Szlachetna sztuka rezygnacji

w3

golden-retriever-744045_640

Niebezpieczeństwo wynikające z lektury tego tekstu: gdyby któryś czytelnik okazał się zbyt skrupulatny, dojdzie do wniosku, że nikt nie powinien mieć psa.
No może aż tak źle nie jest, chociaż… ostatnimi czasy zrobiło się ludziom z głowami coś takiego, że zrozumienie sformułowania „nie ten etap życiowy” albo „trzeba z czegoś zrezygnować” nie mieści się w ich możliwościach intelektualnych i emocjonalnych.

Weźmy sprawę, wydawałoby się, stosunkowo prostą do oceny: posiadanie psa przez osoby które de facto mieć go nie powinny. Zwłaszcza zaś, choć różnicowanie nie jest fajne, psa ze schroniska. On nie różni się specjalnie od wychuchanego kupionego za ciężką kasę rasowca (te też potrafią mieć ciężką życiową dolę) ale można za to jego smutnym losem genialnie szantażować otoczenie oraz tzw. opinię publiczną.

Bo przecież lepszy jakikolwiek dom niż schronisko, prawda?

A tak naprawdę wcale nie istnieje na to pytanie kategoryczna odpowiedź. Bo powinno się pojawić od razu rozwinięcie: zależy w jakim domu i w jakim schronisku.
Tak tak, wiem że tu zawrzasną rozemocjonowane głosy że jak tak można…, że to nieprawdziwa nieprawda! Lepszy domeczek gdzie pieska kochają, niż zimny, odhumanizowany przytułek! I tak dalej.
Zastanawiające, że ten typ rozumowanie bardzo często prezentują rozmaici działacze i wolontariusze organizacji prozwierzęcych, którzy pierwsi rwą się do odbierania zwierzaków jakimś typkom którzy im się akurat nie spodobają. Często owo odbieranie bywa uzasadnione, choć zdarzają się gigantyczne nadużycia; jednak, powiedzmy sobie tak: zwierzak „ma domek”, jest jakiś jego właściciel, choć ułomny i z wadami, nieraz po swojemu kocha pieska, a że – według szlachetnych humanitarystów – go krzywdzi, no ba. „Gdzież jest prawda?”, jak spytał pewien człowiek na stanowisku ponad dwa tysiące lat temu.

Problem w tym, że miłośnicy zwierzątek stosują bardzo chętnie podwójne standardy.

Otóż zwierzątka można zabierać do schroniska albo do przepełnionego domu tymczasowego jeśli taki jeden z drugim humanitarysta uzna, że zwierzątkom jest źle. A co to znaczy – „źle”? „O tym decydujemy MY”. Towarzyszu – chciałoby się dodać.
Piszę o tym, bo jakiś czas temu wybuchła w gronie takich właśnie miłośników dyskusja czy warto oddawać psy do adopcji ludziom którzy pracują bardzo długo i w związku z tym zwierzak miałby siedzieć po dziesięć, jedenaście albo dwanaście godzin w – eleganckim, a jakże – mieszkaniu samotnie.
No ale byłby WYADOPTOWANY! dog-441349_640
Zwolennicy wręczania pracoholom psów z odzysku (albo w ogóle jakichkolwiek psów) rzucali argumentami natury płaczliwej: no tak, no tak, lepiej żeby piesek siedział w zimnym betonowym boksie?
Istną rozkoszą napełniły mnie rozważania o tym, jak to w sumie nic się nie dzieje kiedy się takiemu pieskowi pozwoli lać do kuwety albo na podkład.
A, w sumie, w weekend to miłujący zwierzątko właściciel „wygospodaruje” mu więcej czasu, no nie? Więc w czym problem?

No problem byłby zasadniczo w tym że nie wynaleziono jeszcze psa z włącznikiem on-off, takiego co to go przez pięć dni w tygodniu usypiamy, a przywołujemy do życia w weekendy, chyba że o czymś nie wiem.

Już nie wspomnę że poza długą robotą człowiek współczesny robi zakupy, kontaktuje się z innymi ludźmi, wozi rzeczy do pralni, chodzi do lekarza, na koncerty i tak dalej. Oczywiście można wierzyć że ktoś się całkiem poświęci zwierzęciu, kosztem dużych wyrzeczeń i sporego kawałka własnego życia.
Taaa. Pracohole na ogół bardzo dużo gadają o wstawaniu o czwartej rano i wyprowadzaniu psa przed pracą na dłuuugie spacery, zazwyczaj kończy się to na trzeci dzień pobytu psa w domu i przyjęty pod ich dach pieszczoszek zażywa przez następne kilka lat pięciominutowej porannej przechadzki wokół ogrodzonego kondominium żeby potem zostać samotnie ze swoim podkładem toaletowym na cały dzień.
Zawodowego petsittera się nie wynajmie, bo to, panie, za drogo wypada. A po pracy też, do jasnej ciasnej, człowiek musi się czasem zrelaksować i pójść na piwo albo do kina, można wpaść i wyprowadzić Brysia ale wieczorem też czasem na miasto musi się wyruszyć, bo się zwariuje.

Na podobnej zasadzie, co koniecznie muszący trzymać w pustym mieszkaniu stadne, lubiące mieć ruch i zajęcie zwierzę ludzie postępują rodzice którzy MUSZĄ adoptować ślicznego, dwukilogramowego puszystego psiaczka po ciężkich przejściach dla swoich dzieci w wieku dwóch i czterech lat. Bo ich dzieci są oczywiście cholernie opiekuńcze i odpowiedzialne nad wiek i to, jak rozgniatają pieska aż mu gały wyłażą jest wyrazem tkliwych uczuć, a nie właściwego młodym homo sapiens pozbawionego empatii sadyzmu.

No i starsi państwo, emeryci, im pies jest koniecznie potrzebny bo odczuwają samotność i pustkę i dlatego jak ktoś ma siedemdziesiąt pięć lat to bierze energicznego szczeniaka. W końcu dobrze się trzyma – argumentują miłośnicy zwierzątek, przytaczając przykład: „bo moja matka jest taką właśnie emerytką i jest bardzo dziarska i na rowerze jeszcze jeździ”.

Christopher Clark, Stara Włoszka z lodami i jej pies.
Christopher Clark, Stara Włoszka z lodami i jej pies.

Potem okazuje się że dziarska matka łamie sobie biodro i po narkozie w szpitalu już nie wstaje, i zaczyna się ta cała kołomyja z „wypisujemy-pańską-matkę-i-nic-nas-nie-obchodzi-proszę-poszukać-opieki-prywatnie” ale cóż. Kto nie przeżył i nie zdołał na własnej skórze przekonać się, że starość nadchodzi i rozwala ludzkie jednostki niezależnie od tego, jakbyśmy zaklinali rzeczywistość, to jest gotów uwierzyć że przy boku ledwo człapiącego staruszka przytroczony do niego na krótkiej smyczy zdepresiały i zatuczony – niegdyś energiczny – pies ma się świetnie.

Tak w ogóle ogromny szacun dla starszych państwa spotykanych na psim cmentarzu którzy połykając łzy mówią: „To był mój ostatni pies. Już nie mogę sobie pozwolić na następnego”. Świństwo od losu, ale tak się właśnie toczy świat choćbyśmy łbem o podłogę walili.
Stara szkoła: to jeszcze jest to pokolenie, które zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń.
Większość ludzi tego już nie potrafi.

Reasumując: przestańcie bredzić, że najważniejsza jest MIŁOŚĆ i że dzięki niej się wszystko jakoś ułoży. Zacznijcie pracować nad własną empatią i zastanówcie się, czego, tak naprawdę, będzie potrzebował pies czy kot którego los chcecie związać ze swoim.
Nieszczęścia zwierzęcego świata biorą się głównie z postawy histerycznej emocjonalności zalewającej mózg albo miejsce, gdzie on powinien się znajdować.

4 thoughts on “Szlachetna sztuka rezygnacji

  1. Bardzo dobry tekst!

  2. Barbara

    Bardzo dobry tekst. Ja właśnie po śmierci mojego drugiego ukochanego Psa, który był ze mną 13 lat i towarzyszył mi w najtrudniejszym okresie mojego życia, podjęłam bardzo bolesną decyzję .Pierwszy był a nami 16 lat. Oba przygarnięte z ulicy i ze schroniska. Nie przygarnę już następnego, mam bardzo ograniczone środki, bo nie pracuję pełniąc całodobową opiekę przy chorym , leżącym mężu. No i mam jeszcze dwa wiekowe kochane koty, które muszę godnie przeprowadzić na drugą stronę, dając im wszystko to, na co zasługują. Mam 56 lat, pogruchotany dźwiganiem chorego męża kręgosłup, rentę męża do przeżycia, dwoje staruszków Rodziców pod opieką. Rozsądek i miłość do zwierząt oraz odpowiedzialność nie pozwalają mi ryzykować i grać życiem zwierzaka. To najboleśniejsza decyzja, którą podjęłam, mimo, że mam wiecznie propozycje adopcji. Tak musi być.

    • Teresa

      Szacunek, tak niestety być powinno; choć z bożej łaski “zwierzoluby” czesto tego nie rozumieją. A w ogóle super artykuł i jakże prawdziwy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *