„Tchórz, zanim umrze, kona wiele razy, walecznych jedna tylko śmierć spotyka” *

w3

soldier-870399_960_720Ilekroć pojawi się gdzieś informacja o psie pracującym w tzw. służbach – wojsku, policji, służbie celnej i tak dalej – to, niezależnie czy dowiadujemy się że jakiś pies zginął na posterunku, czy że przeszedł na zasłużoną emeryturę, czy też że jakowyś oficjel odznaczył go Najwyższym Orderem Chwały (klasy drugiej), zawsze, z pewnością stuprocentową należy oczekiwać że za chwilkę pojawią się komentarze w stylu „jak można wykorzystywać biedne psy w taki sposób!”, „policja mordercy”, „zabronić psów w wojsku!” i takietam.

dog-86422_960_720Na pytanie, jakie mamy prawo narażać psy na utratę życia czy zdrowia, można odpowiedzieć pytaniem: a jakie mamy prawo narażać je na życie w nudzie i nienaturalnym otoczeniu? Na dodatek takie psy. To nie są pierwsze lepsze z brzegu Pimpusie, o czym miłośnicy zwierzątek zapominają, o ile w ogóle kiedykolwiek o tym wiedzieli.

Mała anegdotka, na dodatek ze sfer cywilnych, żeby zilustrować zjawisko: Na pewnym uniwersytecie w czasie popularnonaukowej sesji o psach z udziałem publiki z miasta oraz rozmaitych celebrytów organizatorzy postanowili wprowadzić tzw. element rozrywkowy. Przerywnik w gadaniu. Za ów przerywnik robił jeden bardzo doświadczony ratownik ze swoim psem, jak sama nazwa wskazuje: także ratownikiem.

Ponieważ w uczelnianej auli trudno byłoby zainscenizować zaginięcie jakiegoś człenia, wymyślono że pies pokona parę typowych przeszkód, żeby na końcu dotrzeć do swojej piłeczki. Rozstawiono te przeszkody, między innym była to drabina po której zwierzak się miał wspiąć na otaczającą aulę galeryjkę, gdzie schowana była zabawka.

Problem w tym, że będący tylko człowiekiem (a więc chcący żeby wszystko ładnie wyszło) ratownik przed oficjalnym występem przećwiczył całą sytuację, słowem: dał swojemu nabuzowanemu jak sto pięćdziesiąt psu możliwość pokonania całego toru przeszkód, wlezienia po drabinie i dorwania ukochanej piłeczki, ze wszystkimi dodatkowymi atrakcjami jakimi było tarmoszenie się z nim ową piłką i tak dalej.

W rezultacie gdy nadeszła chwila rzeczywistego występu pies był tak nagrzany, że wdrapując się na drabinę wokalizował, co faktycznie brzmiało jakby ktoś obdzierał ze skóry dorodnego gronostaja.

W auli, jako akompaniament do zgrzytliwych skowytów owczarka, rozległ się jeden wielki wizg przyjaciół zwierzątek, pod tytułem „biedny piesio, BOI SIĘ” na zmianę ze zwolennikami „pieska ZABOLAŁO!”.

nellis-afb-81165_960_720Najgłośniej, bo do mikrofonu, wydzierały się dwie panie. Pewna piosenkarka, nazwisko litościwie pominę, oraz pani weterynarz-celebrytka, słynąca z udzielania porad behawioralnych właścicielom psów i kotów, tak znakomicie znająca się na rzeczy że nie umiała ocenić jakie emocje targają psem znajdującym się pięć metrów od niej.

Oczywiście wszystko to zaowocowało, a jakże, ogólnym utyskiwaniem na nieludzkie traktowanie biednych piesków a nawet zaatakowaniem nieszczęsnego, wybałuszającego na jękliwe audytorium niedowierzające gały ratownika historią jak to gdzieś w Polsce jakiemuś psu policyjnemu grozi uśpienie. Nieszczęśnik nie bardzo wiedział, co ma zrobić z tą informacją, a roztkliwiające się panie najwyraźniej uznały że to on, personalnie, jest odpowiedzialny za wszystkie krzywdy czynione pracującym psom w tym kraju, a może i na świecie.

Z czego w ogóle się wziął ten fenomen? Proste – z przekonania, ze psom wtedy jest dobrze, kiedy nie zaznają w życiu żadnego dyskomfortu, że w gruncie rzeczy należy je nosić na różowych poduszeczkach i tak dalej. Słowem, że w zasadzie „należy im się” taki stan, którego nigdy nie zaznajemy nawet my, ludzie.

Wróć. To tylko zewnętrzna warstwa sprawy. Hipokryzja z której większość takich ludzi nie zdaje sobie nawet sprawy.

Pani piosenkarka na przykład kwadrans wcześniej uraczyła zgromadzonych opowieścią o swoim piesku rasy myśliwskiej (słynącej z pobudliwości). Piesek jest niegrzeczny, kopie w ogrodzie i ucieka, wezwany treser zaś „nie bardzo” sobie z pieskiem poradził, zabierając go, uwaga, samodzielnie na szkolenie, bo najwyraźniej nikt z domowników oczywiście nie miał ochoty brać w tym udziału. Z opowieści wynikało że zwierzak dostaje kręćka z nudów, zaś niewieście o tak czułym serduszku nie przychodzi do głowy żeby ruszyć cztery litery i zapewnić mu choćby spacery – przecież może sobie pobiegać po posesji, nie? Jednocześnie pani potępiła wszelkie szkolenie, nawet naukę sztuczek, bo przecież pies to nie „małpa w cyrku”.

No więc okazuje się że piesiów nie można szkolić, uczyć ani czegoś od nich wymagać, bo się zestresują czy coś – ale tak naprawdę chodzi o to żeby właściciel któremu zwyczajnie się nic z tym psem porobić nie chce miał alibi, że to nie z lenistwa, tylko z powodu znajdowania się na najwyższej półce humanitaryzmu. Świadomego humanitaryzmu!

Skoro nawet nauczenie psa zwykłego „siad” jest podejrzane moralnie, to co dopiero wykorzystywanie jego naturalnych instynktów w – owszem, nieraz ryzykownej – poważnej pracy na rzecz człowieka…

Żołnierz Konfederacji z psem, 1861. Library of Congress, USA.
Żołnierz Konfederacji z psem, 1861. Library of Congress, USA.

Rzecz w tym, że wzięliśmy sobie pewien gatunek, dokonaliśmy na nim daleko posuniętych modyfikacji po to, żeby nam służył na różnych polach – po czym pozbawiliśmy go nawet tych możliwości. Świat miłośników piesków dąży najwyraźniej do tego, żeby owe pieski „leżały i pachniały” (nooo, de gustibus…). Problem w tym, że część osobników bynajmniej leżeć i pachnieć nie chce. Chcą pokonywać duże odległości, realizować różne swoje popędy, w tym – potrzebę zabijania (co zawsze można przerobić na mordowanie sztucznej zdobyczy, czym innym jest zabawa piłką na sznurku?). Te, które nie chcą, nie potrafią się dostosować do świata „leż i pachnij”, są coraz częściej traktowane całą tablicą Mendelejewa, na czym zbija forsę pewna gałąź przemysłu farmaceutycznego oraz ci, tfu, „fachowcy” którym się wydaje że przymulenie zwierzęcia lekami to znakomity pomysł, niezależnie od przyczyny kłopotów jakie sprawia.

Nie lepiej, zamiast uporczywie dążyć w hodowli do stworzenia psów które rodziłyby się już wypchane, pozbawione popędów, a więc – niekłopotliwe dla przeciętnego człowieka, dać tym, które te popędy mają, popracować zgodnie z tym, co tam im w duszy gra? Niechże pracują, naprawdę niejeden pies służbowy mimo że, o zgrozo, mieszka w kojcu albo jest narażony na postrzał czy złe warunki atmosferyczne wybrałby takie życie zamiast bycia „pieskiem towarzyszącym” powoli tępiejącym z nudów.

Wietnam, 1967. Żołnierz Ron Dillon dzieli się posiłkiem ze swoim psem.
Wietnam, 1967. Żołnierz Ron Dillon dzieli się posiłkiem ze swoim psem.

Należy, oczywiście, zapewnić takim psom godziwą opiekę i, gdy się zestarzeją, miękkie lądowanie w cywilnym świecie. Jednak to staje się regułą, chociażby Stany Zjednoczone wyciągnęły wniosek z narodowej hańby, jaką stało się pozostawienie psów wojskowych (a było ich około czterech tysięcy) po wojnie w Wietnamie na terytorium które armia opuszczała. Oficjalnie nazywało się to, że Amerykanie zostawiają je swoim sojusznikom, w praktyce zaowocowało pozabijaniem tych zwierzaków albo wyrzuceniem ich w dżungli przez Wietnamczyków, kompletnie nienawykłych do pracy z psami.

Jednak to przeszłość, teraz ludzie używający psów w służbach są znacznie bardziej wyczuleni na, nazwijmy to, pozytywny PR.

Nie wspominam o przewodnikach tych psów, dla których w przeważającej większości to pełnoprawni partnerzy z którymi są bardzo silnie związani emocjonalnie. companions-899050_960_720Tak się dzieje najczęściej, gdy twoje życie zależy od towarzyszącej ci istoty; co nie znaczy, że, gdy trzeba, nie poprosisz jej o pomoc w sytuacji ekstremalnej. Tak, psy czasem giną w służbie człowieka. Jednak… czy policjant, poczciwy krawężnik wyruszający do pracy mówi sobie: „dzisiaj pewnie zginę, bo jakiś naćpany palant wyciągnie na mnie nóż”? Wszyscy zakładają, że ich nie spotka zła przygoda, a w razie kłopotów jakoś sobie poradzą.

Police Dogs_01Najlepsze, że wszyscy którzy postulują wycofanie psów z obszarów, nazwijmy to, niebezpiecznej działalności człowieka (albo choćby tylko wykręcają arystokratycznie nosy, że pfuj, to takie nieładne i naganne) w przypadku znalezienia się ze złamaną nogą w środku lasu i powoli zdychając z wyziębienia modliliby się żeby szukały ich dobrze wyszkolone psy poszukiwawcze których życie jest podporządkowane tej robocie, a nie domowe niuniusie których właściciel coś tam udaje, zarazem chełpiąc się własnym humanitaryzmem. Te pierwsze są, zwyczajnie, bardziej skuteczne. Żona policjanta idącego na patrol zna i zazwyczaj lubi zwierzaka którego szkoli jej mąż, ale i tak czuje się lepiej gdy wie, że w akcji to pies pójdzie przodem. I tak dalej.

Życie, po prostu, jest szkodliwe. A na dodatek mówi „bierz, co chcesz, tylko płać” – i o drugiej części owej maksymy współczesny świat trochę zapomina, a jak ona sama się nam w pewnym momencie na głowy zwala, to tupiemy nóżkami „ja nie chcę! Miało być tak pięknie!”.

Ludzie spotykający się, choćby z racji zawodu, z sytuacjami ekstremalnymi po prostu mają nieustanną świadomość istnienia tej drugiej części.

Większość ludzkiej populacji już nie jest tak zahartowana, stąd wydziwnione podejście do, w sumie, prostych spraw.

 

*) William Szekspir “Juliusz Cezar”

9 thoughts on “„Tchórz, zanim umrze, kona wiele razy, walecznych jedna tylko śmierć spotyka” *

  1. Eee tam, ludzie robią problem ze wszystkiego. Pies pracuje – źle bo się naraża, przeciąża ect. Pies nie pracuje – źle, bo nie realizuje potrzeb. W zależności jaki wątek się poruszy znajdzie się ktoś kto uzna, że jest to złe, a najgłośniej pewnie krzyczą Ci co niewiele robią ze swoimi psami, myśląc że życie to film Disneya w którym pies śmiertelnie ranny ratuje rodzinę i cudem przeżywa. I zapominają, że życie to nie film. Kolejny wspaniały artykuł, uwielbiam Was czytać! Wracając do głównego wątku ciekawe jak służby ratownicze miały by szukać zganionych w lesie, czy pod lawinami, gruzowiskami bez psów. Ile żołnierzy by zginęło gdyby nie było psów ostrzegających przed ładunkami wybuchowymi. Wielu z nas zapominało, że wiele ras stworzono do pomocy człowiekowi i do ściśle określonych celów, które realizują pracując. A ryzyko wypadku, czy śmierci czworonoga jest wszędzie takie samo – może wpaść pod samochód, w wyniku przerasowania zejść na zawał z dnia na dzień, zostać zastrzelonym w lesie – mało to tragicznych sytuacji wśród psów-cywilów? Psy pracujące tak samo jak ich przewodnicy, żyją i pracują by pomagać innym, ale przynajmniej się realizują i robią coś pożytecznego, a giną w akcji – nie z głupoty właściciela. Nie spędzają sfrustrowane 24h na kanapie, bo ktoś sobie wymyślił mieć rasę pracującą na salonach nie dając jej minimalnej możliwości spełnienia swoich popędów, tylko robią to do czego natura je przystosowała najlepiej.
    Szanuję i podziwami przewodników psów służbowych i może okazać się, że nie kocham zwierząt, ale jeśli pies zginie ratując kilkanaście osób… jest mi go szkoda, ale cieszę się, że zginą pies, a kilkanaście osób przeżyło.

  2. Genialny artykuł. Od tematu, przez prozę, przez elementy humorystyczne, aż po puentę i ogólny przekaz.

    Jakbym dostawał złotówkę za każdym razem jak słyszę tekst “dlaczego go tak męczysz” lub “dlaczego robisz z niego taką małpę”, to nie musiałbym chodzić do pracy. 😉

    Pozdrawiam i nie przestawajcie pisać! 🙂

  3. GosiaK

    Uśmiałam się do łez. Bardzo trafny post. Jestem z tej drugiej strony medalu, czyli zapewniam codzienną dawkę pracy swojemu psu. Mam owczarka holenderskiego i sytuacje, w których dochodzi do zachowań “nadpobudliwych” nie są mi obce. Również spotkałam się z nieprzychylną reakcją ludzi, którzy biadolili nad “biednym, trenującym” psem. Jednak to ja widzę, co się dzieje, kiedy z przyczyn losowych nie było odpowiednio długiego spaceru lub zabrakło elementu zmęczenia “w głowie”. Nie wyobrażam sobie, by pies (nie jest dla mnie istotna rasa) cały dzień siedział w domu i nic nie robił. Oczywiście jedne rasy mają większe predyspozycje, drugie mniejsze, ale traktowanie psa jak pluszowego misia, który ma leżeć i pachnieć jest smutne. Osoby trenujące ze swoimi czworonogami wiedzą ile im to sprawia radości i satysfakcji.
    Jestem zafascynowana tym, co potrafią psy służbowe. Bardzo żałuję, że nie skorzystaliśmy z propozycji policjanta, który “widział” w naszym podrostku potencjał.

    Czekam na kolejny artykuł. Pozdrawiam

  4. O proszę! Nigdy wcześniej nie czytałam Twojego (waszego?) bloga, jestem tutaj po raz pierwszy i juz wiem, że będę wracać bardzo często. Zgadzam się w całej rozciągłości, swojemu psu sama muszę w pracy śrubę podkręcić, bo sie rozleniwiła a jak zauważyłam – bez pracy z głowa psa różne rzeczy się dzieją. Nie wiem czy to tylko moje – bo przyzwyczajone, że coś się robi, czy jednak większość pimpków.

  5. Szedłem kiedyś szlakiem w naszych polskich górach z żoną i psem. Każdy z nas miał plecak – pies też – niósł w nim telefony, mapę czy cóś jeszcze. Na kamieniu przy drodze siedział gość – na oko 130kg żywej wagi opiętej koszulką bez rękawków i wciśniętej w szorty. W łapie ściskał browara. Kiedy go mijaliśmy spojrzał na nas gniewnie i rzucił: “Jak tak można męczyć biednego psa?”… a obok dreptała jego 3x mniejsza od niego towarzyszka (żona zapewne), objuczona wielkim plecorem z całym ich turystycznym dobytkiem…

  6. Ludziom zawsze źle w tyłkach. Ja się bezpośrednio spotkałam z komentarzem o którym wspomniałaś, że “pies powinien leżeć i pachnieć”. Dosłownie, słowo w słowo. I złośliwościami bo mam czelność coś z tym psem robić a nawet celowymi próbami zepsucia mi tego.

  7. Marta

    Nawet nie wiedziałam, że istnieje strona z tak mądrymi i wnikliwymi artykułami o psach. Widać, że pisze jr znawca tematu. Serdecznie gratuluję! Będe tu wracać.

    • Ola

      nie do końca się zgodzę z Pana opinią. Sama pracuje w służbie mundurowej i niestety widzę jak psy służbowe są traktowane….trzymane w kojcach cały czas poza służbą, przewodnik traktuje psa jako dodatek do pensji, z tego dodatku mało co idzie na psa, karmione najtańszymi zamiennikami. Poza kojcem i obszarem pracy pies świata nie widzi. Jak jest na innym terenie dostaje kręciołka i jest strasznie pobudzony. idzie na służbę a przewodnik nie zadba o to by go wyprowadzić na przysłowiowe siusiu. Efekt jest taki, jak pies tylko dorwie obojętnie co gdzie może załatwić potrzebę to stoi z podniesioną noga z pół godziny. Smutne oczy……I efekt finalny…po 8-9 latach pieski przechodzą na emeryturę. Czyli są brakowane. Pies oddaje wszytko – obroże, smycz, miski itd. Wszystko to co miał przez lata służby musi oddać. Emerytura psia- jeśli przewodnik nie weźmie to schronisko albo usypianie. I takie to wspaniale życie psa w służbie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *