Słodkość wszechpanująca czyli syndrom landrynki

w3

Landrynka_super vintageNa początek oddam głos Mistrzowi Janowi Kaczmarkowi; po cóż się siłować skoro ktoś celnie oddał to o co chodzi – i to w rymach?

(…)

Jeziora pozornie są takie cudowne,
Gdy lekka przykrywa je falka,
Jedynie na niby są takie spokojne,
W ich głębi śmiertelna wre walka.
Wypływasz łódeczką, zanurzasz się w trzcinie,
Co brzegi znienacka porasta;
Dwa metry pod tobą w bagiennej głębinie
Bandytyzm, sadyzmy, bestialstwa.

Tam szczupak bandyta poluje na lina
I okoń się czai na żabę,
Sandacz na płotkę swój parol zagina,
Węgorz się wpija w doradę.
Tam rak wodny, żulik, dopadłszy robaka,
Zamęcza go w sposób haniebny,
Sum goni pędraka, leszcz męczy ślimaka,
Liczą się tylko zęby.

A w górze słoneczko i miły zefirek
i zielsko rozrasta się sielsko.
Na zielsku nenufar, a nad nim motylek
z tą swoją słodyczą anielską.
(…) *

RóżowyTo tak w kontrze do przedziwnego, ulepkowato słodkiego klimatu jaki od pewnego czasu zapanował wokół zwierzaków. Wśród właścicieli zwierząt, wśród osób zajmujących się pomocą bezdomnym psom i kotom, wśród tak zwanych profesjonalistów – niestety – w części także. Nazwijmy to syndromem landrynki.

Widzimy tę postępującą landrynę choćby w sferze języka, jakim o zwierzakach się mówi.

Świat słodziaków z ucholkami i łapinkami wydaje się, na pierwszy rzut oka, nieszkodliwy – w końcu może sobie istnieć grupa ludzi pozbawionych chęci zapoznania się z prawdziwą naturą rzeczy, z lubością nurzająca się w wymyślonych prostych schematach – gdyby nie to, że owa naiwna wiara w disneyowskie klimaty owocuje wieloma niemądrymi zachowaniami i decyzjami w realu.

Dobroludziści nie wierzą, że świat zwierzaków, także tych naszych domowych ulubieńców, jest bliższy klimatem temu z piosenki Kaczmarka, niż wyidealizowanemu światkowi w którym zwierzątka to takie jakby ludziki, tylko bez żadnych złych cech; kochające albo chociaż „pragnące” kochać, a jak – przypadkiem – trochę niemiłe, to znaczy że skrzywdzone (a więc niewinne, w związku z czym możemy się pooburzać na łajdaków którzy je do bycia niemiłymi doprowadzili, ale broń Boże nie robić z niemiłymi zachowaniami niczego skutecznego).

Mit „dobrego dzikusa”, mający korzenie jeszcze w oświeceniu, trzyma się, jak widać, mocno, tylko zamiast „dobrego prostego człowieka którego nie zepsuła cywilizacja” mamy „dobrego zwierzaczka”, oczywiście w kontraście do wstrętnego, czyniącego samo zło, gatunku ludzkiego.

Dobroludziście nie przetłumaczysz, że nasze kochane psiuńcie, o ile zachowały jeszcze choć ślad popędów i temperamentu, postępują zgodnie ze wskazaniami natury – a ta jest w gruncie rzeczy dość nieprzyjemna, choć zabójczo skuteczna.

Psiuńcie, jeśli będą bardzo głodne i pozbawione możliwości pozyskania pożywienia, to spróbują nas zeżreć, zwłaszcza gdy już będziemy martwi (vide: przypadki nadjedzenia zwłok właściciela przez pieska zamkniętego z nimi na długo w pustym mieszkaniu).

Psiuńcie zbite w odpowiednio duże i współpracujące stado spróbują nas, a jakże, zeżreć nawet gdy będziemy jak najbardziej żywi i się im napatoczymy pod zęby w warunkach posuchy łowieckiej.

Psiuńcie zamordują kota albo inszą kurę kiedy mają do tego okazję – o ile zachowały dość instynktu i nie przerwano w ich naturze łańcucha zachowań łowieckich, no i jeśli sądo tego fizycznie zdolne (niektóre rasy praktycznie nie są).

Gryźli_02Psiuńcie słuchają instynktu mówiącego im, że fajnie jest gnębić każdego kolesia, którego uznają za słabszego. Bo słabszy nie odda więc dokuczanie mu to czysta przyjemność.

Psiuńcie nasze pipczenie, podlizywanie się im i ustępowanie na każdym kroku traktują racjonalnie, a więc biorą dokładnie tyle, ile im dajemy, wliczając w to nasze (domniemane przez nie) zezwolenie na zachowania typu napadanie na ludzi, inne psy, darcie ryja bez opamiętania, demolki, szarpanie nami niczym worem ziemniaków, okazywanie nam braku szacunku i tak dalej. Nie odczuwają wdzięczności za fakt, że ogłaszamy iż bardzo je kochamy, bardzo je szanujemy i postępujemy zgodnie z aktualnie obowiązującymi filozofiami „bez przemocy”.

Psiuńcie walczą, jeśli uznają że akurat wypada to uczynić. Ba, wiele psiuńciów znajduje w walce sporą przyjemność.

Psiuńcie gryzą – nie tylko ze strachu, ale także kiedy stwierdzą że wypada nas uświadomić, czego chcą, a my z jakichś dziwnych przyczyn nie odgadujemy ich życzeń wystarczająco szybko.

I tak dalej, i tak dalej.

Ponieważ to wszystko brzmi tak okropnie i niemodnie, zakładam że dobroludziści oburzą się i wyciągną ciężkie działa w stylu „znaczy że trzeba psy okładać kijem???” i inne takietam prostackie kalki; nieważne. Oczywiście nie chodzi mi o „okładanie kijem” czy (ogólniej) bycie dla psa nieprzyjemnym – ale o przyjrzenie się psom jako gatunkowi. W smokinguZ którym idziemy noga w łapę już bardzo długo, który modyfikujemy pracą hodowlaną (nie zawsze najszczęśliwiej, niestety), który wykorzystujemy do pracy i rozrywki, także do zaspokojenia emocjonalnych potrzeb – ale który nie jest i nigdy nie będzie naszym równorzędnym partnerem, z którym nie dogadamy się na ludzką modłę, który nigdy nie stanie się „ludzikiem” choćbyśmy go poprzebierali w ludzkie ciuchy i nauczyli dwóch setek sztuczek. Osobiście uważam, że to dobrze, no ale de gustibus.

Infantylizm w podejściu do zwierząt kończy się zazwyczaj nieszczęściem tych ostatnich. Ponieważ każdy porzucony, skrzywdzony pies jest taki biedniutki, podświadomie oczekuje się od niego, że będzie się zachowywał jak taka właśnie skrzywdzona ofiara. Potem straszne ajwaj, kiedy biedulek po dwóch tygodniach w nowym domu zaczyna odgryzać ludziom kończyny albo demolować lokal, bo jakże to tak, powinien być wdzięczny za nową szansę, nie?

Ewentualnie wymachuje się, niczym pałką, owym „skrzywdzeniem” i blokuje skuteczną pracę nad resocjalizacją.

Albo wszystkie te psie futrzaczki traktowane z najwyższym szacunkiem i „szkolone nowoczesnymi metodami”, Futrzatekco najczęściej oznacza naukę setek sztuczek w wyizolowanych warunkach, bez bodźców rozpraszających i śladu przymusu, a potem traktowane cała tablicą Mendelejewa w pigułkach, kapsułkach albo kretyńskich dyfuzorach wtykanych do kontaktu, bo czemuś ciężko z nimi żyć, więc na pewno są „chore psychicznie”.

Weźmy takie psie bójki. Nasza cywilizacja nie lubi przemocy (stąd panika w zetknięciu z przybyszami z innych kultur, którzy ową przemoc uznają za coś jak najbardziej naturalnego, no i pokaźne jej dawki aplikują rozsybaryconemu, pozbawionemu woli walki, zdziecinniałemu Zachodowi), toteż jest „oczywiste” (tylko dla kogo?) że gryzące się psy to przejaw skandalicznie złego prowadzenia tychże. Agresja jest be. Landrynka jest cacy.

Jeśli tylko trafi się dobroludziście pies twardy albo z jakimi-takimi popędami, to często do końca życia jest tragicznie ograniczany: tylko na zamkniętym terenie, tylko na smyczy, wyłącznie w kagańcu, kantary, haltery, easy walkery, inne wynalazki, bo dobroludzista tak dalece nie zna agresji, tak bardzo boi jej się przyjrzeć, że może jedynie próbować ją mechanicznie ograniczać, nie zaś tak sterować psem, żeby ten nie stanowił zagrożenia dla otoczenia. W świecie ucholków i pycholków gryzienie się do krwi to straszne faux pas.

I tak dalej, i tak dalej. Jakiś czas temu głośno było o takiej historii, gdy na podmiejskich ścieżkach spotkał się duży pies z małym psem. Mały poleciał do dużego się bić, duży wyrwał się z obroży i z chęcią podjął wyzwanie, właściciel małego psa włożył w kotłowaninę kończyny żeby ratować ulubieńca, w efekcie został pogryziony i on, i jego psiak, a duży zyskał łatkę potwornego agresora zagrażającego wszystkiemu co żyje. Histeria, jaka się przetoczyła przez środowisko miłośników psów, dawała sporo do myślenia, ano: czemu ludziska są teraz tak strasznie, beznadziejnie nielogiczni?

Portret Tambona, psa księcia Vendome, 1665.
Nicasius Bernaerts, Portret Tambona, psa księcia Vendome, 1665.

Logika mówi, że jak duże zwierzę tłucze się z małym, to większe straty będą zawsze po stronie mniejszego zawodnika.

A jak włożymy ręce w sam środek gryzących się drapieżników, to będziemy mieli dziury.

Dodatkowo – dla osób które cokolwiek wiedzą o psim świecie – fakt że mały pies doskakuje do dużego i chce walczyć jest jak najbardziej możliwy.

Liczy się popęd walki i parę jeszcze innych cech, a nie kwestie wielkości. Psy (te nastawione na konfrontację, nie te tchórzliwe i wrzeszczące z czystego strachu) nie analizują swoich szans, na zasadzie: „kureczka, ważę pięć kilo, a tamten pięćdziesiąt, nie mam szans!” tylko idą na przeciwnika: „zamorduję cię, ty wielka kupo mięcha!”, czy się nam to podoba, czy nie.

Wypadek jak wypadek, o ile udało mi się dowiedzieć, wszyscy przeżyli, no i dobrze, ale miny wyczyniane przez dobroludzistów przy jego okazji mnie naprawdę zastanawiały.

To znaczy do momentu, w którym dotarło do mnie, że w świecie landryny duży nie śmie przylać małemu, bo to niehonorowo.

No tak. To jest, niezaprzeczalnie, argument.

 

 

*) Jan Kaczmarek Co się zżera w jeziorze

6 thoughts on “Słodkość wszechpanująca czyli syndrom landrynki

  1. Piesiuńcio ze słodziutkimi łapuńciami

    W sedno!
    Ile razy natknęłam się na wywody jaki to piesek był bity, jaki krzywdzony, że wszechogarniająca miłość go wyleczy, a jeśli nadal się źle zachowuje to dlatego, że był bardziej krzywdzony niż nam się wydawało i trzeba go kochać i tulić i całować i wtedy będzie nam wdzięczny itd itp…
    A niech znajdzie się ktoś racjonalny, kto podpowie, że należy może ograniczyć tego całowania, “psytulania” i “lofciania” a warto popracować nad wprowadzeniem zasad, pracować nad komunikacją, relacjami (niekoniecznie poprzez super mega miłość), to go zaraz jedzą, że jakieś dyrdymały wypisuje.
    O ile uważam, że pies potrafi kochać, przywiązać się do nas, szukać bliskości o tyle, na litość boską, to jest pies, ma swoje potrzeby, inny system wartości, kieruje się instynktami, nie- sumieniem.
    Tego bardzo wielu osobom brakuje i gubią się w tych fejsbuczkowych serduszkach i słodziutkich pieseczkowych obrazkach.

  2. Barbara

    ‘Psy i Ludzie’, każdy Twój post lub raczej felieton zasługuje na szerszą publikację niż Fbukowa. W żadnym z nich nie spotkałam jakiejkolwiek, nawet niewinnej bzdury. Wszystkie stwierdzenia są wyważone, prawdziwe i wreszcie bez infantylnych landrynek.

  3. daka

    Bardzo ladne.

    Tak. Niewatpliwie.
    Widmo landrynkizmu krazy nad Europa i trzeba sobie zdac sprawe z nadchodzacej Apokalipsy.

    Sandrom landrynki ( czy nie lepiej byloby pisac o landrynkizmie i landryntkistkach oraz landryntkistach ? – tak byoby bardziej naukowo ? ) jest wlasciwie wyrazem znecania sie nad zwierzetami. Psami w tym wypadku, choc cierpia od niego z pewnoscia tez koty a nawet chomiki. O kanarkach juz nie wspominajac. Cywilizacyjne zezwierzecenie relacji z niektorymi zwierzetami polega na odebraniu im przemoca prawa do bycia zwierzetami . (Na szczescie ten trend omija na razie swinie i swinia ma prawo byc swinia nawet a nawet szczegolnie pod postacia schabowego. Jeszcze. Na razie. ) . Zniewolenie zwierzat prowadzi do ich zamiany w lustro, w ktorym chce sie widziec landryntkistka lub landryntkista. A nawet oboje czasami. Straszne. Porazajace.

    Tym bardziej, ze od landrynek w duzych ilosciach dostaje sie prochnicy zebow a i rozwolnienie nie oczczedza.
    Najczesciej umyslowe.

    • Waldorf

      Uwaga na nisko przelatujące kwantyfikatory 🙂

  4. Sporo pasji w Twoim poście i “niezgody” na to przelandrynkowienie zwierząt – i przyznaję Ci wiele racji. Zwierzę zawsze pozostanie zwierzęciem, ze swoją dzikością i instynktami, nieważne jak bardzo je ugłaszczemy, jak bardzo będziemy je stroić, rozpieszczać, próbując upodobnić do postaci z kreskówek, jak bardzo próbować czynić z nich maskotki.
    Żyjmy z nimi w harmonii, dbajmy o nie słuchajmy ich potrzeb, a nie tylko naszych, ale zachowajmy w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Relacja człowiek – pies nigdy nie będzie tożsama z relacją człowiek – człowiek i w uświadomieniu sobie tej różnicy jakościowej tkwi wg mnie podstawa zdrowego podejścia.

  5. amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *