Zbieracze z makijażem

w3

RzeźbkaAnimal Hoarding Syndrome. Tak się to zwie w ległydżu. Akurat bodajże jedynie Amerykanie poważniej zajęli się problemem.

Chodzi o bardzo poważne zaburzenie, polegające na kompulsywnym przygarnianiu (lub kupowaniu) dużych ilości zwierząt aż do utraty kontroli nad tym zjawiskiem. Sam syndrom zbieractwa jest na tyle ciekawy (ale i przykry), że poświęcimy mu osobne teksty.

Na razie może wystarczy stwierdzić że zbieracz (hoarder) kolokwialnie mówiąc „robi sobie dobrze” przez sam akt zabierania do siebie kolejnego zwierzęcia, zaś zupełnie przestaje dostrzegać że to, które już u niego są, cierpią i źle się mają. Taka osoba ma zupełnie wypaczony obraz samej siebie jako zbawcy, który ratuje zwierzaki od śmierci czy innego smutnego losu. Generalnie, co by się nie działo, stwarza im raj na ziemi, tylko czasem ma przejściowe trudności, oczywiście z powodu obojętnego lub wrogiego świata wokół.

Ale… wcale to nie takie proste.

Zbieracz nie musi być babiną-analfabetką koczującą na zabitej dechami wsi wśród stada wychudzonych, mnożących się bez kontroli i gryzących psów i kotów – to takie tradycyjne wyobrażenie podobnej osoby.

Szczenięta_westSporo zbieraczy – kolekcjonujących „okazy”, ewentualnie „materiał do rozpłodu”, na pewno zaś nie postrzegających psów i kotów jako istot naprawdę czujących – jest wśród hodowców, dodajmy: także tych ze Świętego-Związku-Podpadającego-Pod-FCI. Owszem, ich zwierzaki mają trochę mniejsze szanse na utonięcie we własnych odchodach, niż zwierzęta u prymitywnego rolnika który „tera robi w psach” i sprzedaje bezmózgim odbiorcom „maltańczyki za czysta złotych” z rodowodem SKWPIRSTPMT czy innego tajemniczego tworu.

Niemniej przedmiotowego traktowania, braku możliwości życia zgodnego z wymaganiami własnej biologii, tarmoszenia i szans na chorobę sierocą ci psi arystokraci też miewają pod dostatkiem.

Zbieracze spod znaku Jedynie Słusznej Organizacji robią ze zwierzętami różne straszne rzeczy w imię wyższych idei, takich tam „ulepszeń rasy” czy zdobycia siedemnastego championatu, Dużo nasci od piwnicy albo stodoły i szczeniąt zdychających na parvo chcą po prostu zarobić i nie dorabiają do tego jakiejś szczególnej filozofii. Motorem który napędza psie nieszczęście jest w gruncie rzeczy jedno: więcej! więcej! chcą urozmaicenia! chcą nowości! Czy to będzie nowa rasa (albo pisz-pan-rasa), czy nowy super-hiper wypasiony okaz z super- hiper wypasionej hodowli w Pernambuco która nigdy nie sprzedaje swoich psów za granicę, a tu się udało, tak, że konkurencji przy ringu oko zbielało, wszystko jedno. Niektórzy robią sobie dobrze kosztem psów i to jest clou.

Zbieraczy spotkamy także w środowisku psich sportów; przy czym w tym przypadku to szczególny rodzaj choroby, bowiem tu najczęściej nie kolekcjonuje się psich dusz, tylko je czym prędzej oddaje jeśli „nie spełnią oczekiwań”, przy czym pewien odsetek chorobliwie ambitnych kynologicznych sportowców coraz to nowymi psami usiłuje łatać własną niekompetencję i nieumiejętność pracy na wyższym poziomie, brak elastyczności, nieumiejętność czerpania wiedzy od innych i tak dalej. Przerób „psów do sportu” u niektórych ludzi z branży jest… jakby to powiedzieć… imponujący? Hm.

John Charles Dollman, Posiłek w psim przytulisku, 1880.
John Charles Dollman, Posiłek w psim przytulisku, 1880.

.Nie ma natomiast chyba środowiska w którym występowałby większy odsetek zbieraczy niż środowisko organizacji prozwierzęcych.

Jakby to powiedzieć, no – to prawie norma.

Nawet ci, którzy niegdyś piętnowali zbieractwo albo zwalczają je u innych, są nim zainfekowami. Objawy bywają jawne i oczywiste. KotkiNa przykład słodziusie Domki Tymczasowe w których tłamsi się dwadzieścia kotów w kawalerce. Ponieważ taka kawalerka należy do pani Fiubścińskiej z Fundacji Parapimpim czy innego Tereferekuku, a nie pani Ziutki spod trzynastego…, to oficjalnie wszystko jest tam w porządku (podczas gdy pani Ziutka przeżywa czasem najazdy obrońców zwierzątek, oburzonych między innymi ZAGĘSZCZENIEM panującym w jej mieszkaniu). A propos, czasem powodem do chwały jest, że udręczone, poupychane na małej przestrzeni zwierzęta są wysterylizowane, no miło, ale jeśli to ma być ów szlachetny wyróżnik dzięki któremu można kogoś rozpoznać jako “szlachetnego pomagacza” a nie “ohydnego zbieracza” to ja dziękuję.

Albo „domek w którym dożywają swych lat psie staruszki”, reklamowany szeroko przez zwierzolubów którym nie daje do myślenia, że jedna starsza, nieporadna niewiasta usiłująca żyć z ludzkich datków naprawdę nie jest w stanie – fizycznie, psychicznie, finansowo – porządnie ogarnąć trzydziestki czy czterdziestki starych, schorowanych psów tak, żeby nie działa im się krzywda.

Ale są też objawy ukryte, objawy wyłażące spod pudru i różu którym nieszczęsny, a nieświadomy swej infekcji zbieracz usiłuje ją sam przed sobą maskować.

Ostatnimi czasy coraz więcej widuje się rozpaczliwych apeli fundacyj, które żalą się na rosnące długi, na brak możliwości wykarmienia podopiecznych i tak dalej. Ludzie „robiący w humanitaryzmie” naprawdę się starają, naprawdę. Robią różne bazarki, wrzucają historyjki do mediów społecznościowych żeby przyciągnąć nowych darczyńców, próbują znaleźć sponsorów i tak dalej. W tle czai się też co prawda groźba że „przez was, skąpiradła, te wszystkie psy trafią do schroniska!”, ba.

Uderza w tym wszystkim pewna prawidłowość. Jest tak: zaczynasz pomagać zwierzątkom – dajmy na to, psom rasy prazsky krysarik. Potem dochodzisz do wniosku, że musisz założyć fundację, bo cię liczba krysarików w potrzebie zaczyna przytłaczać. Robi się (przejściowo) lepiej, bo złakniona nowości publika sypnęła groszem.

Źródło: Library of Congress, USA.
Źródło: Library of Congress, USA.

Nie bój, nie bój – posiedzi ta publika w twoim zakątku internetu i na twoim oficjalnym profilu fejsbuczkowym i poleci dalej, bowiem jej cechą immanentną jest ciągłe poczucie znudzenia i poszukiwanie nowych atrakcji. Twoja fundacja będzie przez chwilę owych atrakcji źródłem, potem się opatrzy i większość internetowych „znajomych” a nawet „przyjaciół” pogna dalej, a ty zostaniesz z kilkunastoma (byleby tylko!) albo kilkudziesięcioma psami w potrzebie, niespłaconymi rachunkami w klinikach i hotelach w których trzymasz te zwierzęta oraz poczuciem kaca, bo jakże to, miało być tak pięknie. To niesprawiedliwe a ludzie to dranie.

No może i dranie, ale tak naprawdę ty się, dobry człeniu, starannie oszukałeś, więc nie narzekaj tylko się zastanów, co, tak naprawdę, byłoby lepsze dla zwierząt które przyjmujesz pod opiekę: mierzyć siły na zamiary czy zamiary na siły?

Umówmy się: można byłoby na przykład zająć się, tak na solidnie i od początku do końca, losem dwóch albo trzech prazskich krysarików. Za swoje, nie za cudze: przygarnąć, odkarmić, wyleczyć, znaleźć domy. Szlus. Dobra robota wykonana. Dopiero teraz można się rozejrzeć za kolejnymi podopiecznymi.

No tak, ale tyyyle innych w międzyczasie będzie pomocy potrzebować! – oburzasz się i nawet nie zauważasz, że nie różnisz się w gruncie rzeczy od tej (jakże teraz, po smutnych doświadczeniach, pogardzanej) publiki co to miała pomóc i sfinansować ci możliwość bycia doktorem Schweitzerem świata zwierzęcego a nie dorosła do tejże szlachetnej filozofii.

MyślicielNie różnisz się, bo jesteś częścią tego świata – też się nudzisz i też ciągle szukasz nowych wrażeń. Opieka – solidna, bez fajerwerków, ale naprawdę odpowiedzialna i z wyczuciem prowadzona – nad kryzsalikami Pucem, Bursztynkiem i Pikusiem ci nie wystarczała. Musiały być ciągle nowe pieski do ratowania, ciągle nowe ciekawe przypadki i – najlepiej – coraz wymyślniejsze badania którym poddawałeś podopiecznych, coraz więcej kosztownych skoków w bok od logiki i zdrowego rozsądku.

Z czymś się to aby nam kojarzy…?

O ranyjulek, tak jakby z poczciwymi zbieraczami. Tak tak, ja wiem że „ci zbieracze” to wszak zbzikowane stare kobiety albo brudni staruszkowie z którymi nie idzie się dogadać, a ty masz konto na fejsbuku, grono oddanych przyjaciół i jeździsz dobrym samochodem.

Fighting playingA kompulsywna potrzeba zbierania coraz większej ilości psich podopiecznych to coś, co OCZYWIŚCIE ciebie nie dotyczy i co OCZYWIŚCIE masz pod kontrolą. To nie impuls rządzi tobą, o nie: przecież nie wpadłbyś w tak oczywistą pułapkę, przecież znasz siebie, przecież wszystko z tobą w porządku. Dla zwierząt zrobiłbyś wszystko, kochasz je i pragniesz jedynie ich dobra.

Tylko… skąd te jęki o niezapłaconych fakturach, o długach w hotelikach i tak dalej? Kontrola się jakby rypnęła…? A tym przerzucanym od domu do domu, czasem niedokarmionym zwierzakom na pewno jest tak dobrze pod twoją (fundacyjną) opieką?

Zastrzegam: mówię cały czas o ludziach uczciwych i poczciwych, ludziach którzy naprawdę chcą zwierzętom pomagać, a nie o cwanych kombinatorach którzy dostrzegli fantastyczny segment rynku, szarej i czarnej strefy, prania brudnych pieniędzy, przewalania państwowej kasy i tak dalej…, a wszystko w mdło-słodkiej otoczce miłości do zwierzątek.

Cwani kombinatorzy bowiem doskonale sobie z tej niby-prozwierzęcej działalności żyją; żyją i kwitną, śmiejąc się do rozpuku na widok miotających się u ich stóp bankrutujących szaraczków.

No więc w naszym realnym świecie obrywają nie dranie ,a ci absolutnie uczciwi i wrażliwi – tylko na dodatek, przyznajmy tak na stronie…, także z lekka (a stopniowo coraz mocniej) szurnięci.

Inna sprawa, że na tych nielicznych rozsądnych ludzi którzy chcą się naprawdę kontrolować – a przez to wykonywać to, co dla ich zwierzęcych podopiecznych naprawdę najlepsze – spadają nieraz najgorsze joby, bo co to znaczy, żeby określali ilość psów jakimi mogą się zająć, żeby odmawiali przyjęcia pod opiekę kolejnych („bo to przecież w sumie tylko jeden dodatkowy!”) i tak dalej. Łobuzy! Fundację założyli a potem mówią że miejsca nie mają? Skandal!

No ale nie na darmo się mówi, że kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d…. Jeśli masz zamiar tak okropnie się przejmować tym, co napisze o tobie w internecie jakiś bezrozumny człowieczyna spoczywający na różowej chmurce fałszywych wyobrażeń o świecie, to nawet nie zaczynaj działalności, bo skończysz albo jako bezdomny, albo jako do cna skurumpowana, cyniczna świnia. Kiepski wybór, IMHO.

A tak zasadniczo to zachowanie zdrowego rozsądku i umiaru zawsze jest zalecane, nie?

9 thoughts on “Zbieracze z makijażem

  1. Jacek

    Genialne, okazuje się że ktoś myśli podobnie.

  2. kvl

    nokaut… postaram się, żeby ci władni “środowiska” odczytali…

  3. bożena

    Uważam, że temat jest śliski. Kombinatorzy i oszuści to jedno i faktycznie należy im się krytyka. Ludzie, którzy ze szczerego serca chcą pomagać – czy to ludziom czy zwierzętom – to drugie. Czasem trudno znaleźć granicę między tzw. “normalną” pomocą, a początkami “zwierzęcej paranoi”… Można się zastanawiać kto najbardziej traci przy takiej “chorobie” – ogarnięty nią człowiek? Zwierzęta? Wprawdzie trzymane czasem na małej przestrzeni (choć niekoniecznie zawsze), ale może uratowane przed śmiercią, bezdomnością, chorobą czy bezsensownym rozmnażaniem? Jasne, w świecie “pomagaczy”, jak i we wszystkich ludzkich grupach i grupkach, są rozmaite układy i układziki… Jednak wyśmiewać i szydzić jest łatwo, pytanie na ile takie teksty jak powyższy komukolwiek pomagają?

  4. Waldorf

    “Powstaje pytanie: kto za tym wszystkim stoi?” – z jakiego to przemówienia, ktoś pamięta? 🙂
    A już poważniej – jasne, nie mówić, nie pisać, lukrować, udawać że wszystko jest O.K.
    Co do “ratowania”, to trzeba by może spytać samych zwierząt, co by wolały. Koty w przepełnionych domach tymczasowych umierają miesiącami, baaardzo powolutku, zżera je stres, obniżający odporność. A panie dobroludzistki wymieniają się na internetowych forach opowieściami jak to “mają problem” z sikaniem na meble, ropniami (po podrapaniach – bo te silniejsze zwierzęta zwalczają te słabsze), ewentualnie zbierają na różne dyfuzory do kontaktu albo kropelki Bacha “na nerwy” dla słodkich kotecków vel kiciusiów. Panie te nie “mają problemu” z kotami, one “mają problem” ze swoimi głowami.

    • bożena

      He, he! No właśnie “kto za tym wszystkim stoi”? A tak na poważnie – nadal uważam, że temat nie jest taki oczywisty, a granice pomiędzy skuteczną pomocą, a krzywdą tym bardziej. I gwoli wyjaśnienia – wcale nie jestem entuzjastką dwudziestu kotów na 30 m2! I zdaję sobie sprawę, że bywają przypadki, które należą już do DSM. Ciekawe tylko, czy takie przypadki czytają te artykuły?

      • Jacek

        @bożena – nie czytają

  5. Waldorf

    … ale czyta trochę ludzi którzy mają duży potencjał do stania się zbieraczem. 🙂

    A poza wszystkim innym, bardzo dużo organizacji prozwierzecych jest – że tak powiem – chorobliwymi zbieraczami (taki dziwny twór językowy – “zbieracz zbiorowy”?). Ludzie z fundacji którzy akceptują że pan czy pani “prezes” decyduje się na przyjęcie pod opiekę kolejnych zwierząt, nie mając na nie funduszy albo rozdając je do koszmarnych DT nad którymi nikt kontroli nie sprawuje powinni mieć świadomość że są współwinni i że z nimi coś mocno nie tak. I tyle.

  6. Sylwia

    Wchodząc do tego artykułu miałam lekkie obawy, że zaraz zostanie obdarty i zbrukany mój styl życia. Jednak po dokładnym przeczytaniu jestem spokojna 🙂 Vhociaż mam zadatki na taką zbieraczkę – bo fakt, jestem szurnięta. Mam za małe lokum by wziąć więcej niż jednego podopiecznego naraz. Ludzie wokół nie pomagają i znając moje miękkie serce wpychają znajdy. Wiele razy było tak, że mając swoją rezydentkę, tymczasa, kota i psa na hotelu dobowym szedł alarm, że ktoś coś potrącił i trzeba jechać szukać. Staram się dystansować, choć wiadomo – pomogła bym. Nie biorę nigdy pieniędzy, sama robię we własnym zakresie wszystko. I jestem młodą osobą, kokosów nie zarabiam. Branie pieniędzy od ludzi było by dla mnie hańbą. Wiem też, że przy jednym tymczasie mam dzień wypełniony na 99%, nie wyobrażam sobie więc jak dom tymczasowy pracując zawodowo może resocjalizować, robić wizyty adopcyjne, leczyć kilka psów na raz…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *