To se ne vrati, Waldorf!

w3

soap-bubbles-672639_1280

Dziś będzie o wystawach; coś niecoś już o nich pisaliśmy ze Statlerem, na przykład tutaj, ale tym razem tekst bez mała sentymentalny.

Jestem już chyba bardzo starym człowiekiem, skoro pamiętam, jak to na tej czy owej wystawie, żeby się publika nie nudziła, organizowano pokazy różnych psich umiejętności. Zarząd oddziału musiał się trochę poszklić do (na co dzień traktowanych raczej po macoszemu) sportowców: agilitowców, IPOwców, tych od sportowego posłuszeństwa…, żeby ci zechcieli przygotować występ „na ring główny”.

Albo któryś działacz łapał stryja Franka, który miał znajomego w policji, żeby załatwić ze dwa, trzy teamy z psami służbowymi.

To było zazwyczaj rozbrajająco nieporadne, te sułkowickie psy nie puszczające pozoranta, ale ludkowie się radowali jak dzieci. A dzieci, swoją drogą, też miały uciechę.

No i tak wszyscy jakoś koegzystowali, i ta hodowczyni polskich owczarków nizinnych która mówiła, że ją „osłabi”, jeśli się dowie że któryś nabywca poszedł z jej szczenięciem na szkolenie, i ci maniacy co odgrywali po raz enty Legendę O Briardzie (fascynowało mnie, pamiętam, strzelanie do sztywnej wypchanej wiewiórki strzałami z gumową przyssawką, co miało ukazać P.T. Publiczności średniowieczne łowy*).

Wystawa psów, Warszawa, maj 1938. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Wystawa psów, Warszawa, maj 1938. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wszyscy się radowali, że tłumnie odwiedzająca teren imprezy i płacąca za bilety publika dobrze się bawi; piknikową atmosferę ogólnego rozluźnienia podtrzymywał – na ogół bardzo bogato reprezentowany – kącik gastronomiczny, no i liczne stanowiska sprzedażowe na których można było nie tylko kupić cud urody atłasową poduszkę haftowaną w jamniki, ale i wyczaić niszowego producenta naprawdę fajnego psiego sprzętu (i nawiązać z nim kontakt bezpośredni, z nim, a zwłaszcza z jego wyrobami, które można było od razu trochę przetestować a przynajmniej pomacać).

Ja już nie wspomnę o takich naprawdę dawnych wystawach, na których każdy wystawca dostawał swój boks – uroczą komóreczkę (najczęściej malowaną na optymistyczny zielony kolor) otwartą w stronę przechodzącej publiki, w której pod groźbą odebrania tytułów zdobytych na imprezie miał obowiązek przebywać z psem do końca wystawy.

Ci od szalonej ambicji wywieszali na ścianach tych komóreczek rozliczne medale zdobyte przez ich psy, no i było tego nieraz więcej niż na galowym mundurze ruskiego generała. A ci od psów długowłosych, na przykład bobtaili albo ponów, prezentowali własnoręcznie zrobione z psiej sierści szaliki lub sweterki – ku prawdziwemu zachwytowi zwiedzających, nawet tych najbardziej zaprzysięgłych przeciwników trzymania psów w mieście tak „po nic”. Wreszcie się wydało, po co te psy – na wełnę…!

Heh, najwyraźniej to se ne vrati, pogódź się z tym, Waldorf.

Może i coś tam ma ten Związek Kynologiczny w statucie o propagowaniu psa rasowego oraz pracy z tymże psem, ale, umówmy się, już chyba nikt tego poważnie nie traktuje.

Od paru lat na różnych forach przebąkiwali hodowcy, jakie to męczące, że na wystawach snuje się ta publika okropna, zawraca… głowę, drepcze między ringami, zasłania widoczność, samąswoją obecnością zadrzaźnia zwierzęta i w ogóle.

Nawet ten czy ów postępowiec wyraził opinię, że może by tak w ogóle uczynić wystawy imprezami zamkniętymi, bez możliwości wstępu z zewnątrz, co powodowało spore zainteresowanie wielu dyskutantów.

Dobra, nie bardzo wypada uczynić tego oficjalnie (wystarczy dokładnie sprawdzić znaczenie wyrazu „wystawa” żeby zrozumieć, że trochę by wyszedł z tego życiowy oksymoron), ale przecież zawsze można starać się maksymalnie zniechęcić tzw. przypadkowych gości.

dog-2388270_1280No więc udało się wprowadzić do związkowych obyczajów kilka zabawnych pomysłów, na przykład brak możliwości kupienia drukowanych katalogów (a co, niech sobie jeden z drugim w internetach sprawdzi, jakie psy po ringu biegają, a tak w ogóle to po co mu to właściwie?), brak informacji że taka wystawa się na danym terenie odbywa (znakomicie działa ogłaszanie eventu jedynie na stronach związkowych, na które naturalnie nie włażą ci okropni laicy) oraz przeniesienie wystawy z miejsca łatwo dostępnego dla wszystkich okolicznych mieszkańców na jakieś straszliwe zadupie, najlepiej takie, do którego można dojechać jedynie samochodem, ewentualnie wozem zaprzężonym w leniwe woły.

Dobrze jest też wyznaczyć na parking możliwie pylisty placyk wypełniony dodatkowo podstępnie ulokowanymi dziurami, przy okazji biorąc za możliwość zaparkowania tam opłaty jak za miesięczny wynajem luksusowego apartamentu w Kuala Lumpur.

Jeśli już w takie miejsce kursuje jakaś miejska komunikacja, to warto sprawdzić czy przynajmniej są to może autobusy typu „ogórek” z lat sześćdziesiątych, jeżdżące co dwie godziny, a do najbliższego przystanku wiedzie droga co najmniej trzykilometrowa, częściowo prowadząca przez bagna, moczary albo zabytkowy poligon po wojskach radzieckich, ozdobiony dowcipnymi napisami ‘MIN NIET’.

To na wstępie wyeliminuje z publiki przynajmniej emerytów, rencistów, inwalidów oraz rodziców z małymi dziećmi. Trzeba by było jeszcze pozbyć się zdrowych odwiedzających w wieku poborowym, ale spokojna nasza rozczochrana, coś tam jeszcze dodatkowo się wymyśli.

Ja rozumiem że zaraz usłyszę świętojebliwy argument o kosztach takich imprez i że trzeba robić oszczędności i tak dalej; ciekawe jeno, że opłaty za wystawienie psa jakoś nie spadają, przeciwnie wprost, a i bankieciki dla sędziów czemuś nie zaczęły się ograniczać do kilku paczek solonych paluszków, wody mineralnej i – ewentualnie – piwa marki Wojak, oj nie nie, bynajmniej.

No i tak przeistaczają się wystawy psów w na wpół zamknięte korpoimprezki, dog-show-2285424_1280których jedynym celem jest załatwienie hodowlanek, zrobienie kolejnych championatów tym, co mają wygrać i – ewentualnie – prowadzenie bujnego życia towarzyskiego przez członków tejże korporacji.

Siedząc wokół ringów pod ogromnymi, rozłożonymi przez siebie namiotami dokładnie zasłaniającymi ludziom widok i przylegającymi ściśle do siebie, tak żeby nikt się nie wcisnął pomiędzy nie i ringu nie zobaczył, trzecią godzinę rozczesując swoje perfekcyjnie przygotowane psy na porozstawianych wszędzie profesjonalnych groomerskich stanowiskach, kiedy już skończą plotkować o konkurentach, będą sobie państwo hodowcy narzekać na straszliwie niski poziom kultury kynologicznej w tymkraju, na brak świadomości nabywców psów, na ludzką chytrość i materializm, każące Karynom i Januszom kupować „w tych okropnych pseudohodowlach”.

W tzw. międzyczasie siedem razy odwrócą się tyłem do usiłującego o coś spytać pałętającego się obok profana, ewentualnie wyniosłym gestem i patrząc gdzieś ponad jego głową podadzą mu wizytówkę z adresem internetowym hodowli (teraz lepiej widziana jest nie staroświecka strona www, tylko fp na facebooku), a tak ze trzy razy odgryzą rękę komuś kto niebacznie spyta czy może zaprzyjaźnić się z ich psem – tym którego wyjęli ze stosu klatek wypełnionych trzydziestoma należącymi do nich championami – ustawionego nieopodal, bo zbliża się czas kiedy będzie pokazywana jego klasa.

I dalej nie będą, biedacy, rozumieć, że takimi działaniami (albo zaniechaniem działań, jakim jest na przykład uporczywe wykłócanie się z własnym oddziałem o sposób organizacji imprez) niezmiernie skutecznie strzelają sobie w stopy, ogniem ciągłym wręcz, można by rzec.

Wbrew temu, co zdaje się myśleć coraz większa część środowiska, Postcard Hello Thereczynnik ludzki jest bardzo ważny, mimo rozwoju virtual reality, w którym to virtualu oczywiście możemy championić do woli, zamieszczać kolorowe zdjątka z coraz wymyślniejszych sesji fotograficznych naszych psów, opowiadać nie mające żadnego oparcia w rzeczywistości dyrdymały o ukochanych, a aktualnie hodowanych rasach i tak dalej.

Kiedyś wystawy stanowiły rodzaj pomostu między środowiskiem hodowców – czy ogólniej, kynologów – a takimi właśnie „zwykłymi” ludzieńkami, którzy zupełnie nie rozumieli, o co w tym wszystkim chodzi, niemniej byli na swój nieporadny sposób gotowi do dowiedzenia się czegoś od osób które w tym głęboko siedzą. I, upieram się, naprawdę możliwość obejrzenia wielu ras naraz, podejrzenia jak te psy zachowują się w kuluarach, porozmawiania z wieloma hodowcami stanowiła ten pierwszy filtr, to pierwsze, chociażby, zawężenie kryteriów wyboru.

Rzecz w tym, że żałosne szczątki dawnych świąt kynologicznych, niezachęcające, zapyziałe i bidne oczywiście mało kogo przyciągną.

No ale, jako się to już rzekło, najwyraźniej o to właśnie chodzi.

 

*) wersji Legendy O Briardzie jest wiele, na pewno szanowny czytelnik sobie je wygoogla, ja w największym skrócie powiem, że było to tak: oto pewien szlachetnie urodzony średniowieczny rycerz został podstępnie, skrytobójczo zamordowany przez swego konkurenta podczas łowów w puszczy (stąd strzelanie do wiewiórki – przyp. mój). Świadkiem morderstwa był pies rycerza, briard, który następnie przy jakiejś okazji na książęcym dworze rozpoznał zabójcę i się na niego rzucił. Roztropny książę zarządził ordalium, podczas którego pies miał walczyć z podejrzanym. Oczywiście briard zwyciężył, czym potwierdził winę sprawcy, którego spotkał sąd, niesława i infamia, a nie wiem, czy i nie postradanie którejś niezbędnej części ciała.

W czasie pokazu briard – profesjonalista grał swoją rolę całkiem nieźle, na koniec z entuzjazmem gryząc pozoranta (przebranego w zaimprowizowane średniowieczne szaty) w rękaw. Publika wiwatowała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *