przykład albo co. No stuprocentowej pewności mieć nie będziemy; jednak możemy zwiększyć poziom bezpieczeństwa, nie pozwalając ludziom w ogóle wyprowadzać psów z mieszkań! Koniecznie z mieszkań, bo czasem się zdarza że psy giną z posesji, więc nie ma tak łatwo żeby było zezwolenie na wychodzenie do własnego ogródka.

Ile psów ginie bezpośrednio z mieszkania? Jakiś promil. Jeśli psy będą stale w pomieszczeniach, nie będą miały szansy na zaginięcie! To jest dopiero pomysł! Nie ma o czym mówić, nie dziękujcie za podzielenie się nim, właśnie udało mi się twórczo rozwinąć ideę powszechnej szczęśliwości.

Wracając do meritum: ta kobieta naprawdę była przekonana, że psy to takie stwory, które, gdy tylko znajdą się na wolności, rzucają się w przestrzeń dzikim galopem i znikają za widnokręgiem, mając powód albo i bez powodu. Jest to proces nieprzewidywalny (albo raczej przewidywalny – wiadomo, że każdy pies takie coś zrobi wcześniej czy później), no i tak dalece wrośnięty w psią naturę, że jesteśmy wobec niego bezradni jak dziecię we mgle. Myself

No właśnie. Pewien typ właściciela – z prawdziwą przykrością twierdzę, że spotykany coraz częściej – zwyczajnie nie widzi żadnej, ale to żadnej możliwości nauczenia swojego psa żeby ten wracał do niego niezależnie od okoliczności. Żeby nie było, ja doskonale wiem, że mamy do czynienia z żywym stworzeniem i że w związku z tym może się wydarzyć nieprzewidywalne…, a jednak twierdzę, że u praktycznie każdego Burka można zrobić przywołanie na, powiedzmy, 98%.

Te dwa procent zostawiamy na nieprzewidziane wypadki, które jednak możemy znacznie ograniczyć jeśli tylko zadamy sobie trud prawdziwego poznania naszego psa. A propos, zrobienie przywołania nie oznacza, że następnie pozwalamy psu śmigać bez kontroli i opanowania, tylko, no właśnie, że owego przywołania używamy często – i skutecznie.

I błagam, niech mi nie wyskakują od razu ludzie od husky, wyżłów, beagli, akit, chartów i co tylko, bo od smęcenia że ta rasa „tak ma” i że się w związku z tym „nic nie da zrobić” to tylko człowiek sobie coraz większe kolonie helicobacter hoduje w żołądku.

Pogląd o kompletnej nieprzewidywalności psów i wobec tego konieczności ciągania ich całe życie na uwięzi chętnie wygłaszają też właściciele psów ras ozdobnych, miniatur. W sumie nie dziwota, najbardziej niewyżyty i nienauczony niczego malec nie zdemoluje im chałupy tak, żeby się w niej mieszkać nie dało, w odróżnieniu od przeciętnego bulteriera czy fouska.

Zatroskani o los psów dobrzy ludzie nie rozumieją, że jedynym sposobem na ogarnięcie zwierzaka jest częste stawianie go w sytuacji, która go czegokolwiek uczy. Groenen_comeSłowem, perfekcyjne przywołanie dostaniemy jedynie od psa, który bardzo często porusza się swobodnie i doskonale poznał tę sytuację. Pewnie, że zwierzaka nie puszcza się na żywioł, poza tym trzeba znać różne patenty, a, no i, jeśli tylko nasz pupil ma choć trochę więcej temperamentu niż wypchany jenot, to gdzieś, na jakimś etapie nauki, trzeba będzie też użyć awersji, która jest aktualnie na topie gdy chcemy kogoś bezpiecznie, a satysfakcjonująco opluć, skopać i powłóczyć za koniem wyzywając przy tym od okrutników.

No dobra, chrzanić to, temat na inny tekst który, być może, powstanie.

Jeśli pies nie zna sytuacji, w której znajduje się luzem na zewnątrz, w środowisku nie dającym się kontrolować – to naprawdę nie dziwota, że potem, gdy mu się coś takiego przytrafi raz na czas długi, zachowuje się jak dzikie, niczego nie nauczone zwierzątko. A i jego ludzie wykonują wtedy wszystkie możliwe głupie gesty, który nie należy wykonać. Dlatego właśnie, że nigdy się nie nauczyli jak to się robi, to sławetne przywołanie – które de facto jest po prostu podstawą współdziałania z psem, podstawą dobrej z nim relacji. Nie milion sztuczek z kładzeniem pieskowi kiełbaski na głowie oraz kręceniem przez niego koziołków.

Jak to zazwyczaj bywa w życiu, „jak się nie psewrócis, to się nie naucys”, więc walka z przywołaniem bywa pełna przeszkód, wzlotów i upadków, błota, gadżetów, no i uszu spuchniętych od złotych rad innych właścicieli. I dlatego, jak mniemam, wielu z psiarskiej braci nawet nie próbuje podjąć tematu. Bo by się człowiek spocił.

To kisielowate spowolnienie obejmuje w zasadzie wszelkie dziedziny życia z psem.

Naprawdę znam trochę młodych, zdrowych jak konie ludzi – w tym pary, singli, rodziny dzieciate i niedzieciate – którzy, na przykład, nigdy nie byli ze swoim psem w pobliskim parku, o wycieczce za miasto już nie wspomnę.

Czasem niezły rekreacyjny teren rozciąga się o kilkaset metrów od ich mieszkania, no ale.

Najlepsze są wytłumaczenia, brzmiące, że „jestem zmęczony po pracy”, przy czym oznacza to, że gostek odlepia się od ekranu w który wgapiał się osiem, dziewięć godzin i pędzi do domu, gdzie natychmiast (po przejściu z naładowanym energią i tak podle ciągnącym na smyczy psem wokół bloku, z uwzględnieniem zgody na sikanie do irg rosnących na obrzeżach ogrodzonego trawniczka) wlepi się w inny ekran: telewizora, zestawu gamingowego, laptopa, ewentualnie smartfonu (ehe, w przypadku tego ostatniego zazwyczaj bywa inaczej bo gostek się od niego nie odkleja także w czasie spaceru o czym pisaliśmy już kiedyś).

I nie jest bynajmniej tak, że mówimy o jakimś marginesie właścicieli, takich, którzy psa mają niejako z przypadku. Nie nie, wiele z tych osób np. jest gotowych dyskutować a to o najnowszych metodach pracy z klikerem, a to o poszczególnych odcinkach show Millana, a to o żywieniu BARF-em. Ma się rozumieć jeśli to ostatnie, to przy korzystaniu z usług firm dostarczających gotowe porcje, przecież przy samodzielnym przygotowaniu żarcia można się zmęczyć (opcja kisielizm on, nieustająco).

Internety są dostępne wszędzie a oni lubią swojego pieska, ba, są w ogóle świadomymi miłośnikami psów i są w milionie psich grup na facebooku a youtube to im się już roztopiło od oglądania filmików o psach.

Ludzie ci proszą o pomoc – co zrobić, żeby pies nie ciągnął, na przykład, i na pierwszą uwagę że można wiele zrobić, ale też muszą dać coś od siebie, na przykład spróbować psa wyszaleć, ale niekoniecznie stale w tym samym pokoju, rzucając mu do zrzygania pod ścianę piłeczkę – zamykają się jak ostrygi.

Ktoś namawia ich do opuszczenia strefy wymazanej kisielem, a im jest w niej komfortowo i wygodnie, więc wolą nie słyszeć.

FunFajniejszy odłam zatopionych w kisielu odkrywa z ulgą, że dość niedaleko od domu jest wybudowany – wykonany z budżetu partycypacyjnego – psi wybieg. Alleluja, wobec tego są w to miejsce dowlekani codziennie („on tak okropnie ciągnie!” – ale zawsze można założyć kantarek albo relaksy, co?) i tam z ulgą wrzucają psa, żeby wymiętolił się w grupie innych psów. Potem (korzystając z ogrodzenia, do którego w końcu udaje im się swojego zwierzaka przyprzeć) przypinają karabińczyk do jego obroży, haltera czy szelek, a potem wywlekają z wybiegu i udają się do domu gdzie będą mogli się wlepić w ekran.

Jeśli na wybiegu jest zestaw badziewnych, nie nadających się dla psów przeszkód kretyńsko posadowionych i stwarzających zagrożenie kontuzji, to jeszcze, w ramach „rozwijania muskulatury”, pies zostanie przez nie wszystkie przeciągnięty; zwłaszcza jeśli jest dość skoczny i nie jest bassetem, to ma to jak w banku

Piesek ma predyspozycje i dobrze, może poskakać na wybiegu, natomiast nie ma mowy o zapisaniu się na jakiś kurs agility dla początkujących, bo to by oznaczało przecież konieczność wychodzenia z domu, jechania dokądś i pewnej systematyczności, okropność. Bez przesady. W końcu „ja pracuję!”.

W sumie mnie nie dziwi, że wiele ludzi ze zgrozą myśli o ewentualnych długich spacerach.

Parada na Piątej Alei, źródło zdjęcia: Library of Congress USA.
Parada na Piątej Alei, źródło zdjęcia: Library of Congress USA.

Co za przyjemność być przyczepionym do smyczy, najczęściej nieustająco napiętej, i się tak przeciągać ze zwierzątkiem albo spędzać wiele minut w miejscu na idiotycznej metodzie „drzewka” żeby uświadomić nieszczęsnemu psu, w którego mięśniach skumulowała się niestracona od roku energia, że Nieładnie Jest Ciągnąć?

Czasem jednak udaje się osiągnąć u psa pewien stopień depresji wskutek czego rzeczywiście przestaje on ciągnąć, zwłaszcza gdy nauczy się że na spacerze to raczej nic miłego go nie spotyka – i wtedy już z pełnym samozadowoleniem można gromić tych niedopowiedzialnych bałwanów którzy ośmielają się spuścić gdzieś swoje psy oraz postulować przymus wiecznego smyczowania czworonogów.

„I fajnie!” jak to jest w pewnej popularnej reklamie.

A, no i, przewidując okrzyki jakie na mnie spadną, od razu i z góry powiem: tak, znam prawodawstwo w zakresie utrzymywania zwierząt domowych i tak, uważam że według niego tu i ówdzie jest dozwolone puszczanie psa luzem, co więcej, nie jest to moim głównym argumentem, wierzę bowiem w instytucję tzw. świadomego nieposłuszeństwa, jeśli ma ono dotyczyć dobra wyższego (jakim, na przykład, jest dla mnie zdrowie i dobre samopoczucie moich psów).

Po drugie, tak, widuję psy po baaardzo znanych i renomowanych szkółkach które nie wracają na wołanie; czy to problem prowadzącego szkolenie, czy właściciela, pozostanie już moją prywatną opinią, ale doprawdy, Walkingjak dla mnie pies ma zrobione przywołanie kiedy na pierwsze wezwanie zawraca na pięcie i pędzi do przewodnika, i o takich psach, w kontekście możliwości puszczania ich luzem, tutaj się wypowiadam.

Jeżeli skończyliśmy Szkółkę Reksorres, DogBrainiac czy inszy Radosny Piesek a nasz pies pokazuje nam że nas ma w stolcowej kiszce kiedy go wołamy, to nie wpatrujemy się smutno w kolorowy dyplom ukończenia kursu posłuszeństwa, smarkając żałośnie w chusteczkę, tylko szukamy skutecznego trenera który nas nauczy jak owo przywołanie na psie wymusić, albo też orzemy sami aż do osiągnięcia satysfakcjonującego rezultatu.

Orzemy. Słowo-klucz. No ale jeśli się na tę opcję decydujemy, to koniecznie pozbądźmy się oblepiającego nas kisielu.

2 thoughts on “Psiarze w kisielu

  1. Joanna

    w punkt 🙂

  2. Maria

    Tekst jak zwykle w punkt i ta jego trafność jest niestety bardzo smutna. Nie wiem, czy to może jakaś nasza cecha narodowa, że wolimy narzekać na problem zamiast go rozwiązać? Że są osoby, które ze swojego problemu są wręcz dumne?

    Z jednym się tylko drobiazgiem nie zgodzę, a właściwie poddam w wątpliwość – mianowicie ciężko mi uwierzyć w to, żeby wyścigowy chart, regularnie biorący udział w coursingach, miał na tyle zrobione przywołanie, by był odwoływalny od pościgu. W moim doświadczeniu się z takim okazem nie spotkałam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *