System Wie Lepiej

w3

bearrie

Przy okazji afery z noworodkiem z Białogardu, a zwłaszcza po przeczytaniu rozlicznych komentarzy do sprawy ze strony tzw. poczciwej ludzkości naszła mnie taka refleksja, że jednak nasz gatunek – jako zbiorowisko istot – jest w gruncie rzeczy niesamowicie leniwy. Przejawia się to w absolutnej chęci podporządkowania się autorytetom. No nie, jasne jest dla mnie, że jakieś jednostki znające się na tym czy owym mogą, a nawet powinny, stać się autorytetami właśnie w zakresie owej dziedziny, niemniej u przeważającej większości naszych bliźnich widać nie tyle chęć zaufania owym jednostkom, co raczej nieusuwalną, ostateczną i przepełniającą ich jestestwo niechęć do samodzielnego myślenia. Zdanie się na autorytet oznacza brak owego kłopotliwego, czasem wręcz bolesnego procesu poszukiwania prawdy.

Jak to się przejawia w świecie psiarzy?

Myślę, że większość właścicieli psów to są ludzie walnięci, ale nie w stylu pani Pomfrey z „Wszystkich stworzeń małych i dużych”*), czyli chorobliwie ciumkający do swoich psów. Po prostu w większości mają naturę owiec, baranów, co to beee, beee, idą za stadem, a konkretniej: za obowiązującymi tryndami. Niby się dokształcają, nawet pewien ich procent czyta mądre publikacje: a Skinner to, a Coppingerowie tamto, w przypadku niższych aspiracyj ewentualnie Dunbar czy Fogle… a potem nie potrafią nijak popatrzeć na swojego psa i zwyczajnie zobaczyć, jak ten pies się czuje i w jakim jest stanie psychicznym.

Pomijam pojawiające się krótko- i długotrwałe mody które zwę hasłowymi; w ich ramach lansuje się to czy inne zawołanie, odwołujące się do pokładów emocjonalności tkwiących w każdym przeciętnym wielbicielu psów czy kotów, typu „kolczatka to zło” albo „wszystkie błąkające się w lecie psy to ofiary wakacji” i tak dalej; to temat sam w sobie na tyle interesujący, że warto będzie poświęcić mu osobny tekst.

hospitalW tej chwili interesuje mnie raczej fenomen bezgranicznej wiary w fachowość i nieomylność autorytetów, która zmusza ludzi do krzywdzenia własnych psów w imię postępu, nowoczesności i panicznego lęku żeby ktoś nie nazwał ich wstecznymi, ciemnymi czy prymitywnymi. Przemysł weterynaryjny, mój ulubiony, ma w to zjawisko duży wkład.

Historyjka – niestety autentyk. Opowiedział mi ją pewien weterynarz, zaśmiewając się do rozpuku, bo według niego była to opowieść o chorobliwym rozniunianiu większości, hehehe, przewrażliwionych na punkcie pupili właścicieli psów.

Oto w dużej, bardzo znanej klinice weterynaryjnej istniał szpitalik. Miejsce, gdzie zwierzęta były umieszczane w klatkach przed- i po zabiegach, a także przetrzymywane parę (lub więcej) dni po owych zabiegach, bo to wicie, rozumicie, pecunia non olet. CagePsy w klatkach, zdolne do poruszania się, powinny być wyprowadzane co jakiś czas celem załatwienia fizjologicznych potrzeb – brzmi logicznie, nie? No więc akurat wtedy do zajmowania się zwierzętami został zatrudniony student weterynarii.

Przemiłe chłopię, trochę rozrywkowe, a któż z nas za młodu… i tak dalej.

No dobra, żeby nie przedłużać opowieści: obok innych zwierząt w szpitalu znajdował się labrador. Zwykły domowy ulubieniec, pies żyjący w mieszkaniu i nauczony czystości – to ważne.

Właśnie, pies nauczony czystości ma koszmarne opory przed defekacją ot tak, pod siebie, czy w ogóle w pomieszczeniu. Tym razem labrador przesiedział w klatce wieczór (bo był „po zabiegu”), noc, no i poranek, coraz bardziej się męcząc z powodu nieznośnego parcia na pęcherz i jelita. Student przyszedł rano, ale taki trochę nieświeży po zabawowym wieczorze, więc sobie kawki zrobił, gazetkę usiadł poczytać, nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze skomlenie psów ze szpitalika, a zwłaszcza nieszczęsnego labradora.

A tu masz, właścicielka zjawiła się w klinice z niezapowiedzianą wizytą, no i usłyszała już na schodach rozpaczliwe wycie swojego psa. Wpadła do szpitala, wyciągnęła psa z klatki, zaczęła z nim wychodzić – i nieszczęśnik nie wytrzymał, zlał się, obficie (bo strasznie długo nie wychodził na wysikanie) na schodach.

I wiecie co? Kobieta zrobiła w klinice awanturę! Macie pojęcie? Co te ludzie mają w głowach, czepiać się o taką błahostkę!

Zakończenie historyjki: chłoptaś mający taki stosunek do obowiązków – co więcej, taki stosunek do żywych stworzeń – nie został na pysk wylany, nawet mu palcem nie pogrożono. Za to była niezła beka z histerycznej paniusi co się taaaak trzęsie nad swoim psem. Hahaha, hehehe.

Dobra, powie ktoś, że to patologia, że przypadek skrajny… A ja na to: każdy kto choć trochę zajmuje się psami od strony behawioralnej powie wam, jak szalenie istotna jest rola stresu – albo raczej jego braku – w procesie rekonwalescencji zwierzęcia.

A jednak uporczywie dąży się do tego, żeby chory pies wybudzał się z narkozy w obcym miejscu, otoczony przerażającymi go dźwiękami, zapachami, światłem oraz – musowo! – nieznanymi ludźmi. hospital-staffBroń Boże właściciela w pobliżu! Co więcej, drogą emocjonalnego szantażu skłania się często ludzi do przedłużania owego okresu traumy – bo przecież „jedynie w szpitalu pies dojdzie do siebie otoczony fachową opieką” której mu jeden z drugim profan Kowalski nie zapewni we własnym domu.

Powiem tak: żebyż w tych jebanych szpitalikach przy Wysoce Renomowanych Klinikach naprawdę była zapewniona owa niesamowicie specjalistyczna i tkliwa opieka, którą nam obiecują… Jakiś naiwniak może uwierzy, tyle powiem – i mam w głębokim poważaniu oburzenie wszystkich wetów i techników weterynarii którzy zaraz zaczną mi udowadniać że to tak to, właśnie, jest. Dobra, doceniam psychiczne zaangażowanie, a nieraz wysoki poziom nieuświadomionej hipokryzji (samooszukiwania się?).

Historyjka z labradorem to jedynie taka sobie egzemplifikacja zjawiska, w mniejszej skali przejawiającego się Syndromem Wyrwanego Wenflonu, a w większej – rozpaczliwie poszukiwanymi zwierzakami które spod troskliwej opieki takiej czy innej kliniki uciekły.

O, historia stareńkiej pinczerki która bez wieści zaginęła z jednej ze znanych warszawskich klinik to dobry przykład. RatsoSuka miała mieć jedynie czyszczone w narkozie zęby, proste niedopilnowanie w szpitalu (gdzie oczywiście MUSIAŁA zostać umieszczona, bo jakżeby tak, żeby właścicielka była przy niej od początku do końca? jeszcze by pomyślała że ta klinika jakaś nienowoczesna, no i zakwestionowała wysokość faktury albo co?) i trzask, zakończone psie życie, a i ludzkie nieźle zmienione, zakładam bowiem, że rozpaczliwie szukająca starej suki pani co nieco miała z powodu tej afery zgryzot.

A, dodam że z początku klinika w ogóle nie widziała problemu w tej historii – no zdarza się, że psy uciekają, nie? Dopiero po medialnym rozrobieniu sprawy właściciele placówki wydukali jakieś skąpe przeprosiny, a personel powiesił parę plakatów na mieście. W mordę, te ludzie to takie przewrażliwione, tyle psów codziennie bywa w przychodni, jeden uciekł, co za różnica, jeden więcej, jeden mniej.

Nie, no serio, zastanawiam się, jaki miałby być powód, dla którego obcy dla mnie i mojego psa ludzie – prowadzący klinikę z kolejkami na korytarzach, w wiecznym niedoczasie i zmęczeniu – mieliby lepiej dopilnować mojego dochodzącego do siebie po zabiegu zwierzaka, niż ja. Jakoś nijak nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie.

A przecież setki ludzi dzień w dzień dokładnie to robią – pozostawiają swoje psy i koty w ramionach Profesjonalnych Autorytetów tak naprawdę zupełnie bez potrzeby. Ja rozumiem, że bez zdenerwowanego właściciela łatwiej. Że stres paraliżuje i lżej sobie z takim pacjentem poradzić. Że jest sobie taśmociąg, linia produkcyjna p.t. klatka – zabieg – klatka – szpitalik – wydanie zwierzaka – rachunek – do widzenia.

VetofearAle dlaczego niby to kochający i rozumiejący swoje zwierzaki ludzie dają się omamić tym cholernym kontuarom, kafelkom, nieodzownej stali inox i oświadczeniom że „takie są procedury” – za nic nie mogę zrozumieć.

Traumy naprawdę nie zmniejszą infantylne panie w niebieskich albo zielonych kitelkach, uporczywie głaszczące waszego roztrzęsionego psa po głowie, zrozumcie to wreszcie.

Przestańcie jak stado baranów wierzyć, że System Wie Lepiej. System robi, co dla niego wygodne, i ma w… ineksprymablach… komfort wasz i waszych psów.

 

 

*) mam nadzieję że czytelnicy znają: https://pl.wikipedia.org/wiki/James_Herriot

 

3 thoughts on “System Wie Lepiej

  1. Joanna

    Bardzo dobry artykuł. Ale napiszę z drugiej strony jako lekarz weterynarii. Pracuję w małym gabinecie, w jeszcze mniejszym miasteczku. Zawsze proszę właścicieli o pozostanie z psem do czasu aż zaśnie i przyjście w okresie budzenia się psa. Tak, żeby pies nie czuł się porzucony, nie panikował widząc wychodzącego właściciela. Nie czarujmy się tutaj, dla mnie też tak jest wygodniej. Ale do rzeczy: ile to osób mi narzeka, że nie mogą psa zostawić w klatce u mnie! Ile osób oczekuje, że zostawią psa tak jak stoją, a potem odbiorą wyserwisowanego w 100% i z dołączonym paragonem! A jakie to straszne, że oni muszą widzieć jak pies się chwieje, zatacza i nie daj boże wymiotuje zanim zaśnie po podaniu leków. Albo tęsknie wspominają tych PRAWDZIWYCH lekarzy weterynarii, z ich PRAWDZIWYMI gabinetami, pełnymi sprzętu w wielkich miastach gdzie mogą zostawić psa w szpitalu i zająć się swoimi sprawami. A nie marnować czas na codzienne dojeżdżanie z psem na jakąś tam kontrolę zamiast odebrać “gotowca”. I po co ja ich pytam jak się pies czuł po zabiegu, jak sama mam to sobie wybadać z psa…

  2. techwet

    Jako technik weterynarii z również mniejszego miasteczka,sprawa w gabinetach w których mam praktyki wygląda tak samo jak opisała Joanna,właściciel zostaje dopóki zwierzak nie zaśnie i odbiera lekko skołowanego,ale przytomnego do domu. Wydaje mi się,że to co opisujesz to bardziej wina wygodnictwa,zwłaszcza w większych miastach,nie typowo lekarzy weterynarii.

  3. Dorota

    Ja wolę mniejsze gabinety z podejściem, że właściciel może być nawet w trakcie zabiegów. Mam dobrze ułożone psy, które zdecydowanie przy mnie lepiej je znoszą bo potrafię je uspokoić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *