Wolontariuszy na smyczkę!

w3

dog-454146_640

Wiele, wiele lat temu, w odległej galaktyce zdarzyło mi się trafić na dobroczynną imprezę na rzecz pewnego schroniska dla zwierząt, odbywającą się w słynnym klubie w dużym mieście.

Klub jak klub, ciemno, błyskające światła i muzyka o natężeniu takim, że człowiekowi się wydawało że bębenki mu wylatują przez pięty, żałosny poczęstunek w postaci pokrojonej marchewki (dla braci wegan), czipsów (dla reszty płazu który w ćwiczeniach duchowych nie wzniósł się jeszcze na takie wyżyny żeby odżywiać się surowizną i mieć z tego przyjemność) i nieograniczonej ilości alkoholi (płatnych).

W tym wszystkim tkwiło kilka wolontariuszek z owego schroniska z bardzo mocno przestraszonymi schroniskowymi psami. Słowo daję. Bo to czasem sobie żartujemy… ale naprawdę każda z pań miała na smyczy bezdomniaka wyjętego z klatki w przytulisku na okoliczność tej imprezy.

Przez czas jakiś wydawało mi się, naiwniakowi, że te zwierzęta zostały na imprezę przywiezione w celu znalezienia im domów – może się ktoś ulituje i podejmie nagłą decyzję?

Nie pochwalam takich pomysłów, choćby dlatego że, jako to powiada stare przysłowie „co nagle to po diable” i na ogół z tak nagle podjętej decyzji łatwo się rezygnuje, ale to co nieco poboczny wątek.

Rzecz w tym, że – jak się dość szybko okazało – psy czołgające się na przygiętych łapach po klubowej posadzce zostały tam przywleczone tylko w tym celu, żeby zabawić gawiedź. W założeniu: gawiedź z pieniędzmi, które powinna przeznaczyć na przytulisko, więc cel szlachetny.

No ale jakby tak panie wolontariuszki przyjechały same, albo tylko ze zdjęciami psów, phi, nie byłoby tyle funu. Wiadomo że ludkowie chcą atrakcji, a wyciągnięte ze schroniskowych boksów przerażone psy miały te atrakcje zapewnić. W końcu można je było pomiziać (słowo, za które powinna z automatu przysługiwać kara ciężkich robót bez prawa do zwolnienia warunkowego) – i miziano bez litości, dziesiątkami rąk, a panienki wolontariuszki siedzące na kanapach, żrące czipsy i prowadzące lekkie i swobodne konwersacje co jakiś czas chichotały na widok podopiecznych rozpłaszczonych z przerażenia na podłodze, oczywiście tak życzliwie chichotały i z miłością, bo przecież kochają bezdomne psy i poświęcają im swój cenny czas.

dog-748207_640Gdyby spytać każdą z tych pań o stosunek do zwierzątek w cyrku, zalałby nas potok oburzenia, wiadomo ze zwierzęta w cyrku to ZŁO i kropka, rzecz nie do dyskusji, tyle, że panienki specjalnie nie różniły się od tych ZŁYCH ludzi cyrkowych co to wykorzystują zwierzątka dla celów komercyjnych. Czym były te zestrachane psy, jak nie misiami jeżdżącymi na rowerach ku uciesze gawiedzi…?

Nie, wróć: panienki różniły się od tych wstrętnych cyrkowych treserów, jednak, i to chyba znacznie.

Stawiam rower przeciwko starym kaloszom, że przeciętny treser psów, ba, niedźwiedzi czy tygrysów w cyrku znacznie lepiej rozumie swoje zwierzęta i dużo więcej o nich myśli, niż te panienki wolontariuszki brandzlujące się swoimi dobrymi sercami.

Nikt kto naprawdę lubi zwierzęta i usiłuje je zrozumieć, poczuć jakimi emocjami się kierują, jak działają – nie naraziłby psów które już i tak sporo w życiu przeszły na taką jazdę.

Ja wiem, że zaraz ktoś wymagluje z zakamarków swego umysł a) argument o „socjalizacji” i b) stwierdzenie że to wszystko na szlachetny cel było, więc…

Co do a) – każdy, kto uważa że wyciągnięcie z boksu w schronisku na jakimś kompletnym zadupiu zestresowanego zwierzęcia i wepchnięcie je w warunki kompletnie dla niego (nie tylko dla niego zresztą) ekstremalne jest jakąkolwiek „socjalizacją” powinien mieć zakaz zbliżania się do wszelkich istot żywych, włącznie z roślinami i jednokomórkowcami.

Zaś b) – w historii świata już parę bardzo nieciekawych postaci wspominało o tym, że cel uświęca środki, na takiej Kołymie na przykład przymarzało do ziemi sporo ludzi złożonych w ofierze przez takich osobników w drodze ku powszechnemu szczęściu i równości. Już nie wspomnę o tym, że prawdopodobnie i bez obecności żywych automatów do wygłaskiwania i przytulania gąb do psich pysków może by parę groszy się udało uzbierać?

„Mają oczy a nie widzą!” powiada autor natchniony i to stwierdzenie prostego faktu istniejącego jak świat światem.

dog-509103_640 Pokazali mi niedawno zaprzyjaźnieni ludzie list opublikowany na jakimś psim forum. Oto schroniskowy wolontariusz pyta o poradę, opisując przypadek suki którą ma pod swoją opieką. W epistole tej czytamy o suce:

 Była psem agresywnym, potrzebowała czasu aby zaufać człowiekowi i nie można było wykonywać gwałtownych ruchów. Po kilku spacerach się do mnie przywiązała, i już merdała ogonkiem jak mnie widziała. Poszła do domu, z którego niestety musiała wrócić bo pogryzła kilka osób.

Po czym włącza się trochę Disneya i kwiecistych opisów jak to suczka radowała się na widok wolontariusza do którego obowiązków należało wyprowadzenie jej dwa razy w tygodniu.

Potem nagle lęgnie się robaczek w pięknym kwiecie:

Niestety, od ostatnich spacerów jest coraz gorsza. Nie wiadomo dlaczego ale wszystkiego się boi, jest spokojna, idzie spokojnie i nagle przestraszona ciągnie do schroniska, do swojego boksu. Pierwszym razem gdy ćwiczyliśmy agility, nagle czegoś się przestraszyła i biegała w różne strony, nie chciała nawet do mnie podejść. (…) Kolejny spacer – kolejny strach (…) nagle się przestraszyła i ciągnie przed siebie (Ciągnęła aż do schroniska do boksu). Trzeci spacer – przestraszyła się człowieka, który szedł spokojnie (…)

I tak dalej wkoło Macieju aż do wisienki na torcie:

(…) poszliśmy znowu na tor agility, a gdy jakieś dwa inne psy miały sprzeczkę, znowu uciekała i cały czas ciągnęła do boksu. (…) Dodatkowo dzisiaj jak chciałem ją uspokoić na torze agility, zauważyłem że prawie by mnie ugryzła. Pokazywała zęby.

Rozkoszny miłujący zwierzęta wolontariusz jest nieodmiennie zachwycony sobą. W końcu zabiera lubiącą ruch suczkę na tor agility (gdzie co i rusz to te, to inne psy „miewają sprzeczki” co na pewno bardzo dobrze robi jego podopiecznej na psychikę) i na spacerki, a ona, uwaga, klękajcie narody, cieszy się na jego widok, więc wszystko jest w porządku w tym całym układzie, tylko może niech internetowi znawcy poradzą, co by tu zrobić bo i strach, i agresja suki jakby… wzrastała…?

Jakież to „ćwiczenia” może wykonać pan wolontariusz – o co uprzejmie zapytuje – żeby suczka nie urywała sobie łba z przerażenia i nie gryzła?

Hę?

Przyjeżdża chłopaczyna do przytuliska, zajmuje się psami, personel i dyrekcja pewnie szczycą się że mają wolontariat i o, jak wszyscy kochają pieski, wolontariusz powoli pracuje nad przerobieniem lękliwej i agresywnej ze strachu suki w przypadek nieadopcyjny kwalifikujący się do uśpienia i ogólnie gra gitarra i panowie bracia kochajmy się.

Reasumując: mimo spotkania kilkorga całkiem rozsądnych ludzi biorących się za schroniskowy wolontariat postuluję wzięcie większości szczycących się dobrymi serduszkami pomagaczy na smycz. A nawet założenie kolczatek w celu skrócenia czasu nauki. Może to cokolwiek pomoże, bo rozmowy i tłumaczenia spływają na ogół jak woda po kaczce.

W końcu nie wolno podsikiwać postumentu pomnika Żywej Miłości Do Zwierzątek *). Ci, co krytykują – „to nie ludzie, to wilki!”. I w ogóle wzięliby się lepiej do roboty, powyprowadzali psy w schronisku albo jakieś dobroczynne imprezy załatwili.

*) o nieomylności miłośników zwierząt poczytać można na przykład tutaj

.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *