The Shawshank Redemption

w3

Kłódka

Przy okazji dość dawno temu się rozgrywającej historii psiska, śpiącego sobie spokojnie pod wiatą peronu podmiejskiej kolejki, mieliśmy okazję poczytać, jak zwykle, lamenty p.t. „biedny piesio” i inne takie, do momentu w którym ktoś dał cynk że pies ów to mieszkaniec pobliskiej posesji i zdarza mu się pokonać zabezpieczenia, a następnie udać na przechadzkę na perony kolejowe, gdzie strojeniem min i garbieniem się uzyskuje korzyść materialną w postaci przekazywanych przez wzruszonych jego niedolą podróżnych kanapek i innych produktów spożywczych.

Pies połazi po peronie, pożebrze, trochę się prześpi, odprawi ze dwa, trzy składy i wraca do domu, pokonując niedostępne (jak sądzą jego właściciele) ogrodzenia, żeby czekać na wracających z roboty ludzi zatroskanych myślą że ulubieńcowi trzeba czym prędzej postawić michę, bo przecież cały dzień biedak siedział w ogródku i głodował.

Psiolubny internet, który łatwo się pobudza, ale za to słabo schodzą mu emocje, trochę jeszcze pojojczał, żeby nie było. Taka masa wzburzenia nie może iść bezowocnie w komin, w końcu.

Oburzony, a przykładny obywatel w wersji zmultiplikowanej (czyt. „siedzący przed swoimi komputerami i zatopieni w telefonach internauci”) wydał głos stentorowy, a zarazem standardowy, któremu zresztą nie można – bądźmy obiektywni – odmówić słuszności, a mianowicie „jaksięmapsatotrzebabyćodpowiedzialnymigopilnować”. OgrodzeniePoszczególni osobnicy, będący częścią internauckiej stugłowej hydry dodali jeszcze, w błogim poczuciu samozadowolenia, że IM by się to nigdy nie zdarzyło, bo ONI pilnują swoich piesków (czytaj: dotychczas jeszcze nie trafili na sprytniejszy od nich egzemplarz który dałby dyla, los bywa złośliwy a karma przewrotna, he he, i nie wiadomo, czy kiedyś aby te słowa nie wrócą do nich, kiedy to oni osobiście znajdą się w kryzysowej sytuacji).

Jedna wypowiedź jednak była szczególnie urocza, a mianowicie uwaga pewnej niewiasty, iż należałoby „się przyjrzeć” owemu domowi, bo „przecież pies nigdy nie ucieknie od ludzi których kocha”. Wnioski oczywiste, niedobre ludzie, biedny pieseczek, nie nawiązał z nimi emocjonalnej więzi.

Szczęśliwie stugłowa hydra jakoś nie podchwyciła pomysłu zrobienia najazdu na inkryminowany dom w celu odebrania zwierzaka owym niedobrym ludziom z powodu tego, że obie strony niedostatecznie – w mniemaniu wrażliwej kobieciny – się kochają. boston zza siatki

Prawdopodobnie niejaki udział w ostudzeniu nastrojów mógł mieć fakt że zwierzak był nieatrakcyjnym kundliszonem, z twarzy do nikogo niepodobnym. Co innego gdyby był maltańczykiem albo, niechby, bokserem. Wtedy zapewne konieczność odebrania biedaka okazałaby się palącą, a w kolejce stałoby tak z pięć prozwierzęcych organizacyj i jakieś dwie setki wrażliwych, kochających wszystkie pieski cywilów oferujących dom tymczasowy, dom stały albo chociaż tylko piszących „chcem go!” oraz „kto mi go przywiezie?”.

No dobra, tu akurat zwierzak i jego właściciele mieli szczęście, natomiast zafascynowała mnie owa logika, każąca wierzyć, iż kochane pieski „nie uciekają”.

Heu. Zważywszy na to, co najintensywniej i z największa krwawicą wtłukuje się uczącym się właścicielom do głów: przywołanie mianowicie – to jakoś tak różnie chyba z tym bywa, albo też na świecie jest dziwnie mało psów lubiących swoich przewodników (i vice versa). Coś tam już kiedyś o tym wspominaliśmy, teraz chcę się nieśmiało polecić z zagadnieniem Houdinich na czterech łapach, wytrwale i z niesłychanym talentem ćwiczących eskapistykę.

„Patrz, dziecko” – mówiła pewnego dnia kobieta, stojąca przed wypasionym ogrodzeniem domu miejscowego biznesmena, pokazując posesję i znajdujące się na niej psy swojemu niewinnemu dziecięciu. – „To są te psy, o których ci mówiłam, te co chodzą po prętach”.

A tak, chodziły po prętach, konkretnie jeden, suka z użytkowych linii niemieckich owczarków, i zdarzyło mi się to widzieć. ShadowsTrzymetrowe, eleganckie ogrodzenie składało się z robionych na zamówienie dość grubych, śliskich i gładkich elementów (prętów czy słupków, jak kto woli) po których zwierzak wspinał się z szybkością światła, żeby następnie zgrabnie zeskoczyć po drugiej stronie i iść w kilkugodzinne tango.

Ta sama suka wyszła kiedyś przez okno salonu umieszczonego w suterenie – razem z szybą. Nawet się nie pokaleczyła za bardzo, poza jednym draśnięciem na pysku.

Clou imprezy polega na tym, że suka była zaopiekowana, zajęć miała, że tak powiem, po kokardę, a jedzenia w bród, więc teorię o nieszczęśliwym zaniedbanym piesku który rozpaczliwie szuka zajęcia albo jedzenia poza granicami własnej siedziby można spokojnie podłożyć pod tramwaj.

Po prostu była typem inteligentnego poszukiwacza przygód, który cierpi na tak zwane szpilki w piętach i zawsze organizuje sobie zajęcia, niekoniecznie związane z miejscem zamieszkania.

Poziom zabezpieczeń, jaki można zastosować wobec takich psich potworów, bywa zatrważający – a i tak, jak w odwiecznych zmaganiach między hakerami a stróżami cyfrowego prawa, ci pierwsi zazwyczaj są o jeden krok przed policją. Żebyż to o jeden.

Właściciele poważnie traktujący kwestię ograniczenia ucieczkowych zapędów ich własnych Houdinich w pewnym momencie odkrywają, Alcatrazże mieszkają w Alcatraz. Wzmocnione podmurówki, ogrodzenia zagięte pod kątem, dechy, metal, blacha, druty, podwójne śluzy, klucze, zamki. A i tak kiedy Houdini już rozpracuje jakąś metodę, to mogą być pewni, że ich kolejny pomysł na „tym-razem-już-się-mu-nie-uda” właśnie poszedł się, nomen omen, gonić.

Jak nie wspinacz (https://www.youtube.com/watch?v=ORY7WsNxUbc), to przełamywacz hi-techu walczący z elektrycznym niewidzialnym ogrodzeniem, jak nie kasiarz od otwierania skomplikowanych zamków, to idący na rympał rozgryzacz – a nieraz wszystko to w jednym, małym lub dużym psim ciele.

Tak tak, ja wiem, sprytni uciekacze klatkowi „na pewno” nie przeszli nauki metodą „crate games”*) a wszyscy eskapiści tego świata to psy którym „czegoś” brakuje w życiu i dlatego uciekają, a tak w ogóle pod ludzką nieobecność trzeba zostawiać ich w domu; szkoda, że życie uparcie nie chce się dopasowywać do tabelek i jakże wygodnego, czarno-białego postrzegania świata. W którym, dodajmy, zapięcie psa na łańcuch, choćby tylko chwilowe, to zbrodnia niewybaczalna, a użycie elektryki dla wspomożenia słabnących ludzkich sił to hańba.

Trochę współczuję ludziom którzy z Houdinimi psiego świata muszą mieszkać – także z powodu reakcji poczciwych miłośników zwierzątek, nie mogących zrozumieć, że tereny eksploracyjne psów są dużo większe, niż im się zdaje, no i trzęsących się z irytacji na myśl o jakimkolwiek psie będącym na gigancie.

Żeby była jasność: wiem, że niestety nasza cywilizacja wymusza coraz większe ograniczenia nakładane na świat istot żywych, choćby przez rozwój motoryzacji, nie wspominając o maniakalnym zaznaczaniu granic, czy trzeba czy nie trzeba – niemniej dość zabawne jest gdy taki jeden z drugim humanitarysta zajmuje się głównie Run freestanem emocjonalnym biednego (na pewno przerażonego) piesia, który to biedny piesio właśnie z rozkoszą rozwiązał kolejną zagadkę postawioną mu przez jego człowieka (jak, do licha, otworzyć ten nowy zamek przy furtce bez odcinania go od całości?), obsikał swoje ogrodzenie z zewnątrz i udał się na wyprawę badawczo-socjalizacyjną, pozostając w niezmąconym spokoju ducha mistrza Lao-Tse.

 

*) Crate games to z nabożnym szacunkiem używana nazwa na zwykłe nauczenie psa włażenia do klatki a także spokojne w niej pozostawanie z rozmaitymi wariacjami; niemniej brzmi tak niesamowicie, elegancko, zagranicznie i naukowo, że pozwala nam poczuć się lepiej gdy opowiadamy, czego aktualnie uczymy naszego zwierzaka. „Przerobiliście już crate games?” ma posmak o niebo lepszy, niż prostackie „ej, twój pies umie zostawać w klatce?”, c’nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *