To nie jest tekst dla wrażliwców

w3

mary-shelleys-frankenweenie

Na stronach poświęconych zaginionym zwierzętom – psom i kotom – pojawiają się czasem ogłoszenia specyficzne. Oto jakaś osoba natyka się na potrącone przez auto, zabite stworzenie i puszcza jego podobiznę w eter myśląc, że ktoś tego zwierzaka poszukuje i pewnie wolałby wiedzieć, co się z nim stało.

Ostatnio z nużącą regularnością wybuchają dyskusje, a szczerze mówiąc raczej awantury o zamieszczanie tych fotografii. Otóż to jest bardzo straszne, takie epatowanie śmiercią, i jak można w ogóle…

Lamenty wrażliwców są o tyle zabawne, że tego typu zdjęcia zazwyczaj są umieszczane w konkretnym celu: ewentualnego rozpoznania psa (czy kota) przez właściciela.

footpawsW przykrych okolicznościach, ale nie na darmo się mówi, że najgorsza jest niewiedza; ludziom łatwiej jest pogodzić się z nieuniknionym, niż przez tygodnie, miesiące czy nawet lata całe miotać się od rozpaczy do nadziei, nie znając faktycznych losów ulubieńca.

Sprawcą pokazania ofiary wypadku powodują raczej szlachetne intencje; nie ma to wiele wspólnego z zaspokajaniem niskich instynktów uwielbiającej się gapić na krew gawiedzi (a że część ludzkiej populacji taka jest, wiemy od czasów Nerona co najmniej).

Wyraźnie jednak zwierzoluby nie są przygotowane do oglądania tak okrutnej strony życia, na dodatek nie chcą by je ktokolwiek (nawet przez przypadek) przyporządkował do tejże gawiedzi, więc na wszelki wypadek zgłaszają votum separatum do całej sprawy.

Ha!

„Petroniusz wstał z wyrazem niesmaku na twarzy.

– Chodź, Chryzotemis – rzekł – Jeśli będziesz chciała popatrzeć na mięso, każę odbić sklep rzeźnika na Karynach”.

Okazuje się, iż istnieje szczególny typ – jak to nazwać? może jak u Sienkiewicza: „biełoruczek” (kto nie wie o co kaman, niechże sobie sprawdzi) które są tak delikatne, że widok martwego zwierzęcia (niechby że na fotografii i niechby, że bez jakichś drastyczności typu urwane kończyny i tak dalej) powoduje u nich natychmiastowe załamanie nerwowe.

Najbardziej rozbawiło mnie dramatyczne wyznanie jakiejś pani, że oto spojrzała na zdjęcie z rana i będzie miała „cały dzień zepsuty”.

Hm. Nie rozumiem, co miałoby aż tak dalece naruszyć wrażliwy system nerwowy owej niewiasty, czyżby świadomość że w dużym mieście praktycznie codziennie jakiś zwierzak ginie potrącony przez samochód?

A może jednak problem w zdjęciu, ukazującym dowodnie że to, co żyje, kiedyś będzie martwe, słowem „et in Arcadia ego”, i ja, śmierć, jestem w Arkadii…

rainbow-bridgeCo innego Tęczowe Mosty z uskrzydlonymi pieskami wstępującymi do bram niebios, a co innego ta okropna, przyziemna rzeczywistość ustania życiowych funkcji.

Być może wędruję za daleko, ale trochę mi się to kojarzy z tymi dziećmi, które, zapytane, skąd się bierze mleko, odpowiadają, że wiadomo – z kartonu, a karton z supermarketu.

Wolę nie upewniać się, czy pewna część ludzkości ma aby świadomość skąd pochodzą apetyczne plasterki szynki w ich kanapce i jakim to sposobem ową szynkę uzyskano.

Chyba sobie nie zdajemy tak do końca sprawy, jak bardzo cywilizacja zaczyna się oddzielać od natury.

Gorzej, że takie myślenie o zwierzęcym świecie owocuje, niestety, permanentną niedojrzałością zupełnie dorosłych, zdawałoby się, ludzi. Skoro o zwierzątkowych sprawach rozmawiamy używając tęczy, jednorożców, serduszek i aniołków, skoro tak potwornie nas porusza widok nieżyjącego zwierzaka – dodajmy, bez szczególnych drastyczności, bo najczęściej na owych fotografiach pies czy kot wygląda jakby spał – to nic dziwnego, że tak zwana społeczność zwierzolubów histerycznie reaguje na najdrobniejszą wzmiankę o uśpieniu jakiegokolwiek stworzenia, nawet w pełni uzasadnionym.

Nawet przy opowieści o psie któremu cztery łapy urwało, ma lat szesnaście, zaawansowany nawotwór mózgu i jest ślepy od urodzenia znajdziemy płaczliwe komentarze „ratujcie go!”, a ludziom którzy pytają nieśmiało czy nie należałoby humanitarnie przerwać cierpienia tego nieszczęśnika psiolubna internetowa społeczność solidarnie urywa głowę.

Czyżby to było pierwotne źródło uporczywej terapii, ratowania za wszelką cenę przypadków beznadziejnych, budzącego grozę przeciągania zwierzęcej agonii?

Swoją drogą – i tu uwaga, to będzie ten kawałek nie dla wrażliwców – to dopiero ostatnie dziesięciolecia spowodowały taką rewolucję w stosunku ludzkości do śmierci, a raczej do jej fizycznych przejawów.

angel-grave

Porzucając filozoficzne rozważania, przyziemnie można zauważyć że ludziska już bardzo rzadko oglądają martwe ciała, co dawniej było wszak na porządku dziennym.

Na pewno warto przeczytać bardzo dobrą pracę francuskiego historyka Philippe Ariesa „Człowiek i śmierć”, dzięki której na przykład dowiemy się, jakim cudem Hamlet natknął się na cmentarzu na czaszkę biednego Yorricka (na naszą, dwudziestopierwszowieczną logikę nie miała przecież prawa walać się tam luzem?).

Pomijając kwestie ossuariów, figur transi, barokowej fascynacji rozkładem, a romantycznej – przemijaniem, można przyjrzeć się zjawisku zupełnie już przedziwnemu, a mianowicie wiktoriańskiej fotografii post mortem. O tyle może nas ono zainteresować, że w pewnym zakresie objęło także czworołapych domowych ulubieńców.

W skrócie, w epoce kosztownych dagerotypów nieraz jedynym wizerunkiem, jakie mógł pozostawić po sobie ukochany członek rodziny, była fotografia wykonana już, jakby to powiedzieć… po szczęśliwym przejściu do innej rzeczywistości. Z czasem ludziom znudziły się zdjęcia ich bliskich spoczywających na marach i ewidentnie nieżywych – więc zaczęto eksperymentować z aranżowaniem całych scenek rodzajowych z udziałem nie tylko nieboszczyka, ale nieraz całej jego rodziny. Obrotni fotografowie posługiwali się czasem specjalnymi stojakami na zwłoki, tak, żeby pan czy pani mogli „zagrać” na stojąco, obok upozowanych żyjących krewnych. (A propos, bardzo interesująco wykorzystał ten motyw Alejandro Amenabar w nakręconym w 2001 roku filmie Inni).

Źródło: Library of Congress, USA.
Źródło: Library of Congress, USA.

W tym kontekście scenka opłakiwania śmierci ukochanego psa przez cztery siostry z któregoś z północnych stanów USA (niestety nie udało mi się dotrzeć do dokładnego datowania fotografii) wygląda dosyć niewinnie.

No ale działało to też odwrotnie, co możemy obejrzeć na bardzo typowym dla zjawiska post mortem photography zdjęciu z wiktoriańskiej Anglii, na victorian-post-mortem-photoktórym dostojny nieboszczyk uwieczniony został z bardzo kochanymi za życia istotami, czyli… swoimi psami. Jak najbardziej żywymi, oczywiście.

Próba oswojenia śmierci posunięta bardzo daleko, ale – w sumie – być może mniej kiczowa, niż dzisiejsze żałosne zabiegi typu świętowanie Halloween z tymi wszystkimi upiorami, kościotrupami i dyniami w stylu Frankenweenie.

Jak widać, to nie rozwój mediów społecznościowych i fakt umieszczania aparatów fotograficznych w komórkach spowodował powstawanie zdjęć, powodujących takie poruszenie nadwrażliwej części P.T. Publiczności, to zjawisko kulturowo stare.

pumpkin_halloween

A życie? Cóż, jest ciężkie, a potem się umiera.

6 thoughts on “To nie jest tekst dla wrażliwców

  1. Futrzak

    Kiedyś znalazłam na spacerze z psem potrąconego, martwego już kota. Kot miał obroże ale szczerze mówiąc był w takim stanie że nie chciałam w tym pasztecie grzebać. Puściłam więc tylko w eter info że w tym i tym miejscu kot o takim i takim umaszczeniu z taką a taką obrożą niestety został wkomponowany w asfalt. Jakby mi ktoś pokazał zdjęcie mojego psa/kota w postaci takiego gulaszu to już bym chyba wolała gdzieś tam wierzyć że ktoś może przygarnął i się zaopiekował. Bliscy ofiar wypadków też mogą wybrać żeby dokonano identyfikacji przez DNA a nie przez rozpoznanie.

  2. Jestem przeciwny – informacja jest przydatna, ale tego typu zdjęcia to nic fajnego, a nawet nic potrzebnego.

  3. Waldorf

    Ad. 1. – toć nie piszę o “gulaszu”, tylko o fotkach naprawdę nie drastycznych…

    Ad. 2. – Bardzo przydatna informacja – “w Krakowie na Trębackiej widziałem zabitego pręgowanego kota”. Pewnie w Krakowie w tej okolicy całkiem sporo takich pręgowanych kotów znajduje się, i całkiem sporo jest poszukiwanych, było poszukiwanych albo dopiero (za chwilę) będzie.
    Słowem, cywilizacja obrazkowa (jed
    nak) rządzi – pierwszy raz zdarzyło mi się to przyznać. 🙂

    • Dorota

      Tyle, że jeśli chodzi o koty pospolite: burasy, czarnuchy to zarówno zdjęcie, jak i samo “suche zdanie” niesie taką samą wartość.
      Na wspomnianej krakowskiej trębackiej może być ze trzy czarne koty. Identyfikacja ze zdjęcia bez cech szczególnych czyj przeniósł się do krainy wiecznych łowów trudna.

      Na mnie żadne zdjęcia nieboszczyków czy to zwierzęcych czy człekokształtnych nie robią wrażenia.
      Kiedyś uwielbiano fotografować otwarte trumny, zaś moja Babcia ciągała mnie po potrzebach jak byłam mała.

      • Dorota

        *pogrzebach nie potrzebach 😀

  4. Nadwrażliwcy, robią burzę w szklance wody. W końcu informacja jaką ktoś w ten sposób chce przekazać może okazać się przydatna dla kogoś, kto tego zwierzaka szuka. Jestem ciekawa czy taki nadwrażliwy miłośnik zwierzątek byłby w stanie przenieść zwłoki np. kota ze środka ulicy (by dalej nie były rozjeżdżane przez samochody) na pobocze. A może wykpi się, że jemu jest przykro ale przecież nie będzie dotykał obcego nieżywego zwierzaka. Pewnie, niech go rozjeżdżają dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *