Kto się boi internetu?

w3

trybiki

Paroletni pies w typie rasy (spuśćmy zasłonę miłosierdzia, jakiej) miał w życiu straszliwego pecha. Najpierw, rodząc się z zespołem wrodzonych wad, obejmujących ślepotę i poważne problemy z kośćcem. Potem, trafiając do drania który trzymał go w odizolowanym pomieszczeniu, wypuszczając jedynie na trochę i przy okazji pewnego dnia najeżdżając na niego autem, po czym pozostawiając sprawy do naturalnego rozwiązania, czyli: zdechnie albo się zrośnie. Się zrósł, wydobrzał, na ile mógł w swoim stanie ogólnym, tylko jeszcze bardziej krzywy, po czym – kolejny pech – zdołał jednak dać dyla, tłukąc się po okolicy w stanie absolutnego przerażenia światem którego nie znał.

I tu pech największy, bo nie zdołał trafić pod tira, miłosiernie i szybko kładącego kres jego mękom, tylko został odłowiony przez miłośników zwierzątek.

sleepingdogs-lieNo więc mamy sparaliżowanego strachem, niezsocjalizowanego i będącego w stałej traumie zwierzaka, przerzucanego od jednego domku tymczasowego do drugiego, najchętniej w środku miasta (którego nie zna i którego się boi). Zajmujący się nim miłośnicy nie rozumieją, że de facto należałoby go, jak szczeniaka, zacząć uczyć że istnieją formy porozumienia z człowiekiem, krok po kroku i z bardzo słabymi rokowaniami na sukces – o nie, miłośnicy uważają, że trzeba do niego mówić jak do każdego innego psa, tylko głośniej i może WIĘKSZYMI LITERAMI, z czego na przykład nauczy się cudownym sposobem, co oznacza „chodź” i że uparte szarpanie go za szelki to znak że ma podążać za wykrzykującym do niego człowiekiem.

Miłośnicy wciskają mu tzw. „smaczki”, nie do rytmu i nie do taktu, słowem: bez sensu zupełnie, będąc przekonanymi że piesek ma się wspaniale skoro czasem jest w stanie te nagródki przełknąć; są głośni, hałaśliwi i zadowoleni z siebie, nie zauważają, że to zwierzę jest tak straumatyzowane, że chce już tylko przestać żyć. Ale na ten ogrom przerażających zjawisk, jakie go spotykają, reaguje biernością i uległością – cóż, taka konstrukcja psychiczna.

Każdy miłośnik, a raczej każda miłośniczka spotykając tego pechowca uznaje za stosowne dać wyraz tkliwym uczuciom, rzucając się na niego znienacka (przypominam: niewidome zwierzę które akurat słabo orientuje się w przestrzeni, cierpiąc dodatkowo z powodu hałasu panującego wokół) i obcałowując po głowie.

Pies nie chodzi: zatacza się, wlokąc jedną nogę dyndającą bezwładnie. Druga powoli odmawia posłuszeństwa. Kręgosłup jest powykrzywiany, beznadziejnie skrzywiona miednica.

Organizacja która zajmuje się tym nieszczęśnikiem nie szczędzi kasy internautów: zwierz znajduje się pod opieką (eeee…?) Bardzo Znanego Superweta, który diagnozuje psa, diagnozuje, już kilka miesięcy, co prawda jeszcze nie wyczknął z siebie owej diagnozy ale za to zlecił „rehabilitację” (mistrzostwo świata: nie wiemy do końca co psu jest, ale róbmy coś, zwłaszcza że fundacja płaci hojnie za owe zabiegi, robione przerażonemu zwierzęciu kilka razy w tygodniu, a, no naturalnie w klinice pana Superweta, tak przypadkiem zapewne).

Jest fajnie i gra gitarra, Superwet obmyśla kolejne, maksymalnie kosztowne badania, spotyka się z pieskiem co miesiąc na kolejnej „konsultacji”, miłośnicy zwierzątek płacą na psa-pechowca, a zwierzak tkwi sobie we własnym, prywatnym, głębokim piekle i będzie tkwił jeszcze długo: zawsze można mu będzie amputować łapę, a może dwie, i zbierać na wózek, co? Oczywiście po „leczeniu” komórkam macierzystymi i paroma innymi fajnymi zabiegami, spoczko, na wszystko przyjdzie czas i kolej.

Każde pytanie o możliwość skrócenia jego męki spotyka się z wybuchem totalnej histerii i agresji.

where-are-you

Nie potrafię, tak do końca, odpowiedzieć, skąd się bierze u ludzi którzy zaczynali swoją działalność (ja w to naprawdę nie wątpię) z najszlachetniejszymi intencjami tak straszliwy brak litości skryty pod pozorami, a jakże, dobrego serduszka.

To znaczy wyjaśnienia są dwa, jedno cyniczne, drugie psychologiczne.

Opinię o cynizmie ogarniającym środowisko wyraziła, o dziwo, osoba pozostająca z nim w regularnym kontakcie, a pełniąca w owej fundacji rolę, pardą my French, tak zwanego pożytecznego idioty co to zawiezie, przywiezie, przetrzyma pieska, wpłaci kasę, powspiera przez komputer, telefon i w realu i tak dalej; na dodatek nie zadającego pytań i ślepo wierzącego w stuprocentowo idealną działalność Prześwietnej Organizacji.

monkey-business-atOtóż na temat opisywanego przypadku uczyniła interesującą uwagę. No tak, powiedziała, to jest faktycznie duży problem, bo przecież fundacja już zdążyła psa ogłosić, zbierała na niego pieniądze, historyjkę ładną napisała w internecie, ludzie chcą happy endu, to jak im teraz napisać, że pies uśpiony? Przecież czytelnicy wydarzenia – co dopiero mówić o fundacyjnej konkurencji! – ich by tam zagryźli. Poczuliby się rozczarowani, oszukani.

Pieskowi było źle w życiu, teraz, dzięki wsparciu darczyńców, „musi” być lepiej, niezależnie od tego jak bardzo w realnym życiu cierpi.

A Słynny Lekarz, to samo, nie powie przecież że należałoby psu dać odejść, humanitarnie i w spokoju, wszak „rzuciliby się na niego w internecie” że taki fachowiec a tak bezecnie „skazuje na śmierć” ukochanego (aktualnie) pieska internautów.

No więc jest na tym świecie pies długotrwale maltretowany na różne sposoby i najwyraźniej jeszcze na nim pobędzie. Biedak. Jak ktoś ma pecha, to zazwyczaj na całego.

Ha! Internet jako stugłowa hydra, bezwzględny cenzor ludzkich zachowań i poglądów, cień towarzyszący Gedowi na całym Archipelagu*)

connectNo dziwna sprawa, bo z jednej strony ponoć boją się te różniste organizacje internautów jak ognia, kombinując całymi dniami jak by tu cnoty nie stracić, a rubelka zarobić, a jednocześnie, kiedy przyjdzie do zadraśnięcia wydętego niczym balon ego fundacyjnych działaczy, to im jakoś internetowa opinia publiczna mało przeszkadza. Zwłaszcza że dość łatwo się jej pozbyć, to znaczy tej niewygodnej części, tej która w mediach społecznościowych nie zajmuje się wyłącznie:

  • – umieszczaniem serduszek tudzież aniołków
  • – umieszczaniem kreskówkowych piesków przytulonych przez ludzika
  • – umieszczaniem kreskówkowych kotków otoczonych serduszkami
  • – umieszczaniem lapidarnych wpisów „przelew poszedł!”
  • – umieszczaniem uwag że ci, co ośmielają się zadawać pytania, to niegodni jakiegokolwiek zainteresowania hejterzy którzy „sieją zamęt” jak również nigdy niczym pożytecznym się nie zajęli, poza „klepaniem w klawiaturę”

Wystarczy zablokować niewygodnych rozmówców i po krzyku. netodogGeneralnie chodzi o to, żeby na wydarzeniach albo stronach tematycznych istniały opisy wyprodukowane przez zwierzątkowych aktywistów oraz ich entuzjastycznie nastawionych fanów, nic więcej.

Stwarza się pozory iż czegokolwiek byśmy nie uczynili, jest to dzieło wspaniałe, wszystkie nasze decyzje są słuszne i sprawiedliwe i mają tzw. szerokie poparcie społeczne (a propos, nie przesadzacie z tą demokracją? Jest nawet takie powiedzonko: „jedzmy odchody! miliardy much nie mogą się mylić” czy jakoś tak).

Istne „Jasne łany”, tfu. I żałosne, że są naprawdę rzesze głupawych, choć poczciwych ludzi włażących w tę interpretację świata jak w masło.

Jak dla mnie gorsza jest druga interpretacja, psychologiczna, bo przyjęcie jej oznaczałoby że ci wszyscy aktywiści naprawdę wierzą w to, co robią, a z fanatykiem który przejeżdża walcem przez inne jednostki ludzkie oraz zwierzęce będąc świecie przekonanym o własnej dobroci, bezgrzeszności i nieomylności niewiele się ujedzie. Z cynikiem można próbować się dogadać, z psycholem – nigdy.

Co dopiero z psycholem upojonym władzą, jaką zdobył nad innymi. Ejże, czy na pewno – z psycholem…?

Znacie Efekt Lucyfera Zimbardo? Książka opowiada o eksperymencie psychologicznym (tzw. stanfordzkim eksperymencie więziennym: chodziło o podzielenie grupy zdrowych, z pozoru, psychicznie i odpornych ludzi na strażników oraz więźniów, stworzenie sztucznego środowiska obozu? więzienia? kolonii karnej? i prześledzenia procesów psychologicznych zachodzących u osadzonych i ich strażników w warunkach, jak się zdawało, absolutnie kontrolowanych) z którego – w największym skrócie mówiąc – wynikło, że duży odsetek ludzi z pozoru normalnych i tzw. przeciętnych w specyficznej sytuacji, otrzymując władzę nad kimś, zaczyna zachowywać się jak sadystyczna szuja, upajając się tą władzą i przy okazji załatwiając własne intymne potrzeby poznęcania się nad bliźnimi.

A nawet ci, którzy starają się w tym wszystkim być sprawiedliwi i w porządku, w końcu zaczynają się nad swoimi ofiarami co nieco wymałpiać.

Cechą wspólną obu tych grup było / jest ślepe słuchanie rozkazów „góry”, w tym przypadku: organizatorów eksperymentu. W Stanford nikt nigdy nie zakwestionował jakichkolwiek poleceń, co, mianowicie, ma zrobić z podległymi mu więźniami.

A propos: eskalacja przemocy i nadużyć spowodowała że eksperyment przerwano zanim padły pierwsze trupy.

old-dog-sleepyJakoś nieprzyjemnie znajomo to brzmi. Po pierwsze, gdy chodzi o to, co potrafią wyczyniać tzw. dobrzy ludzie ze zwierzętami które oficjalnie nie są ich własnością, a przecież w pełni od nich zależą – znalezionymi, przygarniętymi, znajdującymi się pod skrzydłami takiej czy innej organizacji. A więc nie ma silnej więzi uczuciowej, która być może działałaby jak hamulec (co ja wyprawiam z moim kochanym psem który towarzyszył mi tyle lat? przecież widać, do czego to zmierza), za to są tzw. dodatkowe możliwości diagnostyczne, bo najczęściej akcja „zbieramy na cztery sztuczne nogi i sztuczny nos dla Pimpka znalezionego przy autostradzie” spotyka się z szerokim odzewem w necie i pieniądze płyną, podczas gdy galwanizowanie do upadłego (przy uprzejmym udziale weterynarzy) naszego własnego zwierzątka jest trudniejsze, bowiem na co bardziej skomplikowane i droższe techniki musimy przeznaczyć co nieco i trochę się pogimnastykować żeby forsę wygospodarować.

Wiadomo, zawsze łatwiej hula się za cudze, nie?

Po drugie, nie ma okrutniejszych i bardziej odpornych na jakiekolwiek argumenty ludzi niż maniakalni aktywiści którzy poczują że mają władzę nad czyimś życiem, co zyskują, gdy dodatkowo uda im się zdobyć cudzego zwierzaka którym mogą następnie szantażować usiłującego go odzyskać właściciela.

A może nadmiernie komplikuję? Zdarzyło mi się przyglądać kilku tego typu przypadkom, niestety także w realu, no i rzucał się w oczy pewien schemat. Tymi nie-do-uratowania psami i kotami zajmowały się zwykle jednostki, no co tu kryć, mało inteligentne, z zerową empatią, za to niesłychanie, wprost obsesyjnie zachwycone sobą i swoją dobrocią dla zwierzątek. Hałaśliwe, pewne siebie, z tupetem, przekonane że „znają się” jak nikt (bo już X psów czy Y kotów przerobiły, słowem, „nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficera”).

no-photo-please

Gorzej, że to właśnie te jednostki decydują o losie zwierząt, które, nieszczęsne, są na rezultaty tych decyzji skazane.

Co więcej, te właśnie jednostki usiłują się też wtryniać w życie innych ludzi, no bo wszak „znają się” i wiedzą, jak należy zajmować się każdym zwierzakiem na tej planecie, do najdrobniejszego szczegółu. Pisaliśmy już kiedyś o tym.

Co do weterynarzy zaś, tych którzy swoją osobą i swoją wiedzą firmują coraz wymyślniejsze eksperymenty na zwierzętach (a tak, owa jakże potępiana przez wszystkich zwierzolubów wiwisekcja przeniosła się bowiem w dzisiejszych czasach z tajnych laboratoriów na ulicę, a raczej do weterynaryjnych klinik, siedzib organizacji prozwierzecych i rozmaitych domków tymczasowych – w sumie ta w laboratoriach jest chyba humanitarniejsza, bo nieraz cierpienia zwierzaka poświęconego w służbie nauki trwają krócej, niż takiego będącego pod czułą opieką miłośników zwierzątek) – cóż, pecunia non olet, pieniądz nie śmierdzi.

Niektórzy dochodzą do przekonania że byliby frajerami, usiłując utrzymać siebie i klinikę z forsy zarobionej od indywidualnych klientów, kiedy mogą żyć, o, taaak, jak pączuś w maśle dzięki obrotowi robionemu przez zwierzątka fundacyjne sweet-eyesktóre można zabiegować, diagnozować, obrabiać, galwanizować i podtrzymywać przy życiu bez sensu co prawda i bez litości, ale za to długo i nie szczędząc kosztów. Które ponoszą, nota bene, darczyńcy, znaczy ci, no – pożyteczni idioci z internetu, ci nie wychodzący w swoim zapale do poznania prawdy poza sprawdzenie czy codziennie na wydarzeniu pojawia się nowy aniołek, piesek, bukiecik kwiatków albo serduszko.

W końcu zwierzęta bezdomne nie mają jednego, kochającego je i kochanego człowieka który w stosownej chwili powie: dość!

Słowo „dość” nie istnieje w słowniku niektórych prozwierzątkowców, zawzięcie walczących z naturą i jej prawami. Przekonanych, że – na przykład – decyzja o podjęciu opieki paliatywnej, ewentualnie eutanazji, a nie zadręczaniu śmiertelnie chorego zwierzątka z góry skazanymi na niepowodzenie próbami sztucznego przedłużenia jego życia to jakieś straszliwe „zaniedbanie”, co ogłaszają wszem i wobec. Oczywiście – w internecie. No więc może jednak trzeba się go bać, tego internetu. Wszyscy powinniśmy?

P.S. A-ha. Wszystkim dziedzicznie obciążonym jednostkom które wysnują teraz wniosek że jestem przeciwko leczeniu zwierzątek „w ogóle” od razu mówię: veto, zapewniając, że jest spora przestrzeń pomiędzy „zostawić żeby zdechło” a „zwolna zamęczyć dzięki postępom medycyny weterynaryjnej, a wbrew zdrowemu rozsądkowi”.

 

 

 

*) Ursula le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu – cykl który szczerze polecam.

14 thoughts on “Kto się boi internetu?

  1. Wiesława

    jak zwykle w punkt i na temat, ale nie mam złudzeń , że przeczytaja i wyciągną wnioski bohaterowie wpisu [i nie mysle tu o psich nieszczęśnikach..]. “Czarnoksięznik ” to jedna z książek które zabrałabym na wyspe bezludną. Swietny blog, pozdrawiam w.

  2. Oprócz cynizmu i psycholstwa dołożyłabym jeszcze niechęć do ponoszenia odpowiedzialności. Nikt nie chce wziąć na siebie decyzji o eutanazji, szczególnie w przypadku zwierzaków fundacyjnych, czyli czyich właściwie? Kto ma zdecydować o eutanazji? Fundacja pyta lekarza, lekarz fundacji, wszyscy pod obstrzałem internetu, każdy od siebie odsuwa odpowiedzialność. Ja jestem lekarką weterynarii, też nigdy na eutanazję nie namawiam, to musi być decyzja właściciela, a może powinnam czasem namawiać?

    • aaa

      oni się nie pytają, raczej. To w necie ma dobrze wyglądać.

    • Teresa

      Tak, uważam że dobry weterynarz powinien w odpowiednim momencie dać delikatnie ale jasno do zrozumienia, że szanse na wyleczenie czy poprawę są znikome i ułatwić podjęcie tej decyzji, choćby przez fakt, że zdejmie z opiekuna (niesłuszne) poczucie winy. Często opiekunowie, mogą się też wstydzić podjąć temat w obawie, że zostaną uznani za osoby bez serca lub zbyt skąpe aby kontynuuować leczenie. Sama musiałam kilka razy podjąć tą smutną decyzję i cieszę się, że moi weterynarze nie owijali w bawełnę.

  3. Ewa Debis

    Moje przemyślenia są podobne, a może nawet bardziej gorzkie. 80 % “dobroczyńców” ratujących psy kieruje się emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem. I zatrważające jest w tym wszystkim to, ze osoby, które “ratują” te wszystkie biedne zwierzaki mają zero umiejętności i wiedzy na temat behawioru, a cała empatia sprowadza się do tego: o jaka biedulka, uczynię go szczęśliwym psem/kotem/gołębiem czy innym mysikrólikiem. Nie ważne, jaka porcję cierpienia i traumy się przy tym funduje. Nie wiem do końca, co tymi ludźmi powoduje, ale mam w wielkim podejrzeniu, że chęć pokazania się FB światu jako jedynatakawspaniałaratująca to, co niemożliwe, i tym sposobem podniesienie sobie samooceny. I najgorsze jest to, ze do takich osób żadne racjonalne argumenty nie docierają, jedyna reakcja, to bezrefleksyjna agresja. I zadziwia mnie ta blokada na zdobywanie wiedzy i umiejętności, no bo ja wiem lepiej, uratowałam setki biedaków. A kliniki weterynaryjne żerujące na takich beznadziejnych przypadkach, to już odrębny temat. Na szczęście nie miałam z takimi do czynienia.

  4. Agn Szubert

    Prowadząc Kocie Hospicjum mam do czynienia zarówno z jednymi – histerycznymi aktywistami pt. ‘ratuj!, ratuj! za wszelką cenę!’, jak też tymi, którzy widząc fotę i czytając opis: ‘wada genetyczna, wrodzona, starość, ciężki uraz’ podejmują się diagnozowania zaocznego i zaocznego ustalania, czy zwierzę cierpi i jaki jest jego komfort życia.
    Zdrowy rozsądek zaś podpowiada mi, by nie wypowiadać sie w kwestii przypadków, których naocznie nie mogę ocenić. I uważam, że zdrowy rozsądek potrzebny jest po jednej i po drugiej stronie.
    Agn

    • Waldorf

      Złoty środek, prąpani. Od wieków ceniony, ale rzadko stosowany w praktyce. 🙂 P.S. Odnośnie opisywanego przypadku, widziałem na własne oczy, jak również zachowanie “ratowaczy” względem tego zwierzęcia.

      • Agn Szubert

        Problem ze zdrowym rozsądkiem jest taki sam, jak z innymi rzeczami – mają różne znaczenia dla różnych osób… 😉 . W ponad piętnastoletnim doświadczeniu w tej robocie obserwowałam, jak to wygląda w odniesieniu do tego samego przypadku. Dla jednych kot bez dwóch łap i ogona nie był wart życia [przeżyła sześć lat po zabiegu amputacji], dla innych wymagała dorobienia protezy, lub chociaż wózeczka. obie strony ‘doradców’ powoływały się, a jakże, nie tylko na dobro zwierzęcia, ale również na zdrowy rozsądek.
        Rozumiem, że tekst jest wypowiedzią na podstawie doświadczenia autora, jednak ma wydźwięk znacznie ogólniejszy i tylko króciutkie ‘P.S.’ może go ewentualnie ratować przed nadużyciem po stronie ‘zdroworozsądkowych zwolenników eutanazji zdefektowanych zwierzaków’. Po prostu, trochę za dużo uogólnień i radykalnych tez się w nim pojawia.

        • Problem ze zdrowym rozsądkiem mają wyłącznie osoby go pozbawione, kierujące się zamiast tego przekonaniami, które opierają się o nieprawdziwy obraz rzeczywistości. Opinie opierające się na zdrowym rozsądku wymagają trafnej diagnozy sytuacji zastanej, na której podstawie można wyciągać jakieś wnioski na przyszłość.
          W tym przypadku np głoszenie, że pies, który nie został nawet zdiagnozowany “się poprawia” i w ogóle jest lepiej bo uczestniczy w zabiegach rehabilitacyjnych, które nie wiadomo co i jak mają poprawić, będąc równocześnie źródłem długotrwałego stresu, przy braku informacji jakie są możliwości stałej poprawy komfortu życia potwornie już umęczonego stworzenia, to klasyczny przykład oderwania od rzeczywistości i dziwnego ideolo, w wyniku którego przysparza się temu zwierzęciu dalszych cierpień bez żadnych widoków na to żeby im ulżyć.

          • Agn Szubert

            🙂 To teraz możemy wdać się w filozoficzną dyskusję, co to znaczy ‘prawdziwy obraz rzeczywistości’ [który ma być rzekomo wyznacznikiem zdrowego rozsądku].
            Ale – uwaga! – mam ku temu dobre przygotowanie. 😉
            Agn

            • Statler

              Nie. Odrzuciwszy możliwość korzystania ze współczesnej diagnostyki weterynaryjnej moglibyśmy wdać się co najwyżej w dyskusję ideologiczną. Dyskusja filozoficzna wymagała by rygoru zastosowania racjonalnego rozumowania w oparciu o istniejące dziedziny naukowe.
              I tak właśnie jest, że osoby uzasadniające swoje decyzje ogólnymi celami (dobro psa), nie zawracając sobie głowy oceną faktycznego stanu jego zdrowia kierują się (jak wyżej napisane) ideolo. Ma to dokładnie zero wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, nauką i filozofią również.

              • Dorota

                Również uważam, że należy zachować jakiś zdrowy rozsądek.
                Jaki jest sens kosztownych terapii rzędu kilku-kilkunastu tysięcy złotych z nikłymi szansami wyleczenia, podczas gdy jest tyle bezdomnych sprawnych zwierząt, które wymagają stworzenia lepszych warunków i pomocy by znalazły dom.

                Ale nie, fundacyjki kierują się zasadą: “Im gorszy stan, tym lepiej”, największym uznaniem cieszą się więc zwierzaki połamane i z pourywanymi kończynami… Najlepiej jeszcze stare, ale niekoniecznie ważne by historia była dramatyczna i chwyciła odpowiednią ilość darczyńców za serce.

                Jest mi oczywiście szkoda takich zwierząt, jednak uważam za zasadne i humanitarne poddawanie ich eutanazji.

  5. Serio się z Tobą zgadzam i uważam, że za często chęć niesienia pomocy zwierzętom mają bardzo złe skutki. Szczególnie, jeżeli w pewnym momencie pojawiają się tam pieniądze.

    Wszelkich fundacji i organizacji pomagających jest naprawdę mnóstwo i bardzo przykre jest jak widzi się, że duża część budżetów idzie na cele ”marketingowe” oraz inne, mało skonkretyzowane. Trudno tak naprawdę napisać coś sensownego – pomagać trzeba, to wiadomo. Jednak ta pomoc powinna być świadoma i rzeczywiście mieć na celu pomoc psu, nawet jeżeli niekoniecznie wpływa to pozytywnie na nasz wizerunek.

    Ludzie boją się eutanazji i będą się bali. Niestety czasami jest to najlepsze rozwiązanie. Nie wszystko da się naprawić smaczkiem i dobrym słowem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *