Tymczasowe miłosierdzie

w3

Po raz kolejny zdarzył się zonk związany z tak zwanym domem tymczasowym, przygarniającym psy na przetrzymanie.

Tym razem para ludzi z podwarszawskiej miejscowości raczyła zniknąć, pozostawiając na posesji kilkanaście psów, kota, szczury i papugi (coś pewnie jeszcze pominąłem). No, konkretnie to niby wyjechali na kilka dni, przysyłając następnie wynajętym na ów krótki czas opiekunom tej chudoby smętny pożegnalny list z którego wynika że nie wrócą. A wy się ludziska teraz martwcie, i zadbajcie o zwierzaki, i żeby tylko do schroniska nie trafiły!

Chwilowo nieważne, co ci ludziska wymyślili: ucieczkę na Nową Zelandię, spektakularne odejście w niebyt, przenosiny do sekty, niepotrzebne skreślić. Nas interesuje ten przyziemny aspekt sprawy, że zostawili te zwierzaki nagle i bez zabezpieczenia.

Takich afer były już w Polsce dziesiątki, tyle że najczęściej nie chodziło o porzucenie podopiecznych, tylko o przetrzymywanie ich w złych, często skrajnie złych warunkach.

Scenariusz powtarza się do znudzenia: gloryfikowana „cioteczka” czy „wujeczek” ogłasza że ma miejsce u siebie.., obrońcy zwierzątek skwapliwie z tego korzystają, ilość stworzeń w DT niepokojąco rośnie, ale jest super, wszyscy kochają cioteczkę (wujeczka), pojawiają się niepokojące sygnały że tam coś źle się dzieje, osoby informujące o tym fakcie są mieszane z błotem i odsądzane od czci i wiary, bo ośmielają się opluwać Ludzki Ideał, wreszcie masa krytyczna smrodu robi bum! I następuje spektakularny wybuch pod tytułem: oj biedne zagłodzone zwierzątka, oj trzymane na zimnie / w szopie / bez wody / nie leczone / kopane / przywiązane na łańcuchach – ratunku, co robić – i tak dalej.

Arthur Wardle, The Totteridge XI
Arthur Wardle, The Totteridge XI

Zawsze kiedy wybucha podobna afera zaczynam się zastanawiać, czy ludzie korzystający z takiej opcji, to znaczy podrzucenia kolejnego zwierzaka do tego typu DT – są:

a) dorośli

b) normalni

i wychodzi, że odpowiedź brzmi „nie” w obydwu przypadkach.

Dorośli i normalni ludzie rozumieją bowiem na ogół, że życie składa się, między innymi, z formalności które trzeba załatwiać choćby się ich bardzo nie lubiło, jak również zdają sobie sprawę z faktu że inni ludzie bywają uczciwi albo nie…, zaś podchodzenie do kogoś z nieograniczonym kredytem zaufania tylko dlatego, że w swoim czasie umieścił odpowiednio dużo różowych serduszek, złotych aniołków, spieszczeń typu „kociunio” i „piesio” tudzież sagan autoreklamy w internecie jest, co najmniej, infantylizmem godnym gimbazy. A i tak najczęściej gimbaza okazuje się nieco mądrzejsza w kontaktach internetowych, niż metrykalnie dojrzali (a czasem przejrzali) obrońcy zwierzątek.

Jakże często okazuje się, że przygarniane przez obrońców psy czy koty są umieszczane w domach tymczasowych „na gębę”, bez podpisania żadnej umowy, zaś nawet informacja że w takim DT jest tych zwierząt dużo, nieraz bardzo dużo, kompletnie nie odstrasza.

Zdjęcie: Facebook / Psiokot. Widać jak niekomfortowo czuje się mała suczka pośrodku. A jednak zdjęcie umieszczone na stronie hoteliku / DT zbierało same ciumkania, ochy i achy.
Zdjęcie: Facebook / Psiokot. Widać jak niekomfortowo czuje się mała suczka pośrodku. A jednak zdjęcie umieszczone na stronie hoteliku / DT zbierało same ciumkania, ochy i achy.

Tak całkiem po ludzku i przyziemnie rozumiem sytuację: ktoś ma własny dom zapełniony po dach przygarniętymi zwierzakami, natrafia na kolejnego którego ratuje, dowiaduje się że jest miejsce dzięki któremu zdejmie sobie tego zwierzaka z głowy.

Jak już wyczai takie miejsce, to stosuje autocenzurę – filtruje sobie wszelkie niepokojące sygnały, bo gdyby je uwzględnił, to by do takiego DT zwierzęcia nie oddał i miał je na skłopotanej głowie dalej, a przecież… a przecież wędruje przez życie rozglądając się, czy jakiś kolejny stwór nie potrzebuje pomocy. Ma przecież DOBRE SERCE, nie?

Ano właśnie. Niestety posiadanie DOBREGO SERCA oraz PONADPRZECIĘTNEJ WRAŻLIWOŚCI najwyraźniej zastępuje części ludzkiej populacji myślenie. Przykre, że ze szkodą dla zwierząt.

Odnoszę nieprzyjemne wrażenie że tak naprawdę dobro zwierząt w pewnym momencie zjeżdża na bardzo poślednie miejsce w rankingu spraw ważnych, najważniejsze staje się zaś – pardą my French – brandzlowanie się swoim dobrym serduszkiem, co polega na tym że taki wrażliwiec musi uratować wszystkie zwierzęta na świecie i strasznie się obraża kiedy mu się wykazuje że może lepiej, zamiast miotać się pomiędzy kilkoma dziesiątkami niezaopiekowanych – w ostatecznym rozrachunku – stworzeń lepiej byłoby zająć się, ale naprawdę uczciwie i porządnie, dwoma czy trzema.

Co tam dwa czy trzy, kolejne potrzebują pomocy…

Taka osoba ma, tak naprawdę, w nosie to, czy te wszystkie „uratowane” psy dobrze się czują upakowane w jedno stado, czy ściśnięte w mieszkaniu koty chorują ze stresu no i – co się dzieje w zaangażowanym w pomoc domu tymczasowym.Ważne że „się pomaga”.

Uzależnienie od pomagania ma wiele wspólnego z syndromem zbieractwa (ang. hoarding syndrome), zaś już na pewno jest przejawem powierzchownego podchodzenia do sprawy.

Taki obrońca zwierzątek szalenie się nudzi. On musi ciągle się stymulować, znajdując coraz to nową pożywkę dla gładzenia swojego dobrego serduszka („ja nie przejdę obojętnie koło zwierzęcia w potrzebie!”).

Najśmieszniejsze (choć jest to śmiech przez łzy) że nieraz tym „uratowanym” zwierzątkom byłoby może jednak lepiej tam, gdzie były przedtem, niż w nowych, zgotowanych im przez Poczciwego Wrażliwca warunkach (mówię o tym tutaj, na przykład).

A mierzenie zamiarów na siły jest warunkiem nieodzownym jeśli chce się naprawdę pomóc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *