To nie kryzys, to rezultat

w3

egg-583163_1280

Świat zwierzolubów znowu poruszony, jedna kobita stłukła szczeniaka pięścią, a grupka dzieciaków – przypadkowych świadków to filmowała.

Tradycyjnie internet spienił się i wystąpił z brzegów, niegodziwa oprawczyni została zidentyfikowana, zaś 1200px-Bertin,_Nicolas_-_Phaéton_on_the_Chariot_of_Apollo_-_c._1720na miejsce zstąpiła z burzowych chmur jakaś organizacja prozwierzęca która pieska zabrała tudzież z wnioskiem stosownym wystąpiła. Słowem, „i znów ta sama ballada”, działo się to zresztą chwilę temu, więc pewnie część internautów deklarujących że osobiście założy tej kobiecie sznur na szyję już całej sytuacji nie pamięta, bo aktualnie coś innego pewnie jest na topie, trudno wymagać od ludzi żeby mieli pamięć lepszą od ameby, prawda?

Film jest paskudny, trzeba to przyznać. Jednak, tak po prawdzie, to zupełnie nie rozumiem wzburzenia tak zwanej opinii publicznej, mając gdzieś w tyle głowy przysłowie, że kto wiatr sieje, burzę zbiera – albo, inaczej: ta historia to nie kryzys, to rezultat.

Tak z całkiem psychologicznej, ludzkiej strony… W dzisiejszych czasach wmawia się ludziskom, że otwarte wyrażanie własnych emocji, i to jak najgłośniejsze, jest warunkiem niezbędnym do życia; że wszelkie hamulce, powstrzymywanie się, nakładanie sobie ograniczeń jest szkodliwe i, co więcej, podejrzane – słowem, drzyj się ile wlezie, bo im głośniej będziesz to robić z lada okazji, tym bardziej będziesz. W ciszy zaczniesz się rozpływać, zatracisz poczucie własnej tożsamości.

Jeśli jesteś, na przykład, miłośnikiem zwierzątek, to musisz to udowadniać, życząc śmierci w internecie jakieś piętnaście razy na dobę, im bardziej agresywnie, napastliwie i zerojedynkowo, tym lepiej. Oczywiście, dręczycielom zwierzątek. Którym się to należy, więc czemuż sobie żałować?

Kiedyś zdarzyło mi się o czymś podobnym pisać, o, tutaj.

Mędrzec powiada, że słowo silniejsze od miecza, no ale oczywiście gąski tkwiące za monitorami i łykające każdą okropną historyjkę o zwierzętach bez próby drążenia sprawy i sprawdzania faktów są absolutnie rozgrzeszone, bo czynią to ze szlachetnych pobudek, wymyślają wszak draniom bez sumienia, a na dodatek – powodowane emocjami. Inna sprawa, że w sumie już nie tylko okrutnikom wymyślają te jednostki bez opamiętania, ale po prostu każdemu, kto ośmieli się mieć inne zdanie w jakiejkolwiek zwierzątkowej sprawie, poczynając od sterylizacji, na takim czy innym systemie karmienia kończąc. Uczuciowi miłośnicy zwierzątek nie są przyzwyczajeni do wstrzymywania się, wszak liczą się szczere uczucia, nieprawdaż.

Taaaa, emocje, słowo-klucz. W tajemniczy sposób utarło się, że wyrażanie ich to taka wspaniała  sprawa, ale jakoś tak się narobiło, że jednostki mocno, głośno i wyraziście je z siebie wyrzucające ulegają zarazem bardzo często schorzeniu zwanemu atrofią mózgu. Jakaś zależność prosta, jak mniemam.

No więc mamy coraz więcej bachorów w ciele dorosłych, bachorów drących się, tupiących, nie analizujących sytuacji, nie rozumiejących prawa przyczyny i skutku, nie kumających też, co się do nich mówi – za to realizujących się w działaniach drastycznych.

Otóż w zupełnie identyczny sposób, jeno w realu, a nie w wirtualu, zachowała się baba z kontrowersyjnego filmiku. Przypomnijmy, jak to tam było: wyprowadziła kobita szczeniaka, ten, jak to szczeniak, brykał sobie i droczył się, odskakując i nie dając się odłowić, czemu z lubością (bo – obiektywnie biorąc – taka sytuacja naprawdę jest dosyć śmieszna) przyglądała się grupka dzieci wracających ze szkoły. Im bardziej chichrali się młodociani świadkowie szczenięcych wyczynów, tym większa złość narastała we właścicielce zwierzaka, a czary goryczy dopełnił fakt że się w pewnym momencie wyłożyła jak długa.

Wściekła się, oczywiście – i zareagowała tak, jak ją nauczył świat tudzież rzeczywistość wirtualna: natychmiastowym wybuchem furii, który skierowała na niesfornego pieska. Niestety udało się jej go akurat wtedy dopaść. Brak opanowania, hamulców i empatii świadczy oczywiście o kompletnym prymitywizmie baby.

stop-children-suicide-2780203_1280

Czym to się jednak różni od wybuchów furii rozmaitych internautów kiedy przeczytają coś nie po swojej myśli, zasadniczo niewiele – oczywiście w sensie mechanizmu powstawania takiej sekwencji wydarzeń, bowiem ktoś rozsądny oczywiście powie, ze w realu zwierzak obrywa kuksańce i go boli, zaś w wirtualu to tylko taka zabawa. Hm, czasem ta zabawa w internetach nie jest taka niewinna, o czym przekonują się różni ludzie niewinnie obsmarowani przez ten czy inny podmiot, którzy nie mogą potem poskładać swojego życia do kupy, no ale niech tam, że to istotnie mniejsza szkodliwość społeczna.

Dla mnie interesującym aspektem sprawy był fakt, że babinie w ogóle do głowy nie przyszło, że psa to w zasadzie trzeba najpierw czegoś nauczyć, żeby od niego wymagać. Jakieś tam „ile włożysz, tyle wyjmiesz” chyba w ogóle nie funkcjonowały w jej zespole pojęć życiowych. lake-258813_1280W ogóle nie miała pojęcia, że psa najpierw trzeba nauczyć, żeby na wołanie wracał, zanim się zacznie na niego złościć, że nie przychodzi. Tyle, że, doprawdy, całkiem spory odsetek psiarzy ma podobnie, i bynajmniej nie mam na myśli tylko jednostek prostackich, półanalfabetów z pogranicza normy intelektualnej, bo zdarzają się, o dziwo, tacy pracownicy wielkich korporacji, ludzie wolnych zawodów, zamożni biznesmeni i uczniowie, nawet ci siedzący całymi dniami na psich internetowych forach.

Poproszono mnie niedawno o pomoc – to się chyba nazywa fachowo arbitraż? – w sprawie pewnego sporu. Ano jeden taki, pochodzący z tzw. porządnej rodziny student wynajmujący mieszkanie zgłosił właścicielce tegoż chęć przygarnięcia pieska, zwierzaka popularnej rasy, po przejściach, dorosłego już.

Właścicielka odniosła się do sprawy niechętnie. Stawiam rower przeciwko starym kaloszom, że student na swoim profilu zdążył pożalić się znajomym, na jaką francę natrafił, a ci zdążyli go wesprzeć moralnie i wzburzyć się na kapitalistkę bez uczuć której wszystko przeszkadza, a zwłaszcza zwierzątka, i to jakie, takie pokrzywdzone, po przejściach, co by mogły mieć dom, ooo, a przez taką pozbawioną uczuć larwę mieć go nie będą.

Wszystko fajnie, ale krótka, lecz treściwa rozmowa ze stroną przeciwną przyniosła pewne wyjaśnienie sytuacji. Nieprzyjaciółką zwierzątek pani z cała pewnością nie była, przeciwnie wprost, zaś jej obiekcje były wywołane głównie życiowymi obserwacjami; otóż młody dżentelmen prowadził życie specyficzne i nieustabilizowane, już to wybywając na nocne imprezy, już to je odsypiając do późnych godzin popołudniowych; cała jego fizyczna aktywność sprowadzała się do przeczłapania na pobliski autobusowy przystanek (a tu, tymczasem, trafił na rasę nader aktywną i wymagającą dużo ruchu i zajęcia). Kobiecina trochę się martwiła, że gostek nie wygląda na takiego, co by miał się wziąć do galopu z powodu psa…, i już wyobrażała sobie co za życie będzie zwierzak miał pod skrzydłami uroczego młodziana. W charakterze ostatniego gwoździa do trumny zaś wystąpiła wypowiedź chłopaka, który, spytany o ewentualne nieoczekiwane sytuacje z psem (zwierzak miał trudną przeszłość i można się było spodziewać jakichś tam problemów) odparł natychmiast, że jak pies będzie sprawiał kłopoty, to się go odda.

Jupiii. Takie postawienie sprawy się niewieście już całkiem nie spodobało, widocznie była obdarzona nieco większą ilością empatii, niż deklarujący się miłośnikiem zwierzątek student.

Wracając do tłukącej szczeniaka babiny, jej postawa to przecież nic innego, niż postawa dobroludzisty-studenta. Czy kupujemy, czy bierzemy zwierzaka – dostajemy pewien towar, który ma spełnić nasze oczekiwania. Jakby zaprogramowanego robocika. Jeśli ten czegoś nie wykonuje, zachowuje się nie po naszej myśli, to oczywiście jest to wyłącznie jego winą, po prostu jest jakiś niepełnowartościowy, za co trzeba go ukarać (babina) albo się go pozbyć (student).

Jednostki stojące na wyższym szczeblu wiodącej wprost do nieba drabiny Wrażliwych Uczuć i Współodczuwania Z Całym Kosmosem też mają zwierzaki w charakterze towaru, tyle że ma on spełniać nieco bardziej skomplikowaną rolę, przedmiotu (nie podmiotu, bynajmniej) który jest żywym dowodem tej ich wrażliwości i uczuciowości. W związku z czym mają głęboko w odwłoku, jakie są potrzeby gatunkowe tego towaru i jak, tak naprawdę, należy z nim postępować żeby czuł się dobrze, zadowalając się tym, że postępują z nim po swojemu, tak żeby ONE czuły się dobrze. dog-3071334_1280

Pozdrawiam paniusie które nigdy nie spuszczają swoich piesków ze smyczy bo te mogłyby zaginąć („to taka rasa, że się jej nie da nauczyć przywołania”), panów z organizacji prozwierzęcych fotografujących się z paszczami dosłownie wlepionymi w pyski zestresowanych tym psów („publiko, patrzcie jaki ten piesek jest nam wdzięczny za uratowanie”) tudzież panie dobroczyńczynie wolno żyjących kotów odławiające kolejne sztuki i przetrzymujące je po kilkanaście – kilkadziesiąt sztuk w kawalerkach („ale u mnie jest dużo drapaczków i koty mają mnóstwo przestrzeni”).

Na tym tle histeryczny wybuch jakiejś kobity co ma nie do końca po kolei w głowie nie wygląda mi, prawdę mówiąc, jakoś wyjątkowo. W sumie zwierzątka tak zwanych porządnych ludzi to dopiero miewają przechlapane, i to całymi latami, na dodatek przy pełnej aprobacie otoczenia. Ich nikt nie uratuje, a nawet nie sfilmuje – no dobra, jak sfilmuje, to i tak mało kto zauważy, że taki zwierzak źle się ma, w odróżnieniu od szczeniaka z filmu wesołych dzieciaczków co doczekał się pomocy.

 

2 thoughts on “To nie kryzys, to rezultat

  1. Ożesz, nie wierzę. Mój ulubiony psi blog powrócił po przerwie, którą brałam za definitywną. Nie macie pojęcia, ile ten blog mi układał w głowie zaraz po adopcji pierwszego psa.

    Trzy ostatnie paragrafy są boleśnie prawdziwe. Jestem świeżym psiarzem, takim zapalonym neofitą i to była jedna z rzeczy, które szybko przyuważyłam w kontaktach z innymi psiarzami. Psi wybieg – wszyscy stoją w kółku i sobie gadają, psy się w najlepszym razie nudzą, w najgorszym “tylko się ustawiają” (to znaczy leją najsłabszego), ale hehe, socjalizacja jest najważniejsza, muszą sobie razem pobiegać. Przestałam chodzić na wybiegi. Wejście w dyskusję o żywieniu to jak bycie Cersei Lannister w marszu hańby. Ale jak to nie może smaczków z Biedry, dieta-sreta, tak mało tego jedzonka dostaje, co ten piesek taki chudy. Przestałam otwierać paszczę. Jak jeszcze chodziłam na wybieg, to przychodziła tam taka babcia, wyciągała jakieś parówki marki krzak grubo po terminie przydatności i bez pytania dawała je obcym psom. Właściciele błagali, żeby nie dawała, bo psy się pochorują, a ona dalej swoje. Jej własny pies walczył w tym czasie z biegunką porównywalną chyba tylko do erupcji wulkanu. Wymiękłam.

    Patrzę na moje psy i chcę, żeby były szczęśliwe. W sensie wzięłam je ze schrona bo chciałam mieć psa, ale tak poza tym to chciałam mieć włochatego psa, więc już nie jestem taka całkiem o dobrym serduszku, bo nie wzięłam tego najbiedniejszego, najmniej towarzystkiego albo chociaż katowanego przez poprzedniego właściciela. I oczywiście miałam kilka mokrych snów w których uśmiechnięty pies biegnie przy rowerze i w ogóle chodzimy na nosework, agility, może jakieś IPO albo wypasanie owiec, ale potem jakoś mi przeszło i teraz po prostu chcę, żeby miały na tyle dobrze, na ile jestem w stanie im to zapewnić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *